środa, 4 grudnia 2013

Elizabeth L. Silver, "Przed egzekucją" - recenzja

Autor: Elizabeth L.Silver
Tytuł: Przed egzekucją
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Stron: 416

Moja ocena: 5/10












Ostatni raz kara śmierci została wykonana w Polsce w 1988 roku. Mimo wątpliwości natury moralnej czy etycznej, jakie budzi taki wyrok, poparcie dla niej w naszym kraju jeszcze parę lat temu wyniosło niemal 65 procent. Jednak co raz mniej krajów zasądza karę śmierci, a jeszcze mniej ją wykonuje (często dochodzi do ułaskawienia). Jednym z nich są Stany Zjednoczone, gdzie w 32 stanach egzekucje nadal są zasądzane. Elizabeth L. Silver przenosi nas do Pensylwanii, w której więzieniu na śmiertelny zastrzyk oczekuje Noa P. Singleton.

Noa została oskarżona o morderstwo Sarah, młodej kobiety w ciąży. Na swoim procesie nie broniła się, nie wypowiedziawszy nawet słowa. Skończyło się wyrokiem, o które walczyło oskarżenie – karą śmierci. Dziesięć lat później, pół roku przed „dniem X”, odwiedza ją matka ofiary, prawniczka Marlene Dixon, wraz z młodym adwokatem, Oliverem. Chcą oni walczyć o ułaskawienie dla Noa, gdyż kobieta zmieniła swoje nastawienie i uważa, że nikt nie zasługuje na tak ostrą karę. To jednocześnie szansa dla głównej bohaterki, ale także konieczność spojrzenia w przeszłość i przeżycia wydarzeń z tamtego okresu ponownie. Dzięki dwutorowej narracji (także z perspektywy listów Marlene pisanych do Sarah) możemy osądzić ją sami.

Elizabeth L. Silver starannie przygotowała się do stworzenia swojego debiutu. Wielokrotne wywiady i odwiedziny u ludzi skazanych na karę śmierci przyniosły efekty w postaci rzeczywistego obrazu skazanej oczekującej na egzekucję. Chociaż otoczona innymi kobietami, jest samotna, a odwiedziny Olivera, a nawet Marlene Dixon przynoszą jej nadzieję, ulgę i ukojenie, do którego nie byłaby skłonna się przyznać przed samą sobą. Podobną wnikliwość pisarki można zaobserwować przy ciekawostkach, które zręcznie wplata w opowieść – o autentycznych postaciach morderców, ostatnich słowach skazanych, czy o sposobie wyboru jury.

Jako prawniczka, autorka zna system sprawiedliwości i korzysta ze swojej wiedzy, przedstawiając nam arkana procesu głównej bohaterki. Choć momentami zachowanie Noa zdaje się nie mieć sensu albo być wręcz niemądre, żaden element fabuły nie był niezamierzony i wszystko staje się jasne w miarę zmierzania do końca powieści. Mimo to, Silver nie uchroniła się od błędów. Nad stylem musi jeszcze dużo popracować, ale jeszcze bardziej wyraźny jest chaos wątków i nierównomierne rozłożenie akcji. Raz zwalnia, gdy Noa rozmyśla w więzieniu, innym razem przybierając na prędkości. Szczególnie zaskakuje wysokie tempo zakończenia, odstające od reszty książki. Nie znaczy to, że czyta się ją źle, jednakże przeskoki fabuły, a zarazem zmiana szybkości wydarzeń nieco nuży i skłania do wyczekiwania na ciekawsze momenty.
„Przed egzekucją” to debiut amerykańskiej autorki, Elizabeth Silver, która zawarła w nim swoje prawnicze doświadczenia oraz fascynację karą śmierci. Pod warstwą intrygującej historii i elementów kryminalnych znajdujemy pytania o sens tego największego wyroku, a także o moralność ludzi, którzy podejmują o nim decyzję. Przygnębiający jest ostateczny wydźwięk powieści, w którym zdaje się, że tak naprawdę niewiele zależy od nas samych, a duży wpływ na los człowieka mają inni ludzie oraz zrządzenia losu. Książka nierówna i niezbyt optymistyczna, lecz skłaniająca do refleksji.

Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Winna?

niedziela, 1 grudnia 2013

Michael Cobley, "Ziarna Ziemi" - recenzja

Autor: Michael Cobley
Tytuł: Ziarna Ziemi
Seria: Ogień ludzkości (#1)
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 504

Moja ocena: 9/10

 









Wyobraźcie to sobie. Odbieramy sygnał z kosmosu, od pierwszego obcego gatunku, który poznajemy. A ten – chce nas zniszczyć. To typowy, znany schemat, powtarzający się w wielu książkach tego typu. Bez szans na wygranie wojny, tym razem jednak możemy dać sobie szansę na przetrwanie. Wysyłamy w odległe strony wszechświata trzy statki. Statki pełne ludzi różnych narodowości, mające stanowić nadzieję na przetrwanie ludzkości. Dokąd dolecą? Czy w ogóle dolecą? Czy będą mieli do czego wracać? Jeśli działoby się to w rzeczywistości, pewnie byśmy się nie dowiedzieli.

Na szczęście, to tylko książka. A w książce wszystko może się zdarzyć.

Ludzkości na ratunek rusza Federacja, czyli zjednoczenie różnych ras pod jedną banderą. Wspólnie pokonują wroga i oddychają z ulgą. Ale statki już odleciały, ziarna Ziemi rozniosły się po wszechświecie. Czy będzie z nich udany plon? 150 lat później od tych wydarzeń dowiadujemy się, że tak.
Pierwszy ze statków doleciał na planetę Darien, by w zgodzie i pokoju z pierwotnymi mieszkańcami zakładać miasta, prosperować i odkrywać tajemniczą historię rasy Uvovo. Gregori, Ziemianin, i Chel, tubylec, zajmują się badaniem zagadkowych ruin. Jednocześnie, genetycznie ulepszona kobieta-naukowiec, Catriona zwiedza bujne puszcze księżyca planety, Nieviesty, poznając tajemnice natury, zwanej Segraną. Z początku wszystko wydaje się być jak najbardziej racjonalne. Później mistycyzm i fantastyczność starożytnych miejsc czy wydarzeń sprawia, że wraz z bohaterami zaczynamy wierzyć w wyjątkowość tego świata.

Sielanka nie trwa długo, bo kolonię odkrywa nie kto inny jak sami wysłannicy Ziemi, teraz Ziemiosfery, będącej w przymierzu z Federacją, na której obszarze znajduje się glob. Tutaj do akcji wkraczają kolejni bohaterowie, zagrywki polityczne, a nawet ruchy oporu i bomby. Ambasadorzy innych ras zainteresowani są tylko przejęciem planety oraz jej starożytnymi ruinami, tymi samymi, które bada para głównych bohaterów. Atmosfera zagęszcza się z minuty na minutę, aż do akcji wkroczyć musi siła, która przez tyle wieków trwała w uśpieniu.

Przenikanie elementów fantasy do science-fiction to może nie nowość w gatunku, ale na pewno powiew świeżości. To także idealna okazja dla obawiających się zbyt ciężkostrawnej lektury na odważenie się i spróbowanie z czym to się je. Aspekty naukowe zostały nieco odsunięte na bok, ale to koszty wprowadzenia do fabuły, a niewykluczone, że więcej dowiemy się w kolejnych tomach trylogii. Na lekki styl, dzięki czemu kolejne strony przewraca się tak szybko, na pewno miała wpływ także tłumaczka, Agnieszka Hałas. Wbrew moim początkowym obawom dała sobie radę i sprawiła, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej.

Liczni bohaterowie dostają swoje krótkie rozdziały, przeplatające się ze sobą. Nie jest ich jednak tak wielu, by się pogubić, a dostajemy szeroki obraz na wydarzenia w książce. Wielowątkowość fabuły uzasadniona jest rozpięciem akcji na cztery tomy. Nie raz zostaniemy zaskoczeni rozwiązaniami, które stosuje autor – jednym z ciekawszych są narodowości załóg na arkach. Na Darienie wylądowali na przykład: Skandynawowie, Szkoci i Rosjanie. Innym interesującym pomysłem jest przedstawienie ambiwalentnego stosunku kolonistów do sztucznej inteligencji. Z jednej strony, mieszkańcy Dariena obawiają się jej i czują do niej niechęć po jej awarii, gdy po raz pierwszy lądowali na planecie. Z drugiej sami widzimy, że obywatele Ziemiosfery efektywnie z jej korzystają. Mimo wszystko, za każdym razem, gdy ambasador Ziemi rozmawia ze swoją SI, odczuwa się pewien niepokój.

„Ziarna Ziemi” to lektura nie tylko dla fanów fantastyki naukowej, ale i fantasy. Michael Cobley skupia się bardziej na aspektach socjologicznych niż naukowych, tworzy wiele wątków, obejmujących licznych bohaterów. Widać, że książka została pomyślana jako seria i z jednej strony to dobrze – przyjemny i porządnie napisany pierwszy tom daje nadzieję na emocjonującą podróż w kolejnych. Z drugiej, teraz trzeba na nią niestety poczekać przynajmniej do stycznia 2014 roku.

Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Na skraju wszechświata

wtorek, 26 listopada 2013

Audiobook+ - audiobook + e-book w jednym

Audioteka+ - audiobook i tekst w jednym

Lubię słuchać audiobooki, ale czasem przeszkadza mi to, że ich "czytanie" trwa tak długo. Wersję papierową pochłonęłabym w 6 godzin, słuchaną - w 20. Oczywiście, takie rozwiązanie sprawdza się, gdy czytać fizycznie po prostu nie możemy. Podczas spaceru, jazdy autobusem, staniu w korku, ćwiczeń, gotowania, etc... Wtedy jednak zanim skończymy daną pozycję upłynie naprawdę dużo czasu, a czasami przydałoby się jednak przyśpieszyć.

Rozwiązanie audioteka+

Audioteka to mój ulubiony sklep z audiobookami, głównie dlatego, że udostępniają bardzo wygodną aplikację do ich słuchania. Poszczególne rozdziały nie mieszają mi się z muzyką, zawsze wracam do momentu, w którym skończyłam, a także mogę dodawać ewentualne komentarze. Wirtualna półka również wygląda świetnie, a obsługa jest intuicyjna. 

Aplikacje na poszczególne urządzenia mobilne nie różnią się za bardzo między sobą, ale obecnie system Android ma dużą przewagę nad iOSem, który używam na co dzień. Mianowicie, teraz w każdym momencie możemy przenieść się z trybu słuchania na tryb czytania tekstu i na odwrót, nie tracąc zakładki miejsca, w którym jesteśmy. Wyjątkowo pobrałam więc program ze sklepu Google play, żeby przetestować to innowacyjne rozwiązanie.

Audiobook + e-book = rozwiązanie idealne?

Niestety, aplikację musiałam testować na nie swoim urządzeniu, które jak na złość co chwila się wieszało. Udało mi się jednak spróbować przesłuchać fragment audiobooka, aby następnie po kliknięciu "teraz czytaj"  przenieść się do e-booka. Nad samymi przenosinami z wersji słuchanej do czytanej i odwrotnie można jeszcze popracować, gdyż reakcja jest nieco opóźniona. Lektor, co oczywiste, zaczyna ponowną lekturę na zdaniu, które jest pierwsze od góry ekranu, nawet jeśli zaczyna się na poprzedniej stronie. Klikając "wstecz" zostajemy przeniesieni z powrotem do znanego już widoku okładki z opcjami nawigacji.

Co ciekawe, cena takiego audiobooka wcale nie jest wyższa. E-book jest jego nieodłączną częścią, której nie odepniemy i nie poczytamy nagle na czytniku. Mimo wszystko, w tej samej cenie mamy dwa formaty, które możemy dowolnie przeplatać ze sobą, gdy tylko tego zechcemy. Na dole tekstu przydałaby się tylko jakaś numeracja strony oraz szybkie menu, gdy klikniemy na ekran, aby bardziej intuicyjnie nawigować po e-booku.




Oferta

Na razie w kolekcji znajdziemy 22 pozycje, a w tym:
  • Jo Nesbø, "Policja"
  • Stanisław Lem, "Powrót z gwiazd" 
  • Dmitry Glukhovsky, "Metro 2033"
  • Marcin Meller, "Między wariatami - opowieści terenowo-przygodowe"
  • Vladimir Wolff, "Kryptonim Burza"

Ja akurat w weekend skusiłam się na promocję bestsellerów (każdy po ~10zł w AppStore) i zakupiłam sobie genialny "Powrót z gwiazd" Stanisława Lema, który czytałam już raz w formie papierowej. Na decyzję miał też wpływ mój ulubiony lektor, znany z "Gry Endera". Tak się złożyło, że mogłam na tym tytule przetestować rozwiązanie Audioteki. Chętnie kupiłabym coś jeszcze, ale poczekam na okazje i jakieś nowe tytuły - może więcej Lema? ;)

Na plus!

Audioteka+ to coś, na co podświadomie czekałam. To idealne rozwiązanie dla ludzi, którym nie odpowiada wolne tempo audiobooków, ale nadal chcieliby ich słuchać wykonując czynności, podczas których fizycznej książki (lub czytnika) trzymać się nie da. Teraz tylko czekać na wersję na iPhone'y i na poszerzenie oferty!

A Wy się skusicie? Jak podoba się Wam takie rozwiązanie?

Obrazki ze strony audioteka.pl, zrzuty ekranu własne. I nie, wpis nie jest sponsorowany, chociaż mógłby być ;P

piątek, 15 listopada 2013

Nadchodzi nowe... :)

Jestem już na własnej domenie, ale przede mną jeszcze wiele pracy, by ten blog, to moje miejsce wyglądało tak jak sobie to wymarzyłam...

Dlatego przez kolejne parę dni mogą się tu dziać bardzo dziwne rzeczy. Nie zrażajcie się, nie uciekajcie z krzykiem - niedługo wszystko będzie dobrze :)

Miejmy nadzieję, że powitam was ponownie w miejscu, którego nie będę się wstydzić, a Wy będziecie chcieli zostać w nim na dłużej.

poniedziałek, 21 października 2013

Arnaldur Indridason, "Głos" - recenzja [audiobook]

Autor: Arnaldur Idridason
Tytuł: Głos
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Data wydania: 28.08.2013
Lektor: Andrzej Ferenc
Czas trwania: 8 godz. 32 min.
Cena: 29,90 zł

Moja ocena: 6/10




Arnaldur Indridason to nie nowa postać na polskim rynku książkowym, a jednak w porównaniu do jego skandynawskich kolegów, jest chyba mniej znany. Wyróżnia się także tym, że jak rzadko w kryminałach, jego powieści dzieją się w Islandii, a wątki detektywistyczne przeplatane są z obyczajowymi. „Głos” jako pierwsze podejście do tego autora sprawdza się doskonale, szczególnie w oprawie dźwiękowej.

Chociaż w naszym kraju nie słychać o tym pisarzu wiele, jego powieści przetłumaczono na jedenaście języków. W Polsce zadebiutował w 2009 roku powieścią „W bagnie”, która stanowi trzeci tom cyklu o Erlendurze Sveinssonie. Nie dane nam było poznać początków tej jakże ciekawej postaci, ale może wydawnictwa nadrobią to niedopatrzenie. „Głos” to piąta część z kolei i jako taka spokojnie może być czytana osobno – brak tu bezpośrednich nawiązań, a podczas lektury nie ma się wrażenia, że coś nam umyka.

Forma śledztwa toczonego w książce może przypominać tę z twórczości Agathy Christie – mamy tu zamkniętą przestrzeń – hotel – i ograniczoną liczbę podejrzanych. Erlendur wraz ze swoimi partnerami, Siguldurem Olim i Elinborg, tropi mordercę odźwiernego, a zarazem niegdyś właściciela wspaniałego głosu solisty chłopięcego chóru. Wątków jest jednak więcej, mamy tutaj równoległe śledztwo dotyczące pobitego chłopca, a także obyczajowe perypetie głównego bohatera. Z tej perpspektywy „Głos” przypomina także serię o Fjallbace Camilli Lackberg.

Indridason prowadzi fabułę powoli, rozkoszując się opisami, słowami, wpadając niekiedy w liryczny ton. Nie każdemu się taki styl spodoba, a jednak warto samemu spróbować i przekonać się, że akcja nie zawsze musi pędzić na łeb, na szyję, robiąc zwroty co pięć stron. Na pewno na dobry odbiór książki ma wpływ intrygujące tło obyczajowe, które jest jednocześnie autentyczne i na tyle nieprawdopodobne, że chcemy o nim czytać. Historia Erlendura zarysowana w „Głosie” sama zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy.

Całość czytana przez Andrzeja Ferenca ma swój bardzo specyficzny klimat, nie tylko ze względu na malownicze opisy Islandii i jej mieszkańców (te imiona i nazwiska!), ale duży wpływ na to ma także głos lektora, który został odpowiednio dobrany. Biblioteka Akustyczna wydała porządną produkcję, dobrze zrealizowaną, bez dziur między nagraniami. Prawie 8,5 godziny słuchania to nie za krótko i nie za długo, a jeśli polubicie styl autora, nie będziecie żałować.

Słuchanie „Głosu” Indridasona to dobrze spędzony czas w pięknej Islandii, śledząc kryminalno-obyczajowe losy Erlendura, detektywa z intrygującą historią. Jego postać jest na tyle ciekawa, że chętnie wróciłabym do poprzednich tomów i sięgnęła po kolejne. W wersji dźwiękowej, oczywiście.

środa, 16 października 2013

Antologia "Science fiction po polsku 2" - zapowiedź

Tytuł: Science fiction po polsku 2
Autorzy: Eugeniusz Dębski, Rafał Dębski, Tomasz Duszyński, Tomasz Kaczmarek, Anna Kańtoch, Magdalena Kempna, Mikołaj Maria Manicki, Marcin Mortka, Anna Nieznaj, Marcin Podlewski, Marcin Wełnicki, Andrzej Zimniak
Seria: Antologia polskiej fantastyki (#2)
Wydawnictwo: Paperback
Stron: ?

Premiera: listopad 2013

środa, 9 października 2013

Dan Brown, "Inferno" - recenzja premierowa

Autor: Dan Brown
Tytuł: Inferno
Seria: Robert Langdon (#4)
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 09.10.2013
Stron: 592

Moja ocena: 3/10








Lubię prozę Dana Browna. Traktuję ją jako lekturę na rozluźnienie, emocjonującą, choć nieco naiwną i naciąganą, ale przyjemną i idealną na jeden wieczór. Czytałam wszystkie dostępne do tej pory w Polsce książki Amerykanina, a tej mającej dziś premierę także nie potrafiłam się oprzeć. Pewnie zastanawiacie się, czy warto wydać 45 zł na swój twardo oprawiony egzemplarz, który zwiastuje potencjalnie fascynująco spędzony czas w „piekle” Dantego?

Otóż nie, nie warto. Ale zacznijmy może od początku.

wtorek, 3 września 2013

Na koniec "wakacji" słów kilka

Moje wakacje nawet się nie zaczęły ;) Ale już niedługo w końcu wyjeżdżam na upragniony urlop, po dwóch pełnych miesiącach pracy. Z racji ogólnego nie-chcenia-mi-sie w lipcu czytałam bardzo mało. Jednakże decyzja o zakupie czytnika pomogła trochę podnieść statystyki i jednocześnie czytam trzy książki, każdą w innej postaci.
  • Każdą dłuższą wolną chwilę, którą spędzam chodząc lub przemieszczając się komunikacją miejską przeznaczam na słuchanie audiobooka
  • Po południu i w przerwach w pracy czytam e-booka
  • Przed snem książkę papierową
W końcu najważniejsza jest dyscyplina ;) Czytam, ale także nadrabiam zaległości growe (teraz Mass Effect 2),wysypiam się i pracuję. Siłą rzeczy nie starcza mi już sił/czasu na pisanie recenzji, ale na to też powoli znajduję rozwiązanie i postaram się częściej publikować. W najbliższej przyszłości na pewno uraczę Was tekstami o kolejnych audiobookach (naprawdę wiele ich wysłuchałam), ale także zaległymi opiniami o Nowej Fantastyce i... (werble) stosikiem!

piątek, 30 sierpnia 2013

Stanisław Lem, "Niezwyciężony" [audiobook] - recenzja + audiobooki za darmo!

Tytuł: Niezwyciężony
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Audioteka.pl
Rok wydania: 2013
Wystąpili: Krystyna Czubówna, Daniel Olbrychski, Marcin Kowalczyk, Wiesław Komasa i inni
Czas trwania: 421 minut (7 godz. 1 min.)
Cena: 49,90 zł

Moja ocena: 9/10





Wstyd się przyznać, ale utworów Stanisława Lema nie czytałam do tej pory wiele. Znam kultowe klasyki, uwielbiam "Powrót z gwiazd", ale do całkowitego zapoznania się z jego twórczością jeszcze dużo mi brakuje. Do celu odrobinę przybliżyła mnie produkcja portalu Audioteka.pl i HTC, "Niezwyciężony", która reprezentuje nurt tak zwanych słuchowisk, a dodatkowo wykorzystuje efekty 3D.

sobota, 10 sierpnia 2013

Peter Watts, "Behemot" - recenzja

Autor: Peter Watts
Tytuł: Behemot
Seria: Trylogia Ryfterów (#3)
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2013
Stron: 526

Moja ocena: 9/10
Ocena całej trylogii: 8/10 ("Wirowi" brakowało klimatu)







W dwóch pierwszych częściach trylogii o Ryfterach, Peter Watts zabrał nas w fascynującą podróż do miejsc równie nieznanych i obcych, co planety odległe o miliony lat świetlnych. A jednak, to na powierzchni naszej planety, znajdują się obszary, które mogą przynieść odpowiedzi na pytania o początkach życia, ale także mogą doprowadzić do naszego końca... Wizja kanadyjskiego pisarza jest jednak o tyle niepokojąca, że śmierć może nadejść po cichu i zanim się zorientujemy będzie za późno. To miła odmiana od tego, co ostatnio mogliśmy widzieć w kinie - film "Pacific Rim" także opowiada o śmierci nadchodzącej z dna Oceanu, ale w "nieco" mniej subtelnym stylu.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

[Serialowo] Co jest nie tak z 7 sezonem Skins?

A miało być tak pięknie. Po pierwszym odcinku było. Drugi jeszcze trzymał poziom, a nawet zbliżył się z nim do 3 i 4 sezonu. Ale w końcu to Effy - zarówno aktorka, jak i pomysł na tę postać są zbyt dobre, żeby cokolwiek spieprzyć. Ona po prostu przyciąga do siebie swoją urodą, urokiem i niepowtarzalną umiejętnością nieuchronnego pakowania się w najgorsze kłopoty. Fire to idealny podtytuł dla części opowiadającej o tej bohaterce. Wszystkie zresztą wydają się być trafione. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, a macie zamiar powiem tylko, że Effy i happy ending rzadko idą ze sobą w parze. Pojawiające się w tych dwóch odcinkach także Naomi i Emily stoją w dużym kontraście w stosunku do niej. Szczególnie ta pierwsza mogła się wykazać aktorstwem i myślę, że wykorzystała swoją szansę. Niemniej, ich losy potoczyły się zgodnie z przewidywaniami i z tym, co autorzy serialu fundowali nam już wcześniej.


niedziela, 28 lipca 2013

Nowa Fantastyka 05/2013 i Nowa Fantastyka 06/2013 - omówienie

W ostatnich miesiącach miałam bardzo mało czasu na czytanie, więc jeśli już udało mi się znaleźć chwilę, wolałam wgłębiać się w powieści niż w opowiadania. Te dwa numery Nowej Fantastyki przeczytałam już jakiś czas temu i w końcu wypadałoby je omówić. Zrobię to pokrótce, bo przecież jeszcze został mi numer lipcowy, a tu już prawie sierpień...

Na pierwszy rzut oka widoczna jest konsekwencja w doborze okładek - porzucono ładne rysunki na rzecz zdjęć z filmowymi bohaterami. Sama treść artykułów także uległa pewnym zmianom - więcej pisze się o filmach, czy bardziej popkulturalnych tematach. Ale zacznijmy od początku.

W numerze majowym poczytacie o:
  • genezie Iron Mana w związku z premierą trzeciego filmu z nim w roli głównej
  • koncepcji monomitu w prozie Neila Gaimana
  • ewolucji nerdów na przestrzeni lat 
  • następcy "Planescape: Torment", który powstaje sfinansowany przy pomocy Kickstartera
  • najbardziej fantastycznych światach, które zostały przeniesione na karty i gry planszowe (Błażej Kubacki naprawdę potrafi zachęcić)
  • tym, jak stworzyć opis, według Michaela J. Sullivana
  • wynikach konkursu na opowiadanie
Jeśli chodzi o sedno numeru, czyli opowiadania to stanowczo lepiej wypadli autorzy zagraniczni. Z polskich najbardziej w pamięci zapadła mi "Grewolucja" Pawła Majki, ale głównie dlatego, że ze względu na liczne neologizmy, nie dało się tego czytać. Proza zagraniczna z kolei to przede wszystkim Jeff VanderMeer (w pogmatwanym tekście "Appoggiatura", ale jego fani nie będą zaskoczeni), a także dwa ciekawe teksty mniej znanych pisarzy - Atheny Andreadis oraz Jeremiaha Tolberta, z którymi warto się zapoznać.


W numerze czerwcowym o wiele lepiej wypadły opowiadania, a to za sprawą genialnego Kena Liu. Ale od początku. W ramach publicystyki poczytacie o:
  • historii ekranizacji komiksów o Supermanie z okazji premiery "Człowieka ze stali"
  • tym, jak samemu wydać książkę i czy można się na tym wybić (bardzo wnikliwy tekst Marka Grzywacza)
  • wskrzeszaniu wymarłych gatunków rodem z Jurassic Parku, pióra Wawrzyńca Podrzuckiego (którego tekstów bardzo mi brakowało)
  • wywiad z Drew Pearce'em, scenarzyście m. in "Iron Mana 3", "Pacific Rim" oraz "Sherlock Holmes 3"
  • wzlotach i upadkach "Star Treka"
  • "Baśniach" Billa Willinghama
  • sposobach na redagowanie prosto od Michaela J. Sullivana
Tak jak wspominałam, opowiadania w siódmym numerze tego roku to mistrzostwo. Mamy tutaj także teksty raczej przeciętne, ale te lepsze zupełnie je przysłaniają. Ale po kolei. "Skomplikowana ciemność" Lucyny Grad to wyróżnienie w konkursie literackim "Nowej Fantastyki". I faktycznie, jest to świetnie napisany utwór, który jednakże nie porywa. "Widma z czternastej dzielnicy" Jewgienija T.Olewniczaka to trzy historie, które łączy przeplatanie melancholii z naprawdę pokręconą rzeczywistością. 

Wśród pisarzy zagranicznych mamy tu takie nazwiska jak Mike Carey, czy Ken Liu, ale to ten ostatni zdobył moje serce, nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. "Drugi oddech" Carey'a będzie fajnym przeżyciem dla fanów jego twórczości, ale jest szansa, że namówi na lekturę także tych, którzy spotykają się z nim po raz pierwszy. "Mono no aware" Kena Liu tym razem dzieje się głównie w kosmosie, ale tak jak zawsze, autor nie zapomina o swoich japońskich korzeniach, pięknie opisując ten kraj i jego ludzi. Jest to historia piękna, poetycka i głęboka, a jednocześnie uniwersalna i dla każdego. Wzruszenia gwarantowane.

W obu wydaniach także pełno recenzji i innych tekstów, ale numer lipcowy polecam szczególnie. Dajcie się przekonać :)

wtorek, 23 lipca 2013

Zapowiedzi Hard SF ze stajni Powergraphu! "Nowi ludzie" i "Holocaust F"


Rafał Kosik, "Nowi ludzie"

"Nowi ludzie" krążą w zapowiedziach już od 2011 roku. Czy w końcu uda się wydać tak długo oczekiwany zbiór opowiadań Rafała Kosika? Będzie to już druga antologia pisarza, po dość chłodno przyjętym "Obywatelu, który się zawiesił". Kosik jest bezsprzecznie moim ulubionym polskim autorem, chociaż uwielbiam go w długich formach skierowanych do dorosłych. Jeżeli nie macie nic przeciwko opowiadaniom i tak samo jak ja oczekujecie kolejnej poważnej powieści tego pisarza - może "Nowi ludzie" będą dla Was idealni.


Cezary Zbierzchowski, "Holocaust F"

Ta pozycja z kolei "wisi" od co najmniej 2010 roku. Miejmy nadzieję, że warto było tak długo na nią oczekiwać i Hard SF faktycznie bedzie Hard. Z Kosikiem raczej nie ma takiego problemu. Tutaj okładka sugeruje, że również nie będzie. Prapremiera odbędzie się na Polconie. W teorii :)

Myślę, że warto tutaj zacytować Rafała Kosika z wywiadu na lubimyczytac.pl:

(...) Nie jest to dziwne, bo czytelnicy SF to elita, a elita niestety nie jest liczna. Ciekawa sprawa, że SF choć mniej chętnie czytane od innych rodzajów fantastyki, zdaje się być prestiżowe i dla autorów, i dla czytelników. (...) Pisanie SF w Polsce ociera się o działalność charytatywną. 
Trochę to smutne, ale z drugiej strony fajnie być w elicie. A science-fiction to na pewno mój ulubiony gatunek, dlatego bardzo czekam na obie pozycje. A jak to wygląda u Was?

poniedziałek, 15 lipca 2013

[Filmowo] "Iluzja" ("Now you see me") - recenzja

„Iluzja” to film, który jako jedyny w ostatnim czasie skutecznie przyciągnął mnie do kina. Zombiaki i mega-roboty (transformersy all over again) to nie moja działka. I chociaż wiem, że „World War Z” i „Pacific Rim” ponoć nadają się do oglądania głównie na dużym ekranie, to nie żałuję przepuszczenia szansy na ich zobaczenie. Okazało się, że był to najlepszy możliwy wybór. Naprawdę, dawno tak dobrze nie bawiłam się w kinie!

The closer you look, the less you see

Daniel Atlas -  (Jesse Eisenberg, czyli pan Zuckerberg z „The Social Network”), Merrit McKinney (Woody Harrelson, gość kojarzący się bardziej z rolami jajcarzy), Henley Reeves (znana z komedii romantycznych Isla Fisher) oraz Jack Wilder (Dave Franco, „Wiecznie żywy”, „21 Jump Street”) to czwórka iluzjonistów, którzy zostają zwerbowani przez tajemniczego zleceniodawcę i razem, jako „Czwórka jeźdźców” oczarowują swoją publiczność. Już w pierwszym show okradają bank, a im dalej będzie tylko bardziej widowiskowo…



To jednak tylko połowa perspektywy, z której oglądamy „Iluzję”. Drugą jest widok ze strony FBI, które rzecz jasna zainteresowało się grupą magików, którym udało się okraść bank położony we Francji. Głównym detektywem jest Dylan Rhodes (Mark Ruffalo, aktor grający Hulka w „Avengersach”), a towarzyszy mu sympatyczna Francuzka, Alma Dray (Melanie Laurent). Na ekranie często pojawia się także Morgan Freeman w roli demaskatora iluzjonistów, Thaddeusa Bradleya oraz Michael Caine jako Arthur Tressler, który objął pieczę nad naszą czwórką. Tak doborowe towarzystwo aktorów z pewnością składa się na sukces filmu, ale nie tylko ono o nim stanowi.

Want to know how they did it?  Just say the magic word.

„Iluzja” to przede wszystkim uczta. Bardziej uczta dla oczu niż dla duszy, ale jednak w trakcie seansu czujemy się coraz bardziej „syci”. Wszystkie efekty specjalne sprawiają wrażenie niewymuszonych, a my z łatwością dajemy się oczarować. W końcu, „im bliżej się przyglądasz, tym mniej widzisz”. Także fabuła stoi na wysokim poziomie i można spokojnie porównywać ją do innych filmów o podobnej tematyce – „Prestiżu” czy „Iluzjionisty”. Może do tego pierwszego trochę jednak brakuje tej głębi i magii, ale dawno nie oglądałam produkcji o takich przyjemnych zwrotach akcji i bez podawania widzowi wszystkiego na tacy.


Przez pierwszą połowę seansu w kinie co chwila rozlegał się śmiech, co najważniejsze – niewymuszony. W ogóle aktorzy wysoko postawili sobie poprzeczkę i naprawdę podołali zadaniu. Nikt nie odstawał od reszty, a wyróżniała się szczególnie para detektywów, zachowujących się jak stare małżeństwo. Obserwowanie przemian w bohaterach było naprawdę przyjemne. Co ciekawe, chociaż w teorii czwórka Jeźdźców powinna być w centrum uwagi, częściej obserwowaliśmy ich działania z perspektywy FBI. Niewiele z samych sztuczek było nam poznać przed tym, jak się one działy. Zazwyczaj były wyjaśniane już po fakcie, wgniatając nas w fotel.

First rule of magic: always be the smartest person in the room.

Zakończenie, jak to bywa w filmach o magicznych sztuczkach, był zaskakujące, chociaż dało się przewidzieć jego pewne aspekty. Zostawia także wiele miejsca na spekulacje i domysły, a nawet na ewentualną drugą część… Chociaż wątpię, żeby reżyser, Luis Leterrier, się na nią zdecydował. Niektóre produkcje lepiej zostawić w spokoju. Leterrier to człowiek odpowiedzialny za takie tytuły jak „Starcie tytanów”, czy obie części „Transportera”. To jednak dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego nazwisko i mam nadzieję, że „Iluzja” będzie początkiem jego dobrej passy.



Warto wspomnieć także o oprawie dźwiękowej i efektach specjalnych, które dobrze ze sobą współgrały. Niektórym sztuczki zaprezentowane na ekranie mogą wydać się nieco przerysowane i zbyt bajkowe, za bardzo odbiegające od rzeczywistości. Także technologia, której używali Horsemeni byłaby bardziej odpowiednia dla filmów science-fiction. Nie do końca została także przesądzona kwestia mentalizmu, którą posługiwał się Merrit McKinney, a także czy hipnoza była prawdziwa.

Na „Iluzję” warto iść do kina. Ten film w domowym zaciszu nie straci wiele, ale wspaniale ogląda się go na dużym ekranie, mogąc rozłożyć się w fotelu i śmiać na kubełkiem popkornu. To próba powrotu do bardziej skomplikowanych fabuł niż te, które możemy oglądać od jakiegoś czasu, a także nawiązania do najlepszych filmów gatunku. I to trzeba przyznać, że próba udana. Doborowe aktorstwo, beczka humoru, mnóstwo akcji, a do tego niebanalna fabuła i piękne obrazy – oto przepis na świetny film, a takim jest „Iluzja”.

Zwiastun:


Gify tumblr

Reżyser: Louis Leterrier
Scenariusz: Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon
Muzyka: Brian Tyler
Data premiery: 28.06.2013 (Polska), 21.05.2013 (Świat)

Obsada: 
Jesse Eisenberg
Mark Ruffalo
Woode Harrelson
Isla Fisher
Dave Franco
Melanie Laurent
Morgan Freeman
Michael Caine

środa, 10 lipca 2013

Tam i z powrotem. Tom 2. Podróż - recenzja

Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Tam i z powrotem. Tom 2. Podróż
Seria: Tam i z powrotem. Podróż (#2)
Wydawnictwo: Paperback
Rok wydania: 2013
Stron: 348

Moja ocena: 7+/10









Całkiem niedawno recenzowałam pierwszym tom serii „Tam i z powrotem” Tomasza Duszyńskiego. Książka przemówiła do mnie połączeniem literatury młodzieżowej z licznymi nawiązaniami do popkultury. Z tego zestawu wyszła humorystyczna space-opera, w której zaczytają się zarówno młodsi, jak i starsi czytelnicy. Druga część to była jedynie formalność, a jednak – Duszyńskiemu udało się mnie zaskoczyć i zrobił to w bardzo dobrym stylu.

Maxa Barskiego zostawiliśmy w sytuacji dość dramatycznej. Właśnie stracił jednego z najlepszych poznanych w kosmosie przyjaciół. Co gorsza, do opanowania kosmosu przez Drakka zostało bardzo mało czasu. Jednakże dzięki dwulicowej naturze łowcy, Yehra Magra i pomocy starych znajomych, Drakka zostają unicestwieni. Zdawałoby się, że po uratowaniu Wszechświata i wkroczeniu tzw. trzeciej siły, która ma pilnować pokoju, to już koniec. Barski pożegnawszy się z przyjaciółmi wreszcie leci na Ziemię, do upragnionego domu, do rodziców. Jednakże coś tam nie gra...

Na stu pierwszych stronach akcja pędzi i osiągnąwszy punkt kulminacyjny rodzi w czytelniku pytanie – co będzie na kolejnych dwustu? Duszyński ma niejednego asa w rękawie, dostarczając nam nowych ciekawych bohaterów i pokłady emocjonującej rozrywki. Okazuje się, że jest to powieść głębsza i poważniejsza niż by się to mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Autor mógłby spokojnie rozwlec ją, a nawet zawrzeć całość w jednym tomie, ale miał na tę historię o wiele większe plany.

Do znanych nam ras i starych bohaterów dołączają nowi, którzy bardzo szybko zaskarbiają sobie sympatię czytelnika. W obliczu kolejnego wroga, którym są tak zwani Energetycy, Max wraz z przyjaciółmi znowu musi stawić im czoła. Teraz zagrożona jest cała Federacja, a nawet Ziemia. Tym razem czuć, jak powaga tematu przebija przez karty książki. Przez większą jej część brak tych charakterystycznych nawiązań do popkultury. Ich ucieleśnieniem jest Planeta Obłędu, ale służy ona bardziej pokazaniu powagi sytuacji i zmiany perspektywy, niż rozbawieniu.

Także i ten tom czyta się błyskawicznie i z przyjemnością. Chociaż rozdźwięk między oboma częściami jest dość znaczący, bezsprzecznie stanowią one jedną całość. Do bohaterów ciężko się nie przywiązać, a częste zwroty akcji zapewniają świetną rozrywkę. Stylowi Duszyńskiego nie można nic zarzucić. Bardzo dobrze wywiązał się z zadania, pisząc porządną space-operę, w której może nie odkrywa „kosmosu”, ale opisuje swój świat bardzo spójnie i poprawnie. To, co na początku, głównie patrząc na okładkę, wydawało się infantylną i wtórną serią, okazało się mieć drugie i trzecie dno, mnóstwo humoru i wartościowych, edukacyjnych elementów.

„Tam i z powrotem. Podróż” zabierze Was w podróż tam (w kosmos) i z powrotem (na Ziemię). I wierzcie mi, tak jak Max Barski, nie będziecie wcale chcieli wracać!

Mój osobisty akcent na okładce :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

[Serialowo] Skins 7 - sezon 7, czyli powrót do korzeni?

Serial Skins przeżywał swoje wzloty i upadki, a ja trwałam razem z nim. Po genialnych dwóch pierwszych seriach nastąpił spadek formy, ale nadal trzymali poziom. Niestety, sezon 5 i 6 to było totalne dno, którego nie dało się oglądać... Twórcy chyba to zauważyli i wzięli pod uwagę, robiąc wiernym fanom serialu najlepszy prezent, jaki mogli sobie wymarzyć. W siódmej odsłonie, której premiera była 1 lipca wracamy do, dla mnie i dla wielu, najlepszej bohaterki całego serialu - Effy.


Ale jeśli za nią nie przepadacie, nie martwcie się! Poznamy także losy innych bohaterów, m.in.:
  • Cassie (1 generacja) 
  • Cooka (2 generacja)
  • Naomi i Emily (2 generacja)

Odcinek pierwszy, czyli Skins Fire (1) skupia się na Effy, chociaż pojawia się w nim także Naomi. Te dwie dziewczyny są sobie przeciwstawione i choć na pierwszy rzut oka bardzo się między sobą różnią, to Effy wcale nie zmieniła się aż tak. Nadal jest bardzo bezpośrednia, pali, pije. Zrezygnowała jedynie z narkotyków, co wyszło jej na dobre. W końcu ma świetną pracę, w której nieźle sobie radzi i jakoś poniekąd ułożyła sobie życie. Mieszkanie z Naomi trochę mnie dziwi, ale może w kolejnym odcinku twórcy wyjaśnią jak doszła do miejsca, w którym jest teraz. Na pewno wiele także się zepsuje, a w odwiedziny wpadnie Emily, co zapowiedział teaser.


Postać, która w pierwszych dwóch sezonach była jedynie barwnym dodatkiem do pozostałych charakterów, już wtedy zawładnęła sercami widzów Skins. Kolejne, w których grała jedną z pierwszoplanowych ról umocniły jej pozycję. Po spadkowej formie serial wreszcie powraca i to z przytupem. Effie, którą widzimy to całkowicie odmieniona bohaterka, z którą łatwiej będzie się utożsamić dorastającym wraz z serialem widzom. Siódma seria zapowiada się naprawdę dobrze. Nie zabraknie dramy, wulgaryzmów i seksu. Are you ready?

 Effy kiedyś i teraz:


A tu zwiastun:


 Do notki i powrotu do serialu zainspirował mnie ten post. Gify z tumblr.

czwartek, 4 lipca 2013

#177 Nakręcana dziewczyna - recenzja

Tytuł: Nakręcana dziewczyna
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 560

Moja ocena: 7/10










Paolo Bacigalupi dał się poznać w serii „Uczta wyobraźni”, w której najpierw została wydana powieść. To sztandarowa pozycja z gatunku fantastyki ekologicznej, która nie wszystkim przypadnie do gustu.

W niedalekiej przyszłości, w Królestwie Tajlandii zmagają się ze sobą dwa główne ministerstwa – Handlu i Środowiska. Oba mają różne cele, ale równie brutalne środki. Określa je także kolor koszul, odpowiednio – czarne i białe, a ich widok, szczególnie tych drugich, wprowadza przerażenie wśród społeczeństwa. W tak trudnej sytuacji państwa zmuszony jest działać Anderson Lake, przedstawiciel zagranicznych inwestorów, zarządzający fabryką produkującą sprężyny. W czasach, w których światem rządzą firmy kaloryczne, Królestwem miotają intrygi polityczne, a interes jednostki jest ważniejszy od interesu społeczeństwa, Anderson potajemnie próbuje wykraść informacje tajlandzkiego banku genów.

Historię obserwujemy także z drugiego punktu widzenia, kapitana „białych koszul”, Jaidee’ego. Jest to jedyna postać, co do której motywacji nie ma wątpliwości. Jako pracownik Ministerstwa Środowiska, jego głównym celem jest ochrona państwa, a przy tym nadzór nad nielegalnym importem, co z kolei jest nie na rękę Ministerstwu Handlu. Osią książki jest rywalizacja między tymi dwoma praktycznie niezależnymi jednostkami. Interesy „farangów”, czyli zagranicznych przedsiębiorców, również mają duży wpływ na fabułę. W międzyczasie przez karty książki przewijają się także chińscy imigranci, tzw. „żółte karty”, w postaci Hock Senga, którego interesuje tylko własny los.

Świat przedstawiony „Nakręcanej dziewczyny” jest ciekawie zarysowany i bardzo spójny. Chociaż obszar, który poznajemy jest dość niewielki (nie wiemy dokładnie co stało się z resztą planety, poza wybranymi obszarami, dostajemy jedynie pewne wskazówki). Autor skupił się na opisywaniu realiów Królestwa Tajlandii, jej mieszkańców, chińskich nielegalnych imigrantów lub tzw. "farangów”. Wszyscy oni widzą w tym kraju szansę dla siebie, czy to na nowe życie, czy choćby na jego godny koniec. Bangkok to miasto usilnie opierające się napierającej ze wszech stron sile wody, pokonujące wszelkie przeciwności. Dzięki bogatym zbiorom genów nigdy nie brakuje żywności, która nie jest tak trująca jak poza jego granicami. Dlatego przyciąga do siebie ludzi, dla których nie ma innego miejsca w świecie.

Na tym tle kontrastowo wybija się na pierwszy plan tytułowa Emiko, potocznie zwana "nakręcanką". Jest ona wynikiem japońskich eksperymentów genetycznych, jedną z tzw."Nowych Ludzi". W przeciwieństwie do wizji innych autorów, Bacigalupi nie wynosi tej nowej, sztucznej rasy na piedestał, a wręcz sprowadza na margines, jako gorszych, wyklętych przez społeczność, a w Tajlandii wręcz zakazanych. Nie są oni też idealni - w zależności od modelu, obdarzono ich małą odpornością na wszechobecny żar lejący się z nieba, a każdy nieostrożny ruch może zdradzić ich prawdziwe pochodzenie. Emiko jest więc towarem deficytowym, który bogacze kupują i wykorzystują jej naturalną wolę poddańczą. Jej życie jednak zmienia się, gdy napotyka na swojej drodze Andersona. Dla dziewczyny to Bangkok jest więzieniem, a nadzieją są odległe, wręcz mityczne wioski "nakręcańców".

Tak jak w „Złomiarzu” mamy tu do czynienia z wizją genialną, a jednocześnie bardzo niepokojącą, bo aż tak realistyczną. Bez problemu można sobie wyobrazić taki obrót spraw. Zamiast łudząco humanoidalnych androidów dostajemy umyślnie wyróżniającą się nową formę śmiertelników. Ludzkość przegrywa z żywiołami, które sama na siebie sprowadziła zmianami w klimacie Ziemi. Zmagania z epidemiami, przeludnieniem, nielegalną imigracją – to wszystko składa się na jedną z wypadkowych kierunków, w których idziemy. Może nie za 20 lat, ale za 70-100 – wyobrażenie Bacigalupiego może okazać się prawdziwe.

„Nakręcana dziewczyna” to powieść bez kompromisów, idealna dla dojrzałego odbiorcy. Mniej oczytanym i preferującym mniej skomplikowane fabuły wyda się zbyt złożona, wręcz ciężka w lekturze. Ta książka to fantastyka ekologiczna, czy też biopunk w najtwardszym wydaniu. Nie bez przyczyny jej pierwsza edycja w Polsce ukazała się w serii „Uczta wyobraźni” – najbardziej wymagającej, a zarazem najbardziej zaspokajającej czytelnicze fantastyczne gusta.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Fantastyka ekologiczna dla wymagających

piątek, 28 czerwca 2013

#176 Porządki na półkach i na blogu

Na blogu ostatnio było mnie bardzo mało. Ale jestem z powrotem :) Po udanej sesji wracam do blogowania, recenzowania (czytania nie porzuciłam, ale na pisanie jednak zabrakło czasu), a także do... pracy. A więc znowu na nadmiar czasu narzekać nie będę, ale mam zamiar wyrobić sobie pewien schemat i wrzucać przynajmniej dwie notki tygodniowo. Trzymajcie kciuki, niech się uda :)
Powoli dorastam także do wakacyjnej rewitalizacji wyglądu bloga, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Na razie małymi kroczkami: zaktualizowałam ostatnio przeczytane, a także grupy tagów na dole bloga (zamieniając Tytuły na Serie wydawnicze).

Porządki zapanowały także na moich półkach. W związku z tym mam naprawdę dużo fajnych tytułów do oddania. Pamiętajcie, aby do każdej ceny doliczyć koszt przesyłki poleconej (ok. 8 zł). Każdą książkę mogę też wystawić na allegro lub na finta.pl (niektóre już tam są).
I najważniejsze: można się targować :)

1. Marianne Curley, "Strażnicy Veridianu" (raz czytana, 12 zł)
2. Saladin Ahmed, "Tron półksiężyca" (raz czytana, 10 zł)
3. J.M.McDermott, "Dzieci demonów" (raz czytana, 10 zł)
4. Isabel Abedi, "Isola" (raz czytana, 10 zł)
5. Hannu Rajaniemi, "Kwantowy złodziej" (raz czytana, 15 zł) (SPRZEDANA)
6.  Howard E. Gibson, "To ciało Michaela Chandlera" (raz czytana, 12 zł)
7. Bartosz Grykowski, "Piąty anioł" (nowa, nieczytana, 15 zł)
8. Dorota Terakowska, "Tam, gdzie spadają Anioły" (raz czytana, 12 zł)
9. John Lutz, "Seryjny" (nowa, nieczytana, 20 zł)
10. Krzysztof Spadło, "Marzyciele i pokutnicy" (nowa, nieczytana, 15 zł)

11. Paolo Bacigalupi, "Nakręcana dziewczyna" (raz czytana, 15 zł) (SPRZEDANA)
12.Robert Rankin, "Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje" (raz czytana, 12 zł)
13. Karen Traviss, "Ostatni z Jacinto" (nowa, nieczytana, 23 zł)
14. Nina Blazon, "Władczyni snów" (nowa, nieczytana, 18 zł - finta) (SPRZEDANA)
15. Kevin Hearne, "Na psa urok" (nowa, nieczytana, 20 zł) (SPRZEDANA)
16. Jenna Burtenshaw, "Wintercraft" (nowa, nieczytana, 18 zł)
17. Jakub Żulczyk, "Zmorojewo" (nowa, nieczytana, 20 zł)
18. Piotr Patykiewicz, "Rajskie zorze" (nowa, nieczytana, 15 zł)
19. Dawid Kain, "Punkt wyjścia" (nowa, nieczytana, 17 zł)
20. Bradley P. Beaulieau, "Wichry archipelagu" (raz czytana, 15 zł) (SPRZEDANA)

21. Gary Marcus, "Prowizorka w mózgu" (nowa, nieczytana, 20 zł)
22. Mark Lilla, "Bezsilny Bóg" (nowa, nieczytana, 25 zł)
23. Józef Hen, "Dziennik na nowy wiek" (nowa, nieczytana, 30 zł)
24. Conor Costick, "Epic" i "Saga" (raz czytane, w dwupaku 25 zł)
25. Michael Grant, "Bzrk" (nowa, nieczytana, 16 zł)
26. Mitsukazu Mihara, "Balsamista tom 2" (nowa, nieczytana, 17 zł)
27. Liliana Bodoc, "Saga o Rubieżach Tom 1" (egzemplarz recenzencki, raz czytana, 12 zł - finta(SPRZEDANA)
28. Romuald Pawlak, "Inne okręty" (raz czytana, 12 zł - finta)
29. L.J. McDonald, "Walka Sylfa" (raz czytana, 15 zł)
30. Jerzy A. Wlazło, "Kot Syjonu" (raz czytana, 13 zł) (SPRZEDANA)

31. Andrzej Tuchorski, "Rezydent wieży Księga 1" (raz czytana, 13 zł)
32. Jonathan Stroud, "Herosi z Doliny" (raz czytana, 15 zł - finta)
33. Judy Blume, "Opowieści z wakacji" (nieczytana, 10 zł - finta)
34. Zimmermann & Zimmermann, "Matma+stres=miłosne kłopoty" (nieczytana, 10 zł - finta)
35. Wolf Haas, "Kostucha" (raz czytana, 10 zł - finta)
36. Anna Starobiniec, "Szczeliny" (raz czytana, 10 zł - finta)

Książki można obejrzeć także w galerii na mojej stronie na fb: link. Kontakt na adres e-mail: immora.fray[at]gmail.com, gdzie [at]=@, w prywatnej wiadomości na fb, lub w komentarzach - jak kto woli :)

Pomóżcie mi wyczyścić półki!

wtorek, 25 czerwca 2013

#175 Zagubieni. Inwazja - recenzja

Tytuł: Zagubieni. Inwazja
Autor: Marcin Mortka
Seria: Zagubieni (#1)
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2013
Stron: 232

Moja ocena: 6+/10







Marcin Mortka powraca w nowym wydaniu. Sukcesywnie zagospodarowuje kolejne segmenty rynku książkowego. Po fantastyce, powieści marynistycznej, książkach dla najmłodszych tym razem przyszła kolej na młodzież, ale raczej tę przy dolnej granicy, a w dodatku w scenerii science-fiction. „Zagubieni. Inwazja" to początek nowej serii autora, który ma tak, że wszystko, czego dotyka zamienia się w złoto. Czy tak będzie i tym razem?

Na fabułę „Zagubionych" składają się typowe w powieściach młodzieżowych elementy. Główny bohater jest w wieku szkolnym i wraz ze swoim mniej lubianym kolegą nagle trafia w kosmos. Okazuje się, że to jego rodzice przygotowali plan ewakuacyjny na wszelki wypadek. I taki właśnie się trafił – Ziemia znajduje się pod ostrzałem, a cała przestrzeń kosmiczna jest okupowana. Ale kto tu jest dobry, a kto zły ciężko stwierdzić, gdyż Dorian Tomllinson po latach nauki o nich w szkole, dopiero teraz na własne oczy widzi obce, dziwne rasy. Poszukując rodziców, o których słuch zaginął, a po których pozostały jedynie enigmatyczne zagadki ratuje przy okazji siostrę. Poznaje również mieszkańców stacji i poszczególnych globów, a to wszystko w niezbyt oczekiwanym towarzystwie – robota domowego i Storda, kosmity, a zarazem przyjaciela ojca.

Przygodom młodych towarzyszy dreszczyk emocji, gdy raz po raz trafiają z deszczu pod rynnę. Akcja toczy się w naprawdę zastraszającym tempie i nie ma tu mowy o nudzie. Mimo to, trochę ciężko utożsamiać się z tymi dzieciakami, którym poskąpiono odrobinę rysu psychologicznego. Owszem, każde ma pewne cechy charakterystyczne, ale nim zdążymy się do nich przywiązać okazuje się, że to już koniec. Tylko niespełna 230 stron to porcja pewnie w sam raz dla początkującego czytelnika, ale bardziej wymagającym lektura zajmie maksymalnie dwa wieczory.

Pod względem stylistycznym niczego nie można Mortce zarzucić – to nadal ten sam pisarz, którego znamy i lubimy z cyklu „Miecz i Kwiaty" czy serii książek o Tappim. Tutaj słownictwo jest siłą rzeczy nieco uproszczone, ale nie tak bardzo jak można by się było spodziewać. Rejony science-fiction to dla autora całkowita nowość, ale widać w nim potencjał. Potrafił przedstawić świat i fabułę bez zagmatwania, chociaż także bez bardziej kreatywnych wynalazków wyobraźni. Całkowicie poprawnie skomponował utwór w gatunku, po który sięgnął po raz pierwszy i za to należy mu się pochwała. Starsi czytelnicy na pewno nie pogardziliby pełnoprawnym utworem SF w wersji dorosłej.

Nie potrzeba wczytywać się w „Zagubionych" uważnie, żeby zauważyć podobieństwa do innej skierowanej do młodzieży serii, mianowicie „Tam i z powrotem" Tomasza Duszyńskiego. To przede wszystkim nastolatki w kosmosie, kolejna „kotopodobna" inteligentna rasa, mnóstwo akcji i humoru. U Duszyńskiego wszystko to jednak ujęte jest w prześmiewczy sposób, przeplatając popkulturę z fantastyką. Mortka nie sili się na takie zagrywki, przeznaczając powieść właściwie tylko dla jednej grupy czytelników. Nie jest to złe, ale po prostu dorośli raczej nie znajdą tu nic dla siebie.

O tym, że to pozycja głównie dla młodszych czytelników świadczy również spora, wyraźna czcionka. Lekturę umilają rysunki w konwencji komiksów, które przedstawiają ważniejsze wydarzenia w powieści. Książka ta będzie idealna dla młodzieży, szczególnie tej poniżej 16 roku życia. Jeśli zaczytujecie się w serii „Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, a „Tam i z powrotem" bardzo wam się podobało – najnowsza książka Mortki jest dla was.

Książka została przekazana od serwisu Secretum.