Autor: Michael Cobley
Tytuł: Ziarna Ziemi
Seria: Ogień ludzkości (#1)
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 504
Moja ocena: 9/10
Wyobraźcie to sobie. Odbieramy sygnał z kosmosu, od
pierwszego obcego gatunku, który poznajemy. A ten – chce nas zniszczyć. To
typowy, znany schemat, powtarzający się w wielu książkach tego typu. Bez szans
na wygranie wojny, tym razem jednak możemy dać sobie szansę na przetrwanie.
Wysyłamy w odległe strony wszechświata trzy statki. Statki pełne ludzi różnych
narodowości, mające stanowić nadzieję na przetrwanie ludzkości. Dokąd dolecą?
Czy w ogóle dolecą? Czy będą mieli do czego wracać? Jeśli działoby się to w
rzeczywistości, pewnie byśmy się nie dowiedzieli.
Na szczęście, to tylko książka. A w książce wszystko może
się zdarzyć.
Ludzkości na ratunek rusza Federacja, czyli zjednoczenie
różnych ras pod jedną banderą. Wspólnie pokonują wroga i oddychają z ulgą. Ale
statki już odleciały, ziarna Ziemi rozniosły się po wszechświecie. Czy będzie z
nich udany plon? 150 lat później od tych wydarzeń dowiadujemy się, że tak.
Pierwszy ze statków doleciał na planetę Darien, by w zgodzie
i pokoju z pierwotnymi mieszkańcami zakładać miasta, prosperować i odkrywać
tajemniczą historię rasy Uvovo. Gregori, Ziemianin, i Chel, tubylec, zajmują
się badaniem zagadkowych ruin. Jednocześnie, genetycznie ulepszona
kobieta-naukowiec, Catriona zwiedza bujne puszcze księżyca planety, Nieviesty,
poznając tajemnice natury, zwanej Segraną. Z początku wszystko wydaje się być
jak najbardziej racjonalne. Później mistycyzm i fantastyczność starożytnych
miejsc czy wydarzeń sprawia, że wraz z bohaterami zaczynamy wierzyć w
wyjątkowość tego świata.
Sielanka nie trwa długo, bo kolonię odkrywa nie kto inny jak
sami wysłannicy Ziemi, teraz Ziemiosfery, będącej w przymierzu z Federacją, na
której obszarze znajduje się glob. Tutaj do akcji wkraczają kolejni
bohaterowie, zagrywki polityczne, a nawet ruchy oporu i bomby. Ambasadorzy
innych ras zainteresowani są tylko przejęciem planety oraz jej starożytnymi
ruinami, tymi samymi, które bada para głównych bohaterów. Atmosfera zagęszcza
się z minuty na minutę, aż do akcji wkroczyć musi siła, która przez tyle wieków
trwała w uśpieniu.
Przenikanie elementów fantasy do science-fiction to może nie
nowość w gatunku, ale na pewno powiew świeżości. To także idealna okazja dla
obawiających się zbyt ciężkostrawnej lektury na odważenie się i spróbowanie z
czym to się je. Aspekty naukowe zostały nieco odsunięte na bok, ale to koszty
wprowadzenia do fabuły, a niewykluczone, że więcej dowiemy się w kolejnych
tomach trylogii. Na lekki styl, dzięki czemu kolejne strony przewraca się tak
szybko, na pewno miała wpływ także tłumaczka, Agnieszka Hałas. Wbrew moim
początkowym obawom dała sobie radę i sprawiła, że książkę czyta się jeszcze
przyjemniej.
Liczni bohaterowie dostają swoje krótkie rozdziały,
przeplatające się ze sobą. Nie jest ich jednak tak wielu, by się pogubić, a
dostajemy szeroki obraz na wydarzenia w książce. Wielowątkowość fabuły
uzasadniona jest rozpięciem akcji na cztery tomy. Nie raz zostaniemy zaskoczeni
rozwiązaniami, które stosuje autor – jednym z ciekawszych są narodowości załóg
na arkach. Na Darienie wylądowali na przykład: Skandynawowie, Szkoci i
Rosjanie. Innym interesującym pomysłem jest przedstawienie ambiwalentnego
stosunku kolonistów do sztucznej inteligencji. Z jednej strony, mieszkańcy
Dariena obawiają się jej i czują do niej niechęć po jej awarii, gdy po raz
pierwszy lądowali na planecie. Z drugiej sami widzimy, że obywatele Ziemiosfery
efektywnie z jej korzystają. Mimo wszystko, za każdym razem, gdy ambasador
Ziemi rozmawia ze swoją SI, odczuwa się pewien niepokój.
„Ziarna Ziemi” to lektura nie tylko dla fanów fantastyki
naukowej, ale i fantasy. Michael Cobley skupia się bardziej na aspektach
socjologicznych niż naukowych, tworzy wiele wątków, obejmujących licznych
bohaterów. Widać, że książka została pomyślana jako seria i z jednej strony to
dobrze – przyjemny i porządnie napisany pierwszy tom daje nadzieję na
emocjonującą podróż w kolejnych. Z drugiej, teraz trzeba na nią niestety
poczekać przynajmniej do stycznia 2014 roku.
Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Na skraju wszechświata