niedziela, 10 lipca 2011

#23 Rozgwiazda - recenzja

Tytuł: Rozgwiazda
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2011












Peter Watts to znany w Polsce autor kultowego „Ślepowidzenia”. Jak sam pisze we wstępie do swojej debiutanckiej powieści, „Rozgwiazdy” – to właśnie w naszym kraju po raz pierwszy doceniono jego twórczość i dzięki Polakom osiągnął sukces również w innych zakątkach świata. Muszę przyznać, że „Ślepowidzenia” jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać. Może jednak lepiej odkrywać pisarza chronologicznie? Jeśli poziom jego pisania jeszcze się poprawi, „Ślepowidzenie” zapowiada się znakomicie. „Rozgwiazda” to klimatyczna uczta dla fanów science fiction.

3000 metrów pod powierzchnią wody, na ryfcie Juan de Fuca znajduje się statek Beebe. Na takiej głębokości panuje nieprzenikniona ciemność i ogromne ciśnienie. Czerń rozjaśniają jedynie światła statku i migające ślepia przepływających w pobliżu, zmutowanych przez niekorzystne warunki, ryb. Uczucie odosobnienia i oddalenia sprawia, że człowiek po pewnym czasie staje się obojętny, a pobyt na dnie oceanu zaczyna go zmieniać. W tak specyficznych warunkach przetrwają jedynie najlepiej przystosowani, odrzutki rasy ludzkiej, którzy w tak pokręconym miejscu odnajdą swój dom. 

Załoga Beebe zmienia się jak w kalejdoskopie.  Jej członkowie zostali poddani skomplikowanej operacji, skutkiem której mogą pobierać tlen z wody bezpośrednio do płuc. Poruszają się w specjalnym kostiumie, tzw. „skórze”, która chroni przed skrajnymi temperaturami i ciśnieniem, a na oczach mają tzw. nakładki, wspomagające widzenie w ciemności. Przyzwyczajenie sprawia, że rzadko kiedy zdejmują owy sprzęt, nawet we wnętrzu łodzi. Wolą spędzać czas poza nią, unikając innych członków załogi, zajmując się rutynowymi pracami. Natłok tak trudnych osobowości na małym obszarze gwarantuje spięcia oraz interesujące potyczki słowne i nie tylko.

Pewnie zastanawiacie się, jak wygląda świat na powierzchni? Watts nie rozpieszcza nas szczegółami, a nawet wręcz przeciwnie. Władzę nad światem mają wielkie korporacje, których działania są nieprzeniknione dla zwykłego człowieka. Wiemy, że ludzkość boryka się z wieloma problemami – uchodźcami, groźbą kryzysu gospodarczego, zainfekowaniem sieci komputerowej zaawansowanymi technicznie robakami. Sztuczna inteligencja wyewoluowała do postaci tzw. żeli, które „myślą” za pomocą neuronów. Brzmi niepokojąco, ale bardzo odlegle.  Zgodnie jednak z oficjalną stroną autora akcja książki toczy się już w 2050 roku. 

Utwór Wattsa nie jest typowym sci-fi. Postęp technologiczny jest jedynie zarysowany, a akcja książki nie dzieje się w kosmosie ani w bardziej odległej przyszłości. Autor serwuje nam portrety psychologiczne nie tylko mieszkańców Beebe, ale również ludzi odpowiedzialnych za ich tam umieszczenie. Tak naprawdę do końca nie wiemy, jak brzmi zadanie, które mają wykonać. Otchłań oceanu jest nieznana, zaskakująca, niczym obca planeta. 

Powieść będzie trudną lekturą dla ludzi nieoczytanych z science fiction. Jeśli jednak się nie poddacie, głębia was wciągnie i nie wypuści do ostatniej strony. „Rozgwiazda” jest niesamowicie klimatyczna. Postępowania bohaterów są fascynujące, a cała otoczka, cel i miejsce ich pracy spowite tajemnicą. Tworząc nastrój, autor jednocześnie prowadzi akcję. Z początku powoli, potem jednak fabuła mknie do przodu, ani na chwilę nie pozwalając się oderwać. Duża ilość psychologii postaci i mało opisów świata mogą być jednakże przeszkodą w zrozumieniu idei utworu. Dobrym wyjściem może być nie zwracanie na to uwagi – odprężcie się i wczujcie w ten wspaniały klimat.

„Rozgwiazda” stanowi pierwszy tom cyklu „Rifters” (Ryfterzy). Kolejne części są udostępnione legalnie w Internecie w wersji anglojęzycznej, więc jeśli nie możecie doczekać się kontynuacji i nie boicie trudnego słownictwa, zachęcam. Innym zostaje czekać na polskie wydania „Maelstroma” i „Behemotha”. Miejmy nadzieję, że nastąpi to już niedługo. Tymczasem, nie bójcie się wyruszyć w podróż na dno oceanu, nigdy nie wiadomo,  co na was tam czeka…

środa, 6 lipca 2011

#22 Błogosławieni, którzy pragną... - recenzja

Autor: Anne Holt
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011












Któż nie słyszał o szwedzkich autorach – Stiegu Larssonie, Camilli Lackberg, Lizie Marklund czy też Henningu Mankellu? Teraz na kryminalną scenę za pośrednictwem wydawnictwa Prószyński i S-ka wkracza kolejna mieszkanka półwyspu skandynawskiego – Anne Holt. Jak głosi napis na okładce książki „Błogosławieni, którzy pragną…” jest to „norweska mistrzyni kryminału”. Czy dorównuje ona talentem Szwedom?

Gorąca wiosna zapowiada upalne lato. Wraz ze wzrostem temperatury w Oslo gwałtownie rośnie wskaźnik popełnianych przestępstw. Sierżant Hanne Wilhelmsen przez braki kadrowe na komendzie zmuszona jest prowadzić parę spraw na raz. Śledztwo dotyczące sobotnich krwawych łaźni – miejsc obficie pokrytych krwią, ale bez śladu ofiar - stanęło w miejscu. Policjantka nie potrafi odkryć znaczenia tajemniczych liczb napisanych krwistym atramentem na ścianach. A kolejna sobota zbliża się nieubłaganie… Na domiar złego, musi przeprowadzić dochodzenie w sprawie wyjątkowo brutalnego gwałtu na studentce, Kristine Haverstad. Życie młodej dziewczyny i jej rodziny zostało przewrócone do góry nogami. Wobec tego typu zbrodni zazwyczaj policjanci są bezradni. Co jednak jeśli ktoś będzie chciał wziąć sprawiedliwość w swoje dłonie? 

W odróżnieniu od swojskiej Fjallbacki z serii Camilli Lackberg, Oslo to duże miasto, w którym opisane zbrodnie faktycznie mogły się zdarzyć, nawet w nadmiernych ilościach. Ani przez moment nie wątpimy w prawdopodobieństwo wydarzeń, a postępowanie bohaterów ma logiczne podstawy. Są oni realni do bólu, szczególnie zgwałcona dziewczyna i jej ojciec. Ich cierpienie wydaje się być autentyczne i przesiąkać przez karty książki, przez co kibicujemy błyskotliwej sierżant, aby jak najszybciej odnalazła sprawcę gwałtu. Sama Hanne Wilhelmsen nie jest zbyt wyrazistą i charyzmatyczną postacią, pod wieloma względami ustępuje bohaterom trylogii Larssona. Ma jednak parę cech wspólnych z Lisbeth Salander, wliczając w to jazdę na motocyklu i skłonności lesbijskie.

Powieść czyta się bardzo szybko. Minusem jest jej niewielka objętość, jedynie 240 stron, aczkolwiek każda po brzegi wypełniona jest akcją.  Nie znajdziemy tu wielu wątków obyczajowych, śledzimy głównie postępy w śledztwach. Przeplatanie rozdziałów z perspektywy różnych osób pozwalają nam dokładniej odnaleźć się w ich sytuacji, a wnikliwy czytelnik może pokusić się o rozwiązanie zagadki samemu. Do końca nie wiemy, jak zakończy się cała historia, jednak rozwiązanie wybrane przez autorkę okazuje się być ciekawe i satysfakcjonujące.

„Błogosławieni, którzy pragną…” to druga część serii z Hanne Wilhelmsem. Spokojnie można czytać ją jako osobną powieść, gdyż rzadkie napomknięcia o poprzednich wydarzeniach zupełnie nie zdradzają fabuły. Anne Holt ma w zanadrzu jeszcze jeden cykl, z zupełnie innym postaciami, ale wydawany przez Prószyńki i S-ka w tym samym stylu okładkowym. Warto więc zwrócić uwagę na opis z tyłu książki, ale też nie za dokładnie, gdyż dostarcza on nieco za dużo informacji, pozwala domyśleć się przebiegu fabuły i zepsuć radość z czytania. 

Anne Holt stworzyła przekonującą postać sierżant i fabułę, której niewiele można zarzucić. Z racji małej objętości, książka idealnie nadaje się na letni wieczór. Poleciłabym ją osobom, które mają ochotę na dobry, nietypowy kryminał i nie boją się podejmowania trudnych tematów. Czy autorka dorównuje szwedzkim kolegom po fachu? Pod paroma względami nawet ich przewyższa, jest jednak pisarką mniejszego kalibru. Miejmy nadzieję, że kolejne książki z serii będą jeszcze lepszą lekturą o bardziej rozbudowanej fabule niż „Błogosławieni, którzy pragną…”.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję

niedziela, 3 lipca 2011

#21 Pan raczy żartować, panie Feynman! - recenzja

Tytuł: Pan raczy żartować, panie Feynman!
Autor: Richard Feynman
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2007

 Format: e-book




"Najwyraźniej komuś się to znudziło i zdjął drzwi. Pokój miał taki układ, że były tam jeszcze jedne drzwi. Wpadłem na następujący pomysł: zdjąłem te drugie drzwi z zawiasów, zniosłem do piwnicy i schowałem za zbiornikiem z ropą. [...]
Gdy zrobiło się już później, udałem, że zaspałem i zszedłem na dół jako jeden z ostatnich. Wszyscy latali jak z piórkiem, a Pete i jego współlokatorzy strasznie się martwili: ktoś im zabrał drzwi, a oni muszą się uczyć etcetera. Gdy schodziłem po schodach, spytali:
- Feynman! To ty zabrałeś drzwi?
- Jasne, że ja - odparłem. - Popatrzcie, otarłem sobie palce o ścianę, gdy znosiłem drzwi do piwnicy.
Moja odpowiedź nie zadowoliła ich. Prawdę mówiąc, nie uwierzyli mi.[…]
Przez następny tydzień poszukiwania drugich drzwi nie przyniosły żadnych efektów, więc dla kolegów, którzy się uczyli w tym pokoju, sytuacja stała się krytyczna.[...]
Ktoś wysuwa jakiś pomysł, potem ktoś następny. […]
Następny kolega występuje z kolejną propozycją:
- Mam inny pomysł - mówi. - Myślę, że ty, jako prezes, powinieneś zapytać każdego, czy zabrał drzwi, na słowo honoru członka konfraterni.
- Znakomity pomysł - mówi prezes. - A więc na słowo honoru członka konfraterni! - Zaczyna chodzić wokół stołu i pyta każdego po kolei - Jack, zabrałeś drzwi?
- Nie, nie zabrałem drzwi.
- Tim, zabrałeś drzwi?
- Nie, nie zabrałem drzwi.
- Maurice, zabrałeś drzwi?
- Nie, nie zabrałem drzwi.
- Feynman, zabrałeś drzwi?
- Jasne, że zabrałem.
- Przestań, Feynman, to nie są żarty! Sam! Zabrałeś drzwi... - i tak w koło. Wszyscy byli wstrząśnięci. Był pośród nas jakiś nikczemnik, który sobie bimbał ze słowa honoru członka konfraterni! W nocy zostawiłem w widocznym miejscu kartkę z rysunkiem zbiornika na olej i ukrytymi z tyłu drzwiami, więc następnego dnia znaleźli je i wstawili.
Jakiś czas później przyznałem się, że to ja je zabrałem, i wszyscy oskarżyli mnie o krzywoprzysięstwo. Nie pamiętali, co powiedziałem. Pamiętali tylko wniosek, do którego doszli, gdy prezes obszedł wszystkich i rzekomo nikt się nie przyznał, bo mnie nie potraktowali poważnie. Pamiętali ogólną wymowę, a nie poszczególne wypowiedzi.
Ludzie często uważają mnie za kłamczucha, ale ja z reguły mówię prawdę - tyle, że w taki sposób, że często nikt mi nie wierzy!"
s.29-30
 
To tylko jedna z wielu ciekawych i zabawnych historii z życia Richarda Feynmana. Któż nie kojarzy tego nazwiska? 

Najczęściej pojawia się ono przy projekcie Manhattan – jako fizyk teoretyk Feynman brał udział w konstruowaniu bomby atomowej w Los Alamos; został także laureatem nagrody Nobla w 1965 roku, za stworzenie elektrodynamiki kwantowej. Po  więcej szczegółowych informacji zerknijcie na wikipedię, gdyż tak naprawdę „Pan raczy żartować, Panie Feynman!” to autobiograficzna powieść, w której nie znajdziemy wielu detali dotyczących jego naukowych osiągnięć, czy dokładnego opisu powstawania bomby atomowej. 

Zapytacie: „O czym więc jest ta książka?” Pokazuje ona zupełnie inne oblicze teoretyka fizyka. Obala wszystkie ewentualne stereotypy, jakie pojawiają się w naszym umyśle, gdy słyszymy o człowieku pracującym w takim zawodzie. Brak mi słów na wyrażenie tego, jak bardzo inteligentny był Richard Feynman. Przez całe życie lubił bawić się nauką, potrafił przekazać wiedzę innym, nie bał się próbować nowych rzeczy. Podejrzewalibyście naukowca o fascynację malarstwem czy grą na bębnach? Nie tylko w sensie teoretycznym, ale również praktycznym. Niemalże we wszystkim, czego Feynman się dotknął, osiągał perfekcję. 

Zabawny i lekki sposób pisania, a także ogromny dystans do siebie i swoich osiągnięć sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko. Prędko ogarnia nas również satysfakcja, że poznajemy tak wybitnego uczonego, którego ekscentryczny sposób życia wyróżnia na tle innych naukowców. Historie z życia Feynmana są fascynujące i nie raz sprawiały, że kręciłam głową z niedowierzaniem. Żałuję jedynie, że tak mało skupił się na swoich pracach badawczych. Aspekt ten jest niestety niemal całkowicie pominięty. Mimo to, opis naocznej próby bomby atomowej w wykonaniu Feynmana to coś, co trudno zapomnieć. 

Bardzo rzadko czytam powieści autobiograficzne. Jednakże przeczytania „Pan raczy żartować, panie Feynman” nie żałuję. Poleciłabym lekturę tej książki każdemu, kogo choć trochę interesuje nauka. Czy słyszeliście o Feynmanie, czy nie – zachęcam do poznania jego fascynującego życia. 

piątek, 1 lipca 2011

#20 Śmiertelne zlecenie - recenzja

Tytuł: Śmiertelne zlecenie
Autor: Katarzyna Rygiel
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011













Festyn archeologiczny w Biskupinie przyciąga wielu zainteresowanych historią ludzi. Jedną z nich jest Ewa Zakrzewska, z zawodu antropolog, która wybiera się do miasta na zasłużony wypoczynek. Jest to świetna okazja do odnowienia starych znajomości, również takich, których za wszelką cenę chciałaby uniknąć. Znany złotnik, a zarazem mistrz fałszerstwa Jakub Mrok to dawny przyjaciel bohaterki. Spotkanie po latach zostaje jednak gwałtownie przerwane śmiercią artysty, z którą zdaje się mieć związek były mąż Ewy, Tomasz Kalita. W ślad za nią oraz za prowadzonym w Warszawie śledztwem dotyczącym handlu skradzionymi dziełami sztuki, na imprezę dociera także Krzysztof Sobolewski, darzący kobietę skrytym uczuciem znajomy. Wszyscy troje zostają wplecieni w zagmatwaną intrygę, w której stawką jest życie.

Kalita to znany oszust, który, mimo odsiadki, nie przepuści żadnej okazji łatwego zarobku. Zafascynowany historiami o dawnych skarbach, których Niemcy nie zdołali wywieźć, trafia do Gołuchowa, a wraz z nim również była żona i będący na jego tropie policjant. Ile prawdy tkwi w opowieści starego strażnika zamku? Do czego posuną się ludzie, aby zaspokoić swoją żądzę bogactwa? Rozwiązanie zagadki wcale nie jest takie proste, jakby się wydawało…

Fabuła książki to połączenie wątków kryminalnych z historycznymi i delikatnym, nietypowym romansem. Autorka skupia się na przeszłości opisywanych przez nią ziem – czasów II Wojny Światowej i wywożenia z Polski wszelkich cennych przedmiotów przez Niemców. Spotykało się to z oburzeniem ówczesnej ludności, która na wszelkie sposoby próbowała nie dopuścić do zagrabienia wszystkich dóbr i ukrywała je, by mogły doczekać lepszych czasów. Historia sama w sobie pisze najlepsze opowieści, dlatego ten wątek jest tak intrygujący. Na szczęście, w książce nie napotkamy wielu dat, ani nazwisk, więc czyta się ją bardzo łatwo i z zainteresowaniem, na co na pewno miało wpływ dziennikarskie i archeologiczne wykształcenie pisarki. Plastyczność jej opisów jest zadziwiająca – nawet skromną chatkę czy osobę sekretarki potrafi przedstawić ze wszystkimi szczegółami, a przy tym ciekawie.

Kreacja postaci to jeden z największych plusów powieści. Każdy bohater, nawet drugoplanowy, jest wielowymiarowy i żywy. Trup ściele się zaskakująco gęsto, jak na polskie realia. Wszystko jest jednakże sensownie uzasadnione, a sama intryga nie zawiedzie nawet wymagającego czytelnika. Po lekturze Biskupin i zamek w Gołuchowie wydają mi się naprawdę warte odwiedzenia.

Choć rzadko czytam umiejscowione w Polsce historie obyczajowo-kryminalne, gdyż zazwyczaj się rozczarowuję, powieść Katarzyny Rygiel bardzo mi się podobała. „Śmiertelne zlecenie” to pozycja dla osób szukających czegoś lekkiego, a zarazem angażującego i potrafiącego zainteresować. Idealna na letni wieczór po upalnym dniu.


Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Co nam obca przemoc wzięła...

środa, 29 czerwca 2011

#19 Rozwiązanie konkursu

Muszę przyznać, że nieźle połechtaliście moje ego :) Bardzo się cieszę, że podobają się Wam moje recenzje i wierzę, że następne będą równie ciekawe.

Najczęściej wspominaliście o recenzjach książek: "Vertical", "Śmierć na śniegu", "Przygody kapitana Hatterasa" i "Kot Syjonu". Lubicie omawianie każdego aspektu książki od zalet, przez wady, do jej wyglądu zewnętrznego. Udało mi się Was skutecznie nakłonić do przeczytania paru pozycji, z czego jestem naprawdę dumna i mam nadzieję, że na nich się nie skończy.

W konkursie wzięło udział 11 osób za co serdecznie dziękuję. Nie wszyscy spełniali wymagania, ale postanowiłam przymknąć na to oko. Każdy miał szanse równe dokładnie 1/11, a szczęście uśmiechnęło się do:

Ulalume

Z okazji losowania napisałam w Javie mały programik, który pomógł mi wybrać zwycięzcę (jestem na studiach informatycznych i mnie naszło ;)). Oto screeny:


Zwyciężczyni gratuluję! Z racji, że zostawiłaś adres - skontaktuję się z Tobą mailowo.

Dodatkowo, przygotowuję dla Was kolejny konkurs, w którym do wygrania byłaby książka Amy Meredith "Gorączka". 

Dajcie znać, czy jesteście zainteresowani :)