Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2013

Stanisław Lem, "Niezwyciężony" [audiobook] - recenzja + audiobooki za darmo!

Tytuł: Niezwyciężony
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Audioteka.pl
Rok wydania: 2013
Wystąpili: Krystyna Czubówna, Daniel Olbrychski, Marcin Kowalczyk, Wiesław Komasa i inni
Czas trwania: 421 minut (7 godz. 1 min.)
Cena: 49,90 zł

Moja ocena: 9/10





Wstyd się przyznać, ale utworów Stanisława Lema nie czytałam do tej pory wiele. Znam kultowe klasyki, uwielbiam "Powrót z gwiazd", ale do całkowitego zapoznania się z jego twórczością jeszcze dużo mi brakuje. Do celu odrobinę przybliżyła mnie produkcja portalu Audioteka.pl i HTC, "Niezwyciężony", która reprezentuje nurt tak zwanych słuchowisk, a dodatkowo wykorzystuje efekty 3D.

wtorek, 25 czerwca 2013

#175 Zagubieni. Inwazja - recenzja

Tytuł: Zagubieni. Inwazja
Autor: Marcin Mortka
Seria: Zagubieni (#1)
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2013
Stron: 232

Moja ocena: 6+/10







Marcin Mortka powraca w nowym wydaniu. Sukcesywnie zagospodarowuje kolejne segmenty rynku książkowego. Po fantastyce, powieści marynistycznej, książkach dla najmłodszych tym razem przyszła kolej na młodzież, ale raczej tę przy dolnej granicy, a w dodatku w scenerii science-fiction. „Zagubieni. Inwazja" to początek nowej serii autora, który ma tak, że wszystko, czego dotyka zamienia się w złoto. Czy tak będzie i tym razem?

Na fabułę „Zagubionych" składają się typowe w powieściach młodzieżowych elementy. Główny bohater jest w wieku szkolnym i wraz ze swoim mniej lubianym kolegą nagle trafia w kosmos. Okazuje się, że to jego rodzice przygotowali plan ewakuacyjny na wszelki wypadek. I taki właśnie się trafił – Ziemia znajduje się pod ostrzałem, a cała przestrzeń kosmiczna jest okupowana. Ale kto tu jest dobry, a kto zły ciężko stwierdzić, gdyż Dorian Tomllinson po latach nauki o nich w szkole, dopiero teraz na własne oczy widzi obce, dziwne rasy. Poszukując rodziców, o których słuch zaginął, a po których pozostały jedynie enigmatyczne zagadki ratuje przy okazji siostrę. Poznaje również mieszkańców stacji i poszczególnych globów, a to wszystko w niezbyt oczekiwanym towarzystwie – robota domowego i Storda, kosmity, a zarazem przyjaciela ojca.

Przygodom młodych towarzyszy dreszczyk emocji, gdy raz po raz trafiają z deszczu pod rynnę. Akcja toczy się w naprawdę zastraszającym tempie i nie ma tu mowy o nudzie. Mimo to, trochę ciężko utożsamiać się z tymi dzieciakami, którym poskąpiono odrobinę rysu psychologicznego. Owszem, każde ma pewne cechy charakterystyczne, ale nim zdążymy się do nich przywiązać okazuje się, że to już koniec. Tylko niespełna 230 stron to porcja pewnie w sam raz dla początkującego czytelnika, ale bardziej wymagającym lektura zajmie maksymalnie dwa wieczory.

Pod względem stylistycznym niczego nie można Mortce zarzucić – to nadal ten sam pisarz, którego znamy i lubimy z cyklu „Miecz i Kwiaty" czy serii książek o Tappim. Tutaj słownictwo jest siłą rzeczy nieco uproszczone, ale nie tak bardzo jak można by się było spodziewać. Rejony science-fiction to dla autora całkowita nowość, ale widać w nim potencjał. Potrafił przedstawić świat i fabułę bez zagmatwania, chociaż także bez bardziej kreatywnych wynalazków wyobraźni. Całkowicie poprawnie skomponował utwór w gatunku, po który sięgnął po raz pierwszy i za to należy mu się pochwała. Starsi czytelnicy na pewno nie pogardziliby pełnoprawnym utworem SF w wersji dorosłej.

Nie potrzeba wczytywać się w „Zagubionych" uważnie, żeby zauważyć podobieństwa do innej skierowanej do młodzieży serii, mianowicie „Tam i z powrotem" Tomasza Duszyńskiego. To przede wszystkim nastolatki w kosmosie, kolejna „kotopodobna" inteligentna rasa, mnóstwo akcji i humoru. U Duszyńskiego wszystko to jednak ujęte jest w prześmiewczy sposób, przeplatając popkulturę z fantastyką. Mortka nie sili się na takie zagrywki, przeznaczając powieść właściwie tylko dla jednej grupy czytelników. Nie jest to złe, ale po prostu dorośli raczej nie znajdą tu nic dla siebie.

O tym, że to pozycja głównie dla młodszych czytelników świadczy również spora, wyraźna czcionka. Lekturę umilają rysunki w konwencji komiksów, które przedstawiają ważniejsze wydarzenia w powieści. Książka ta będzie idealna dla młodzieży, szczególnie tej poniżej 16 roku życia. Jeśli zaczytujecie się w serii „Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, a „Tam i z powrotem" bardzo wam się podobało – najnowsza książka Mortki jest dla was.

Książka została przekazana od serwisu Secretum.

piątek, 18 stycznia 2013

#149 Gwiazda prawdopodobieństwa - recenzja

Tytuł: Gwiazda prawdopodobieństwa
Autor: Nancy Kress
Seria: Prawdopodobieństwo (#2)
Wydawnictwo: Almaz
Rok wydania: 2012
Stron: 296

Moja ocena: 9/10









„Nie ma dobrego SF bez nauki”, stwierdza we Wstępie do „Gwiazdy prawdopodobieństwa” astrofizyk dr Leszek Błaszkiewicz. Chociaż to banał to nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że podstawą fantastyki naukowej jest właśnie nauka i powinna ona być przedstawiona jak najlepiej, jak najbardziej wiarygodnie. Nancy Kress już w pierwszym tomie trylogii zapoznała nas ze swoją wizją podróżowania po wszechświecie, a także wprowadziła w intrygujące technologie Obcych. Ich działanie jedynie zarysowała, ale w innych powieściach mogłoby być ono pominięte milczeniem. Drugi tom to kwintesencja naukowości, jednak – co bardzo ważne – zaprezentowanej dokładnie i w tak zjadliwy i przyjemny sposób, że nawet laik, wczytawszy się z uwagą w opisy, będzie się zastanawiał, czy faktycznie możliwe jest istnienie czegoś takiego jak prawdony. W pełni pojmie, jeśli nie ich istotę, to ogromne znaczenie dla ludzi i Światan.

Tak, dla Światan, na których planetę powrócimy w jeszcze mniej pozytywnych okolicznościach. To przecież tam, pod powierzchnią, w górach Neury leży zakopany drugi artefakt, który prawdopodobnie ocalił Świat przed zabójczą falą po wybuchu sztucznego księżyca. Nowy-stary zespół ma za zadanie odkryć zasady działania starożytnej technologii i jej zastosowanie w wojnie z Fallerami. Ponownie spotykamy Dietera Grubera i jego żonę, Annę Sikorski. Dołącza do nich Lyle Kaufman, major o niepowstrzymanej ciekawości i pasji do nauki, który zainaugurował całą wyprawę; doktor Thomas Capelo, naukowiec i szaleniec, mający prywatne powody do nienawidzenia obcych, wraz z dziećmi i opiekunką (co wiele o nim mówi, jako o człowieku, który na niebezpieczną kosmiczną misję zabiera swoje dzieci); oraz Wrażliwiec, Marbet Grant, której zadaniem będzie tajna próba wyciągnięcia jakichkolwiek informacji z pierwszego żywego Fallera przechwyconego i przetransportowanego na statek. A na powierzchni planety z trwogą oczekuje Ziemian Enla, która nie darzy ich zbytnim uczuciem…

Muszę przyznać, że naprawdę miło było wrócić do starych, znanych już z „Księżyca prawdopodobieństwa” postaci – Enli, pek Sikorski i peka Grubera. Ale równie dobrą robotę autorka wykonała przy tworzeniu nowych bohaterów. Każdy ma swoją osobowość, jest charakterystyczny i po prostu daje się lubić (nawet fizyk Capelo w głębi serca zasługuje na sympatię czytelnika). Zostają oni rzuceni w wir wydarzeń, mogących zaważyć na przetrwaniu ludzkości w niekończącej się wojnie z Fallerami. Z jednej strony próbują wydobyć artefakt i rozgryźć jego zasadę działania, a z drugiej dowiedzieć się, co wiedzą obcy, nie przekazując im żadnych nadmiarowych informacji. W międzyczasie jedyne dzieci na planecie się nudzą, a pozostali naukowcy handlują ze Światanami. Tylko parę osób w ogóle obchodzi, co się stanie z planetą i jej mieszkańcami, połączonymi przecież za pomocą dzielonej rzeczywistości, gdy artefakt opuści jej powierzchnię…

Dużym atutem autorki jest jej lekkość pióra w opisywaniu skomplikowanych aspektów fizyki, wedle której działa starożytna technologia. Prawdony, bądź co bądź, nie istnieją, a mnie po lekturze utkwiły w głowie głębiej niż niektóre rzeczy z lekcji w szkole. „Gwiazdę prawdopodobieństwa” czyta się z błyskawicznie, z zapartym tchem czekając na kolejne niespodzianki, które serwuje nam Nancy Kress. Ten tom jest nawet lepszy od pierwszego. Mając nadzieję, że ta tendencja się utrzyma, z ogromną niecierpliwością oczekują zwieńczenia trylogii, a Was całym sercem zachęcam do sięgnięcia, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Almaz
Książkę możecie kupić: tutaj

niedziela, 3 czerwca 2012

#83 Saga - recenzja

Tytuł: Saga
Wydawnictwo: Telbit
Seria: Kroniki Awatarów (tom 2)
Rok wydania: 2012
Stron: 350


Moja ocena: 5/10








Conor Kostick w pierwszej części trylogii "Kroniki Awatarów" wysyła nas w komputerowy, wirtualny świat, w którym każdy może być kim chce - znamy to chociażby z gier MMORPG. Jednak Epic nie był zabawą, a miejscem, gdzie ważyły się losy jednostek. Eryk, wraz z przyjaciółmi, pokonał niesprawiedliwy system i sprawił, że ludzie mogli żyć normalnie. Chociaż zakończenie wydawało się nie zostawiać miejsca na niedomówienia, amerykański pisarz ponownie wraca na Nową Ziemię, lecz tym razem nie bezpośrednio.

Zjawa należy do grupki anarchistów - dzieciaków spędzających całe dnie jeżdżąc na deskolotkach. Nie zgadzają się oni na podział społeczeństwa ze względu na kolor posiadanej karty. Zakazy i obostrzenia nic dla nich nie znaczą, a dewastowanie centrów handlowych przeznaczonych dla ludzi o wyższym statusie jest chlebem powszednim. Tak naprawdę jednak są niegroźni, bo w końcu to dzieci. Poza uprzykrzaniem życia władzom w głowie im zabawa, imprezy i używki. Jednakże jedynie do czasu... W ich świecie pojawia się nagle Cindella - awatar Erika z Epica - piratka, której kule i lasery nie robią żadnej krzywdy. Zjawa wraz z przyjaciółmi, wykorzystując okazje dążą do chaosu i, może, obalenia despotycznej władzy Czarnej Królowej.

Świat znany nam z "Epica" łączy z "Sagą" bunt młodych ludzi, którzy są na końcu łańcucha pokarmowego i nie godzą się z podziałem społeczeństwa na lepszych i gorszych. Zjawa, podobnie jak Erik chce zmienić ustrój, wyrwać się spod jarzma królowej. Twarz głównego wroga jest inna, mroczniejsza i bardziej tajemnicza. Ale i poznajemy ją lepiej, gdyż wiele rozdziałów zostało napisane z punktu widzenia Czarnej Królowej. Dzięki temu dowiadujemy się, czym jest Saga i co stało się z Ziemią, oraz o pobudkach kierujących jej działaniami. Ustrój zmienił się z kastokracji w monarchię z pozorami demokracji w postaci gildii. W przeciwieństwie do "Epica" tutaj ludzie mają większy wpływ na swoją egzystencję, ale zależny od swojej pozycji społecznej, a koniec końców i tak niewielki.

Brak tutaj klimatu znanego nam z poprzedniej części, jednakże tam Epic był grą i wszyscy o tym wiedzieli. Była to więc, poniekąd, zabawa, a śmierć postaci nie oznaczała końca życia człowieka i wszystko można było zacząć od nowa. W Sadze umiera się naprawdę, a nikt, oprócz królowej, nie zdaje sobie sprawy, że ten świat jest sztuczny. Każde zagrożenie więc jest realne, a ta śmiertelna powaga odbiera nieco książce. Autor nie wykorzystał w pełni potencjału jaki dawał mu świat, w którym nikt nie kwestionowałby zupełnie pokręconych praw fizyki. Jedynym odstępstwem jest możliwość jazdy na deskolotkach, które odpychają się od materii.

Widoczna jest tutaj przewidywalność fabuły, a także jej powtarzalność względem "Epica". Mamy grupkę przyjaciół, która nie godzi się na jawnie niesprawiedliwy system władzy, więc buntuje i zyskuje poparcie społeczeństwa. Pomaga im ktoś, kto był bliski rządzącym, ale teraz chce zemsty. Brzmi znajomo? Dla mnie nawet za bardzo. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, chociaż bez wypieków na twarzy. Miejmy nadzieję, że trzeci tom trylogii będzie zbudowany na innym schemacie, a wtedy jego lektura przyniesie więcej wrażeń.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję.
Link do recenzji w serwisie: Powtórka z rozrywki

piątek, 1 czerwca 2012

#82 Cykl przybysze z kosmosu. Inwazja - zapowiedź


Tytuł: Przybysze z ciemności. Inwazja
Autor: Michaił Achmanow
Seria: Przybysze z ciemności (Tom 1)
Wydawnictwo: Almaz
Stron: 250

Data wydania: 2012-06-14 

Bliżej...
U kresu Układu Słonecznego, za Obłokiem Oorta, zaczyna się mrok Galaktyki. Ludzkość przygotowuje się właśnie do sforsowania ostatniej granicy, zamierzając wyruszyć ku odległym gwiazdom. Zanim do tego dojdzie, w Układzie Słonecznym pojawi się armada obcej, wrogiej nam rasy. Ziemia na szczęście nie jest bezbronna. Dochodzi do starcia kosmicznych flot, ale to dopiero początek wojny na nieznaną ludzkości skalę…
Cykl „Przybysze z ciemności”, porównywany niejednokrotnie do najlepszych dokonań gatunku, w tym do znanej i u nas trylogii Siergieja Sniegowa „Ludzie jak bogowie”, ma wszystkie atrybuty znakomitej space-opery i bije na głowę wiele dokonań zachodniej science fiction.
Na kartach dziesięciu tomów tego cyklu czytelnik może prześledzić kolejny tysiąc lat ludzkiej historii, znajdzie opisane z rozmachem bitwy kosmiczne, polityczne intrygi godne Bizancjum, kontakty z obcymi rasami, samotnego bohatera stawiającego czoło licznym niebezpieczeństwom, tajemnice wymagające rozwikłania, dylematy moralne, a nawet rozterki miłosne i seks.
Jedna z najlepszych space-oper zza naszej wschodniej granicy.
Czy ktoś również czeka z niecierpliwością na tę powieść? Jako pożeracz sci-fi jestem zaintrygowana i nie mogę się doczekać premiery. 

środa, 30 maja 2012

#81 Epic - recenzja

Tytuł: Epic
Autor: Conor Kostick
Wydawnictwo: Telbit
Seria: Kroniki Awatarów (tom 1)
Rok wydania: 2011
Stron: 400

Moja ocena: 7,5/10









W ostatni trend książek związanych ściśle z grami komputerowymi („Erebus”, „Hyperversum”) idealnie wpisuje się debiutancka powieść Conora Kosticka, „Epic”. Autor zresztą ma doświadczenie z grami fabularnymi, gdyż ponoć jest twórcą pierwszego LARPa (Live Action RPG). Opis z tyłu książki niesamowicie trafił w mój gust, dlatego książka szybko zakwalifikowała się do rubryczki „must read”. Wiedzcie, że się nie rozczarowałam, a o tym poniżej. 

Akcja dzieje się na „Nowej Ziemi” – która nie ma wyraźnych zmian w stosunku do naszej planety – oprócz zmniejszenia populacji (do 5 milionów), innej geografii oraz, co najważniejsze, przemiany społecznej. Ludzkość znana ze swoich autodestrukcyjnych zapędów, zrobiła to, czego się obawiamy – zniszczyła Ziemię wojną nuklearną. Ci, którzy przeżyli, postanowili pozbyć się brutalności, rozwiązując wszystkie kwestie sporne nie przez konfrontacje, a w grze – Epicu. 

Graczom Epic przypominał będzie MMORPG World of Warcraft, w którym zakłada się swoją postać – awatara, rozmawia z NPC, zabija potworki i walczy na arenie. Jednakże, gdyby każdy kogo znamy spędzał większość część dnia przebywając w „alternatywnym świecie” zabawa straciłaby cały urok. Szczególnie, gdyby pojedynki toczyły się o każdą drobnostkę, a śmierć oznaczałaby stratę ekwipunku – wirtualnie i w rzeczywistości – i konieczność rozpoczynania od nowa. 

Eric wraz z przyjaciółmi wykazuje się pomyślunkiem, sprytem i kreatywnością. Chociaż wątpię, że nikt wcześniej nie wpadłby na pomysł utworzenia awatara o przeciwnej płci. Jednakże jego odmienne podejście sprawdza się doskonale. Banda Cindelli, bo tak ma na imię postać Erica w Epicu, rośnie w siłę i zdolna jest zagrozić rządzącym kastokratom. Władza jednak nie lubi, gdy ktoś się jej przeciwstawia i zagrożenie śmiercią ze strony grającego niezbyt fair Kata, przekształca się także w realne niebezpieczeństwo.

Początkowo obawiałam się, że „Epic” będzie książką naiwną, przeznaczoną bardziej dla dzieci i młodzieży niż dojrzalszych czytelników, jednakże myliłam się. Chociaż autor popełnił parę błędów i uprościł niektóre rzeczy, mamy tu do czynienia z poważnym podejściem do poważnego problemu. Kostick pokazując nam społeczeństwo bez konfliktów, jednocześnie odkrywa prawdziwą naturę ludzkiej duszy, u której podstaw leży walka – czy to o jedzenie, czy o kobietę, czy o życie. Scenariusz, o którym pomyśleli przywódcy ocalałej ludzkości zupełnie się nie sprawdził, szczególnie, że powstał ze złych pobudek, z nieodpowiednimi ludźmi przy władzy. Podział na bogatszych – żyjących w mieście, mogących trenować swoje awatary w grze, i biedniejszych, którzy muszą pracować i nie mają czasu na Epica, przez co zostają w tyle, przywodzi na myśl książkę Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci”. W obu mamy świat po apokalipsie, podział społeczeństwa i walkę o lepsze jutro.

„Epic” to godne rozpoczęcie trylogii „Kroniki Awatarów”. Chociaż docelowym czytelnikiem jest młodzież, także starsi powinni się dobrze przy niej bawić. Conor Kostick posługuje się językiem prostym, bez udziwnień, a jednocześnie idealnie oddaje klimat gry komputerowej, w którą sama chętnie bym zagrała. Polecam wejść w ten świat i samemu się przekonać. Doceńcie, że postęp w dowolnej grze, w którą gracie nie przekłada się na nasze prawdziwe życie.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

#76 Odrodzenie Ziemi - recenzja

Tytuł: Odrodzenie Ziemi
Autor: Orson Scott Card
Seria: Powrót do domu (tom 4)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 304

Moja ocena: 8/10







Orson Scott Card to pisarz, którego nie trzeba przedstawiać fanom fantastyki, a w szczególności science fiction. Autor, którego znamy głównie z kultowej Sagi Endera oraz z Opowieści o Alvinie Stwórcy podjął się napisania kolejnej serii - "Powrót do domu". Przez cztery książki obserwowaliśmy jak mieszkańcy planety Harmonia, z pomocą komputera, Nadduszy, opuszczają swe miasto, Basilicę i wyruszają w podróż, która swój koniec będzie miała na Ziemi. Po czterdziestu milionach lat Opiekun Ziemi jest gotowy przyjąć ludzi z powrotem.

Wybrańcom Nadduszy zostaje wsiąść do statku kosmicznego i obudzić się na orbicie Ziemi. Ale maszyna ma swój plan, z którym nie wszyscy się zgadzają. Zarządza, by nie wszystkie dzieci położyły się spać, a w trakcie podróży rosły, pobierały nauki i w przyszłości stanowiły cenny dodatek do sprzymierzeńców Nafaia. O intrydze jednakże dowiaduje się Elemak, który wpada w furię, zagrażając całej misji. Napięcie między braćmi przesiąka między strony i jest niczym bomba zegarowa, która w każdej minucie może wybuchnąć. Do starych, znanych bohaterów dołączają ich dzieci, których cenne umiejętności pozwolą przetrwać ludzkiej rasie lecącej na spotkanie gatunków żyjących na Ziemi.

Konflikt między Elemakiem a Nafaiem w tym tomie osiąg punkt kulminacyjny. Ich różnice charakterów uwypuklają się, a gniew i zazdrość Elemaka powodują groźne sytuacje nie tylko dla życia pielgrzymów, ale dla powodzenia całego przedsięwzięcia. Każdy z wybranych przez Nadduszę ludzi musi wybrać swoją stronę, a co za tym idzie postawić się jednemu z braci. Card wnikliwie ukazuje nam zmiany osobowości poszczególnych bohaterów, zarówno dzieci, które wraz z wiekiem nabywają mądrości i wiedzy, ale także starych znajomych, którzy przeistaczają się na naszych oczach. Zmiany te są uzasadnione, bardzo wiarygodne i wręcz nieukniknione.

Wraz z przybyciem pielgrzymów na Ziemię, pojawiły się dwa inne społeczeństwa, a nieuchronne zderzenie kulturowe obserwujemy z fascynacją. Zarówno anioły, jak i kopacze, a nade wszystko przybysze z Harmonii to odrębne gatunki, które bardzo się od siebie różnią, lecz wieloletnie wpływy Opiekuna Ziemi i Nadduszy powiązały je ze sobą skomplikowanymi więzami. Poznajemy genezę tych ludów oraz odpowiedź na najbardziej chyba intrygujące pytanie - o to, co dokładnie stało się z ludźmi 40 milionów lat wcześniej.

Orson Scott Card niezaprzeczalnie jest mistrzem pióra. Książkę czyta się szybko, a bardzo plastyczne opisy pomagają wyobrazić sobie w jakich warunkach ludzie wypracowuję trudną do utrzymania równowagę społeczną. Autor umiejętnie prowadzi nas przez zagmatwane stosunki międzyludzkie w rozrastającym się obozie przybyszów z Harmonii. Chociaż czasami niektóre imiona i ich zdrobnienia mogą wywołać konsternację, na pomoc przyjdzie nam ściąga z relacji rodzinnych zamieszczona na początku książki.

"Odrodzenie Ziemi" to powieść, w której fantasy przeplata się z fantastyką naukową, magia z technologią, ale to na obrazie przemian społeczeństw i jednostek skupia się Card. Przedostatni już tom serii "Powrót do domu" jest bodaj najlepszym i najciekawszym ze wszystkich. Teraz pozostaje nam czekać na nigdy dotąd nie wydaną w Polsce ostatnią część cyklu, której treść stanowi wielką zagadkę.

Jedno jest jednak pewne - Ziemianie wrócili do domu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 21 stycznia 2012

Peter Watts, "Wir" - recenzja

Autor: Peter Watts
Tytuł: Wir
Seria: Trylogia Ryfterów (#2)
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2011
Stron: 380

Moja ocena: 8/10








Miniony rok 2011 określiłam rokiem Petera Wattsa. Autor, który zawitał w Polsce dwukrotnie – na Fantastycznych Bachanaliach w Zielonej Górze oraz na Falkonie w Lublinie, okazał się być nie tylko świetnym pisarzem, ale także interesującą i zabawną osobistością. Wykładów Kanadyjczyka przyszło wysłuchać spore grono osób, oczarowanych świetnym „Ślepowidzeniem”. Nie można jednak zapomnieć o Trylogii Ryfterów, którą pierwsi docenili polscy czytelnicy. „Rozgwiazda” to studium psychologiczne grupy odmieńców na dnie oceanu, z elementami fantastyki naukowej, ale przede wszystkim o niezapomnianym, przesączającym się przez kartki książki klimacie. Wydawnictwo Ars Machina spełniło oczekiwania wielu zaintrygowanych serią osób, wydając jej drugi tom – „Wir”.

Pamiętacie załogę Beebee? W sumie to nie musicie. Ale Lenie Clarke kojarzycie na pewno. To ona była główną bohaterką „Rozgwiazdy”, a na ostatnich stronach powieści oddalała się właśnie od śmiercionośnego wybuchu w pobliżu stacji, który wysterylizował wielki pas oceanu. Przy okazji zniszczył pobliskie wybrzeże, zostawiając tysiące ludzi bez dachu nad głową i z wieloma pytaniami. Odpowiedzi na nie przyniosła postać w czarnym skafandrze i o białych oczach, która wyłoniła się z wody. Dlaczego władze państwa podjęły tak dramatyczną w skutkach decyzję? To wiedzą tylko wtajemniczeni, ale nie wszystkim podoba się ta wiedza. Tymczasem, seria pożarów i oznaki buntu wśród ludności świadczą o tym, że świat zaczyna zmierzać ku końcowi, a ktoś, kto wydał rozkaz wysadzenia oceanu – chybił. 

Pomysł śmiercionośnego wirusa, który jest inny niż wszystko, co istnieje na Ziemi, a tym samym może przynieść jej zagładę, już w „Rozgwieździe” mnie zaintrygował. Jego nazwa – Behemoth, wydaje się w tym miejscu jak najbardziej adekwatna. Najważniejszą kwestią było to, w jaki sposób ludzkość zdoła uniknąć końca. Sterylizacja oceanu wydawałaby się jak najbardziej efektywna, nawet mimo wielomilionowych strat. Watts jednak w iście hollywoodzkim stylu sprawia, że zagrożenie jest nadal realne, tyle ludzkich istnień zgasło na marne, a nam zostaje snuć domysły, jak to się wszystko skończy.

W porównaniu do poprzedniego tomu, tym razem, choć Clarke dalej jest na „celowniku”, obserwujemy tzw. drugą stronę medalu, czyli poczynania tych, którzy mają zająć się skutkami chybienia. Dokładniej poznajemy świat ponad wodą, w którym urzędnicy mają „moralniaka”, dbającego o słuszność ich poczynań, a na ulicach stoją budki zdolne przeprowadzić tomografię na życzenie. Watts snuje ponurą wizję przyszłości, w której szarzy ludzie traktowani są jako zło konieczne, nie warte zawracania sobie nim głowy, w którym Internet nie istnieje w znanej nam teraz postaci. Inteligentne żele zajmują się przydzielaniem dostępu do sieci oraz jej bezpieczeństwem, jednakże okazuje się, że oddanie nawet małych obszarów władzy w ręce myślących elektronicznych tworów nie jest zbyt dobrym pomysłem. To właśnie Internet, czyli Wir – posuwa akcję do przodu, działając we własnym, nieznanym interesie.

Wyjście z wody nie do końca wyszło jednak książce na dobre – Watts opuścił rejony, które zna jak własną kieszeń I zapuścił się na tereny, w których rządzi genetyka, a to już poza obszarem jego wykształcenia. Pewne naukowe zwroty będą na pewno niezrozumiałe – nie zrażajcie się jednak, gdyż, jak autor pisze w „Źródłach”, sam nie wiedział o co chodzi, pisząc niektóre sformułowania. Choć akcja gna do przodu, a na brak jej zwrotów nie można narzekać, brakowało mi tu tego klimatu, którym tak zachwyciła mnie „Rozgwiazda”. „Wir” jest nawet bardziej sci-fi od swojej poprzedniczki, co uważam za ogromny plus, ale stało się to kosztem powiększenia liczby bohaterów oraz dodania miejsc, w których obserwujemy ich poczynania.

Kolejny tom cyklu pod tytułem „Behemoth” (na szczęście w jednym tomie, a nie dwóch) ukaże się w drugiej połowie tego roku. Oby choć trochę powrócił w nim nastrój, z którym chciałabym identyfikować tę serię. Chociaż trochę się rozczarowałam, „Wir” czytało mi się znakomicie. Peter Watts urzeka zarówno stylem pisania, jak i pomysłami. Trzecia i ostatnia część trylogii na pewno będzie cudownym literackim przeżyciem, na które czekam z niecierpliwością.

***

Pewnie niektórzy zauważyli, że byłam ostatnio bardzo mało aktywna w blogosferze. To wszystko za sprawą okresu przedsesyjnego, który na szczęście już się skończył. Teraz tylko sesja :P

wtorek, 20 grudnia 2011

#51 To ciało Michaela Chandlera - recenzja

Tytuł: To ciało Michaela Chandlera
Autor: Howard E. Gibson
Wydawnictwo: Paperback
Rok wydania: 2011

Ocena: 7/10











Michael Chandler to przeciętny obywatel Ziemi. Jak każdy płaci comiesięczny haracz na „darmową” komunikację miejską oraz przydział odpowiednich racji papierosów i alkoholu. Jego praca polega na wciskaniu odpowiedniego guzika w odpowiednim czasie. Jednakże pewnego poranka rutyna zostaje zakłócona poprzez pojawienie się w jego videofonie postaci profesora Pawłowa, którego słowa nie mają najmniejszego sensu dla Chandlera. Próba zignorowania go i kontynuowania własnej, żałosnej egzystencji kończy się wyprawą w kosmos. Ale to, w jaki sposób do tego doszło oraz, przede wszystkim, dlaczego, niech pozostanie słodką tajemnicą. Tych, którzy skuszą się i dołączą do Chandlera w jego podróży, autor do ostatniej strony nie przestanie zaskakiwać tempem akcji oraz jej zwrotami.

Główny bohater wraz z dwójką nieznajomych w postaci androida Maclouda oraz pracownika Centrum Badań Pozaziemskich, prawej ręki Pawłowa, Dave’a Portera, wyrusza na górniczą planetę Miner II, która miała rozwiązać energetyczne problemy na Ziemi. Jednakże, coś poszło nie tak i górnicy masowo powracają na Ziemię. Chociaż „dwudziesty czwarty wiek jest wiekiem informacji” to nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się na tej odległej o lata świetlne planecie. Czerwone słońce nadaje jej krwawą poświatę, a autor opisuje jaskinie jako „żywy organizm, ociekający krwią”, co tworzy niesamowity klimat, znany z lepszych filmowych horrorów science-fiction.

Świat stworzony przez Gibsona jest ciekawy i chce się poznać jego zakamarki, jednakże zasady jego funkcjonowania i reguły rządzące życiem ludzi w dwudziestym czwartym wieku zostały opisane wystarczająco. Ponoć, żeby pisać science-fiction trzeba mieć fizykę w małym palcu. Ten autor nie zgłębia się w technologiczne nowinki, stwarza jedynie złudzenie, że dokładnie wie o czym mówi. W tym przypadku nie przeszkadza to w czytaniu, a rekompensowane jest przez inną cechę tego gatunku, mianowicie rozmyślania filozoficzne dotyczące ludzkości i przyszłości, która ją czeka. Nie zabrakło tu delikatnej satyry na życie codzienne, w postaci „podatku” na komunikację miejską,  papierosy, czy alkohol płaconego co miesiąc. Wszechobecne androidy skłaniają do refleksji nad naszym człowieczeństwem, ale i nad uczuciami takiego robota, który również może mieć „kryzys tożsamości”. Co ciekawe, ludzkość natknęła się na wiele obcych ras, z którymi potrafi żyć w pokoju. Aczkolwiek sam „kontakt”, a nawet to, w jaki sposób odbywają się podróże międzyplanetarne autor pozostawia tajemnicą.

Powieść Gibsona stanowi zamkniętą całość. Ze względu na to, że pojawia się w niej wątek podróżowania w czasie, zatacza ona koło, rozpoczynając się i kończąc w tym samym miejscu. Choć paru rzeczy można się domyśleć , zostaniemy całkowicie zaskoczeni przez autora naszym odmiennym spojrzeniem na początek całej historii po przewróceniu ostatniej karty. Za w pełni satysfakcjonujące zakończenie oraz uniknięcie potrzeby stworzenia  kolejnych tomów autorowi należą się brawa. Choć pisarz debiutuje tą powieścią, wydaje się mieć potencjał. Stworzył interesujący świat i ciekawych bohaterów, a tempu akcji oraz skomplikowaniu fabuły nie można nic zarzucić. Powieść czyta się szybko i z wypiekami na twarzy.

„To ciało Michaela Chandlera” to całkiem krótka, jak na ostatnio wydawane książki, powieść science-fiction, która powinna zadowolić fanów fantastyki popularnonaukowej. Stanowi samodzielną całość, po brzegi wypełnioną akcją, jednocześnie zahaczającą również o kwestie filozoficzne. Choć nie wnosi ona wiele do gatunku, jest to przyjemna lektura, przy której nie sposób się nudzić.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję.
Link do recenzji w serwisie: Przygoda w promieniach krwawego słońca

poniedziałek, 14 listopada 2011

#45 EVE. Era empireum - recenzja

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 592












Gry MMORPG niezmiennie cieszą się dużą popularnością wśród nastoletnich (i nie tylko) graczy. Rozbudowane światy, wielka swoboda decyzji i kontakt z innymi amatorami spędzania czasu online to jedne z wielu rzeczy, które je określają i przyciągają do siebie ludzi. Nie inaczej jest w EVE, w jej przypadku dodatkową zachętą jest miejsce akcji – rozległy wszechświat, który daje nieskończone wręcz możliwości. Kto nie zagrał, nigdy się nie dowie, jak unikalne jest to doświadczenie. Doświadczenie, które Tony Gonzales spróbował przedstawić na kartach książki „EVE. Era Empireum”. 

Ludzie dawno temu opuścili Ziemię. Zasiedlili wiele planet odległych od niej o miliony lat świetlnych. Podzieleni na potężne frakcje stoją w obliczu katastrofy - w Nowym Edenie nastał kres pokoju. Gdy parę jednostek chce osiągnąć absolutną władzę i poddanie innych, wielkie nacje zaczynają mieć problemy z utrzymaniem chwiejnej równowagi. Tibus Heth, kierowany przez tajemniczego Brokera, obala wielkie korporacje, a klon Falke’a Grange’a przeżywa zamach na swoje życie, lecz zarazem traci pamięć. Plany wielkich osobistości padają niczym domek z kart, naprzeciwko buntownikom wychodzą jednak ci, którym zależy na losach świata. W tę skomplikowaną sytuację mimowolnie zostają wplątani zwykli obywatele, których przeżycie zależy od prawidłowych wyborów i szczęśliwych zrządzeń losu.

Fabuła książki dzieli się na rząd głównych wątków, z których każdy jest równie ważny. Nie mamy tu tak zwanego głównego bohatera, ale wiele postaci mniej lub bardziej znaczących. Choć ich imiona potrafią się mylić, na niemal sześciuset stronach, autor zdołał nadać im osobowość i zapewnić sympatię (lub antypatię) czytelnika. Śledzimy ich losy, dowiadując się przy tym o tak różnych kulturach wszystkich frakcji, poznając cywilizacje i ich religie, obserwując rozwijające się procesy społeczne. Akcji niczym z filmów sensacyjnych znajdziemy tu jak na lekarstwo. To właśnie na ukazanie tych przemian i ludzkich pragnień postawił Gonzales. Niejednokrotnie zmusi czytelnika do chwili namysłu nad istotą klonowania, intensywnego zbrojenia, niewolnictwa, czy nierówności społecznych.

Nie zawsze do końca czuć, że akcja dzieje się w odległej przyszłości, w głębokim kosmosie. Wszystkie technologiczne nowinki, które pojawiają się w powieści są traktowane nieco po macoszemu, bez wgłębiania się w szczegóły i tajniki ich działania. W niektórych przypadkach wysoce rozwinięta technika traktowana jest wręcz jako magia – tajemnicza i niemożliwa do poznania. Jednocześnie poprzez płynny styl autora powyższe mankamenty nie wydają się być wadą. Lektura płynie szybko i bezboleśnie, rzadko tylko przyprawiając o zawrót głowy, wspomnianym przeze mnie wyżej natłokiem nazwisk.

Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę w przypadku tej książki jest jej wygląd zewnętrzny. Większy niż normalnie format, wiele stron i przejrzyste litery zapowiadają długą, acz emocjonującą lekturę. Gabaryty nie sprzyjają noszeniu jej w torebce, a i liczba znaków na stronę jest większa niż w innych powieściach, przez co czas czytania znacząco się wydłuża. Miłym elementem są oznaczenia rozdziałów według symbolu nacji, której losy zostają aktualnie przedstawione. Najbardziej brakowało mi mapki   wpływów lub jakiegokolwiek przedstawienia wszystkich frakcji. Autor uparcie skraca ich nazwy do form władzy jakie w nich panują, czym dodatkowo spowalnia czytanie.

Choć „Era Empireum” to książka powstała na bazie MMORPG, by w pełni zrozumieć i cieszyć się lekturą, nie trzeba być zatwardziałym graczem. Jest to z pewnością pewien sposób promocji gry, za którą niestety trzeba płacić. Gdyby nie moja silna wola i chroniczny brak czasu książka ta zachęciłaby mnie do zagrania w grę, która zapowiada się wybitnie interesująco. Po odpaleniu 14-dniowej darmowej wersji demo mam ochotę na więcej, czego zasługa na pewno po części leży w powieści Gonzalesa.  

Książka osiąga swój cel – zachęca do kupienia EVE Online, a zarazem zapewnia ambitną rozrywkę z wysokiej półki. Nie jest to space opera, prędzej typowa powieść science-fiction, w której autor poprzez ukazanie przyszłości komentuje obecne wydarzenia. Jest ona idealnym uzupełnieniem, a także wprowadzeniem do świata EVE. Zadowoli zarówno czytelników nie zainteresowanych grą, jak i jej miłośników.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję

piątek, 11 listopada 2011

#44 Statki Ziemi - recenzja

Tytuł: Statki Ziemi
Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Seria: Powrót do domu (Tom 3)












Orson Scott Card to autor znany przede wszystkim z Sagi o Enderze. Wierniejszym fanom nieobcy jest jego cykl „Powrót do domu”. Z pewnością więc ucieszy ich wieść o wydaniu trzeciego już tomu serii, który w Polsce ukazał się po raz pierwszy.

W „Pamięci Ziemi” i „Wezwaniu Ziemi” poznajemy Nadduszę – superinteligentny komputer, który czuwa nad mieszkańcami Harmonii, aby nigdy nie wpadli na katastrofalne w skutkach myśli, tak jak ich przodkowie na Ziemi. Po 40 milionach lat maszyna zaczyna szwankować, podejmuje więc decyzję o sprowadzeniu grupki ludzi na ich macierzystą planetę. Długi proces zdobywania zaufania mieszkańców Basilici, a także przygotowywania wybrańców do wyprawy dobiegł końca wraz z najazdem wrogiego generała. Szesnaścioro osób, w większości rzuconych na pastwę pustyni wbrew swojej woli, czeka długa podróż, podczas której będą musieli nauczyć się współpracy i pokory wobec bezlitosnych praw natury.

Naddusza dwoi się i troi, aby wszystko poszło po jej myśli. Ludzie jednak na każdym kroku zaskakują ją swoją inwencją, zazdrością i zapatrzeniem w siebie. Zadanie jej przeznaczone okazuje się być jeszcze trudniejsze, a jego pomyślne zakończenie nie raz stanie pod znakiem zapytania. To właśnie na portretach psychologicznych postaci autor skupił się najbardziej. Każdą stara się opisać i przeznaczyć jej choć mały fragment powieści, a ich kreacja stoi na naprawdę wysokim poziomie. Niektóre z nich znamy już z poprzednich części. Siostry Sevet i Kokor miały swoje pięć minut w ostatnim tomie, więc tym razem to ich mężowie wychodzą z cienia. Zapamiętanie imion szesnastu podróżników nie będzie trudnym wyzwaniem, lecz Card utrudnia je nam jak może. Na odległą o tysiące lat świetlnych Ziemię dotrą potomkowie głównych bohaterów, więc podczas podróży drużyna wędrowców systematycznie się rozrasta, dodając nam mnóstwo nowych imion i koneksji rodzinnych.

Sama podróż jest naprawdę trudnym wyzwaniem dla tych, których na wyprawę nie przywiódł głos Nadduszy. Niektórym trudno będzie przestawić się z panującej w Basilice zasady zawierania kontraktu małżeńskiego na rok – na pustyni taki związek ma trwać całe życie. Choć wszystkie postępowania postaci są racjonalnie wytłumaczone, podparte jej historią i opisem charakteru, nie tego szukamy u Carda. Brakuje tu rozmachu znanego z „Gry Endera”, szybkiej akcji i wielowątkowej fabuły. Jedna rzecz wciąż pozostaje nieznana i niezmiennie intryguje czytelnika – co znajdziemy na Ziemi? Jaki okaże się jej Opiekun? Czy naprawa Nadduszy powstrzyma mieszkańców Harmonii przed samozagładą?

Opisy codziennego życia i „zaglądanie” do głów bohaterów zamazują nam główny wątek cyklu. Niestety, ale na podróż na ziemię musimy poczekać do kolejnego tomu. Myślę, że Card w tej powieści nadwyręża cierpliwość swoich czytelników. „Statki Ziemi” jako środkowa część serii wydają się być wciąż wstępem do właściwych wydarzeń, co do których istoty w pewnym momencie zwątpiłam. Sam moment kulminacyjny możemy znaleźć na ostatnich kartach książki, co z pewnością jest mało satysfakcjonujące. Obok „fiction” stanowczo brakuje tu „science”. Naddusza, choć jest komputerem, wydaje się być niemalże Bogiem, wtapiając się w pustynny klimat Harmonii. Podróż z Basilici na Ziemię, trwająca przez trzy tomy, nadal nie wyszła poza planetę, a na kolejny tom zapewne przyjdzie nam trochę poczekać…

Po „Statkach Ziemi” spodziewałam się czegoś nieco innego. Choć nadal świetnie napisana i wciągająca, nie jest to powieść na miarę środka cyklu – dzieje się tu stanowczo za mało. Cała historia jednakże jest niesamowicie intrygująca i możemy być pewni, że Card nas czymś zaskoczy. Następny tom na pewno zagości na mojej półce - zachęcam do tego także i was.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 

 Link do recenzji w serwisie: Zaburzona Harmonia

czwartek, 3 listopada 2011

#43 Wielka Inwersja - recenzja

Tytuł: Wielka Inwersja
Autor: Catherino Asaro
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok wydania: 2011













Wśród nowości na półkach księgarni ciężko znaleźć coś wartościowego. A jednak, obok ton paranormali uchowała się książka wydawnictwa Fabryka Słów. Ta perełka to męska powieść science-fiction z babskiego punktu widzenia.

Ludzkość w kosmosie podzielona jest na trzy frakcje: ziemski Sojusz, imperium Skoliańskie oraz Eubian, zwanych potocznie Handlarzami. Sauscony to jugernautka. Choć teoretycznie we wszechświecie panuje pokój, w praktyce obdarzeni bioimplantami piloci superinteligentnych myśliwców kosmicznych, starają się bronić ludność mniejszych planet przed żądnym krwi i bezlitosnym cesarzem Eubian. Nie można powiedzieć, że życie płynie monotonnie, gdy podróżuje się z ponadświetlną prędkością i walczy śmiercionośną bronią. Jednak pozorny spokój kobiety zostaje zaburzony, najpierw przez postanowienie ożenku, a później spotkanie wrogiego następcy tronu.

„Wielka Inwersja” to nie typowa powieść science-fiction. Choć znajdziemy tutaj wszystkie cechy charakterystyczne dla tego gatunku, nie zabraknie nam przygód niczym ze space opery, wzruszeń, ani romansów. Choć niektóre zwroty fabuły można przewidzieć, historia Sauscony porusza i dostarcza emocji godnych najlepszych filmów sensacyjnych. Napisana we wspaniałym stylu, bezbłędnie trafiła w mój gust. Mamy tu wszystko, czego chciałby od książki czytelnik literatury fantastycznonaukowej: odległe światy, zaawansowaną technologię, cuda przestrzeni kosmicznej. Wszystko to dopracowane do najmniejszych szczegółów i potraktowane na równi z opowiadaną historią. Akcja rzadko zwalnia, nie raz jej zwroty nas zaskoczą, a wątki miłosne i przygodowe znakomicie się ze sobą przeplatają.

Jednakże fabuła to nie wszystko, Catherine Asaro wymyśliła sobie świetnych bohaterów. Sauscony jest męska w walce i kobieca poza nią. Przez swoje bioimplanty czuje emocje otaczających ją ludzi, co sprawia, że i jej uczucia zyskują na intensywności. Jako jedna z ewentualnych następców tronu żyje na krawędzi, by udowodnić przydatność swojemu ludowi. Będąc jugernautą potrafi połączyć się umysłem z systemem sztucznej inteligencji w swoim pojeździe i, wykorzystując zjawisko tytułowej inwersji, podróżować z nadświetlną prędkością. W trakcie książki poznajemy jej mocne i słabe strony, aczkolwiek jedno jest nam wiadome na pewno: Sauscony niemal z każdej sytuacji wyjdzie obronną ręką. Otaczający ją ludzie są równie intrygujący. Każdy bohater ma swoją rolę do zagrania i na pewno prędzej czy później czymś nas zaskoczy.

Fanom autorów typowych utworów science-fiction, którym zależy na przedstawieniu pewnej filozofii, jakiejś wizji świata, aniżeli zaprezentowania ciekawej fabuły, „Wielka Inwersja” niekoniecznie przypadnie do gustu. Mi zabrakło trochę historii całej wyprawy ludzkości w kosmos, opisania, w jaki sposób zaczęła się powolna jego eksploracja i zasiedlanie kolejnych planet. Okazuje się jednak, że za granicą seria Catherine Asaro liczy już… trzynaście tomów! Możemy być więc pewni, że i na historię pierwszych podróży międzygwiezdnych znajdzie się w nich miejsce.

Mało jest książek, które łączą jednocześnie moje ukochane science-fiction z niesamowitą fabułą, akcją i postaciami. „Wielka inwersja” to piękna historia osadzona w fascynującym wszechświecie i napisana w świetnym stylu. Mam nadzieję, że ogarniająca po lekturze książki nieprzemożna chęć natychmiastowego sięgnięcia po kolejne tomy zostanie jak najszybciej zaspokojona przez Fabrykę Słów. Czy naprawdę potrzeba lepszej rekomendacji?


Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 

 Link do recenzji w serwisie: Kobieta w kosmosie

sobota, 22 października 2011

#40 Imperialna Ziemia - recenzja

Tytuł: Imperialna Ziemia
Autor: Arthur C. Clarke
Wydawnictwo: Vis-à-vis/Etiuda
Rok wydania: 2011







Nie ma fana science-fiction, który nie znałby żadnej powieści Arthura C. Clarke’a. Saga „Odyseja Kosmiczna” i trylogia „Oko czasu” to klasyka tego nurtu literatury. Choć napisane w latach siedem-osiemdziesiątych dwudziestego wieku, opisują technologie, których powstanie, można by rzec, autor przepowiedział. Lektura każdej powieści Clarke’a jest fascynująca, a jego wizje przyszłości zadziwiają. Nie ma go już wśród nas, jednak na szczęście zostawił po sobie wielki spadek, który z przyjemnością odkrywam, książka po książce… Tym razem wybór padł na „Imperialną Ziemię”.

W dwudziestym trzecim stuleciu Ziemianie skolonizowali już parę planet i księżyców w Układzie Słonecznym. Posługując się zaawansowaną technologią, pokonują miliony lat świetlnych, z prędkością bliską światłu. I tak, od parędziesięciu lat, na Tytanie, księżycu Saturna, rządzi rodzina Makenziech. Ze względu na wadę genetyczną, a mianowicie brak zdolności do spłodzenia potomstwa, rozszerzają swój ród poprzez klonowanie. Duncan jest już drugim klonem głowy rodziny. Z racji, że nadarza się okazja, aby odwiedzić Ziemię, którą zna tylko z opowieści, wyrusza w międzyplanetarną  podróż. Chce przy okazji przedłużyć trwałość swojego nazwiska, niepewny, co go tam czeka.

Bohaterowie nie dzielą się na tych dobrych i złych. To także nie na nich skupia się Clarke, lecz na Ziemi, kosmosie i postępie technologicznym. Są oni jedynie pretekstem do zwrócenia naszej uwagi na inne rzeczy. Choć nie można powiedzieć, że stworzył postacie płytkie, ich cechy charakteru nie są zbyt wyraziste, balansują na granicy, nie przekraczając jej. Jest to w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę to o czym wspominałam – poprzez ich historie poznajemy wizję Clarke’a dotyczącą przyszłości. Ludzkość po krachu populacji mieszka pod ziemią, a jednocześnie tworzy nowe kolonie na dostępnych planetach i księżycach w Układzie Słonecznym. Opisując niepozorną historię o klockach, którymi Duncan bawił się w dzieciństwie, autor przekazuje nam wiele informacji w jej podtekście. 

„Imperialna Ziemia” to tak naprawdę pieśń o Ziemi, głównie o jej zaletach, lecz pewne wady nie są przemilczane. Z perspektywy kogoś, kto po raz pierwszy widzi ją na własne oczy, podziwiamy naszą planetę, matkę naturę, lecz i ludzką pomysłowość, zaradność i postęp technologiczny. Wszystko to widzimy jakby na nowo, w pełni, może nawet po raz pierwszy, doceniając tak małe szczegóły jak bezkres morza, starą, lecz wiekową i trwałą budowę, czy kolonie rybek przy rafie. Obok westchnień podziwu spotkamy się również z przestrogami i sugestiami namysłu nad istotą klonowania lub pozyskiwaniem surowców z bardzo niekonwencjonalnych źródeł. 

Choć Clarke napisał tę powieść w roku 1975,  wyobraził sobie pewne swoiste odpowiedniki wideokonferencji czy też, tak popularnych obecnie, multimedialnych tabletów. Z jednej strony zapewne nie spodziewał się, że tak zaawansowanie technologicznie przedmioty będą dostępne już na początku XXI wieku, lecz z drugiej wielokrotnie zaznacza, że to właśnie w tym okresie czasu ludzkość rozpoczęła swoją, nieuniknioną, ekspansję w kosmos. Jako dla astronoma, byłby to dla niego z pewnością potężny cios, widzieć ludzi zasiedziałych na Ziemi, jakby nie ciekawych wszechświata, leniwie wyręczających się olbrzymimi teleskopami. Niestety, czasy podróży kosmicznych minęły, miejmy nadzieję, że nie bezpowrotnie. Tymczasem, pozostaje nam czytać prozę Clarke’a, czy innych autorów science-fiction i być może to za naszą sprawą kiedyś ludzka stopa stanie na Marsie, a może nawet i na Tytanie.

Clarke roztacza przed nami zachwycającą, zadziwiającą, zapierającą dech w piersiach wizję przyszłości. W przeciwieństwie do tego, co opisuje w innych swoich książkach, Tym razem nie obserwujemy kosmosu z perspektywy Ziemianina – patrzymy na nią oczami przybysza z kosmosu. Zmiana ta wyszła książce na dobre. Lektura „Imperialnej Ziemi” otwiera oczy na wiele spraw, skłania do refleksji, a jednocześnie jest to stary dobry Clarke, którego niezmierzone pokłady wyobraźni nigdy nie przestaną zadziwiać jego czytelników.

wtorek, 18 października 2011

#39 Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie - recenzja

Tytuł: Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie
Autor: Charles Yu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011












Wbrew pozorom „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” to nie futurologiczny poradnik dla amatorów odważnych wizji przyszłości. To niezwykła powieść, której lektura będzie dla nas samych swoistą próbą przetrwania.

Główny bohater książki jest równocześnie jej autorem. Charles Yu to konserwator wehikułów czasu. Zajmuje się również łataniem wyrw w czasoprzestrzeni stworzonych przez nieuważnych jej użytkowników. Przez zamiłowanie do trybu przeszłego i samotności, zamieszkał on w jednym z wehikułów za kompana mając Sztuczną Inteligencję oraz wirtualnego psa. Myślicie, że ktoś taki ma szanse na pozostanie normalnym?

Żyjąc w trybie teraźniejszym, Yu cofa się do trybu przeszłego, obserwując swoje dziesięcioletnie „ja” i wspominając dzieciństwo. Jego przyszła wersja wplątuje go w paradoks, a w trybie przypuszczającym poznaje idealną wersję swojej matki. Wszystko to w celu odnalezienia ojca, którego fantastycznonaukowe wizje doprowadziły do zguby. Mamy tu do czynienia z historią o życiu, niewykorzystanych okazjach, nieprzejednanym żalu i chęci zmiany przeszłości. Do tego tak naprawdę powinny służyć wehikuły czasu, lecz autor serwuje nam inną ich wersję. „Za każdym razem, kiedy użytkownik przywołuje wspomnienie, nie tylko je odświeża, ale również z elektrochemicznego punktu widzenia faktycznie na nowo odtwarza dawne wrażenia.”

Wbrew pozorom, książka ta nie jest poradnikiem do przeżycia w fantastycznonaukowym wszechświecie. Jej oryginalny tytuł zawiera adnotację „powieść”, czego zabrakło w polskim przekładzie. Głównym wątkiem fabularnym jest poszukiwanie ojca przez syna, powrót do minionych wydarzeń i zobaczenie ich w nowym świetle, już jako dorosły, w pełni rozumny człowiek. Podróżowanie w czasie jest tutaj tylko metaforą, by dogłębnie przedstawić prawdy o życiu i o nas samych.

Przyznam, że spodziewałam się typowej powieści science-fiction, i pod tym względem zupełnie się zawiodłam. Choć autor używa naprawdę wielkiej ilości naukowych terminów, wydaje się, że robi to tylko, by zdezorientować czytelnika. Mamy do czynienia z pełną emocji historią, natomiast sam świat dokoła został potraktowany po macoszemu. Przez większą część lektury czytelnik czuje się, jakby przebywał w abstrakcyjnym, nieco absurdalnym świecie, gdyż autor nie zadał sobie trudu, by w pełni wyjaśnić jego działanie. Choć stylowi pisania nie można nic zarzucić, cała powieść wydaje się być nazbyt skomplikowana i nakierowana na niewłaściwych czytelników.

 „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” to książka niewątpliwie trudna, ciężka i z pewnością nie dla każdego. Poleciłabym ją osobom, które nie boją się otrzymania emocjonalnego kopa, oprawionego porządną dawką absurdu. W porównaniu do innych książek z serii wydawnictwa Prószyński i S-ka „(Prawdopodobnie) najlepsze książki na świecie” ta wypada najsłabiej i nie jest godna powyższego miana.



Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 

 Link do recenzji w serwisie: Emocjonalna podróż po krainie absurdów

środa, 27 lipca 2011

#28 Kwantowy złodziej - recenzja

Tytuł: Kwantowy złodziej
Autor: Hannu Rajaniemi
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2010
Stron: 336












„Kwantowy złodziej” to debiutancka powieść fińskiego pisarza, Hannu Rajaniemi. Utrzymana w nurcie cyberpunk doczekała się na świecie opinii bestsellera. Czy w Polsce również odniesie sukces? Z pewnością nie jest to łatwa lektura i przez początek będzie trudno przebrnąć nawet zaprawionym czytelnikom. Im jednak dalej w fabule, tym wizja pisarza bardziej fascynuje i intryguje.  Czy więc warto sięgnąć po tę pozycję?

Jean le Flambeur to złodziej wszechczasów. Pewnego razu popełnił błąd, przez który zamknięto go w więzieniu Dylemat. Pomocną dłoń wyciąga do niego nieznana kobieta, skłonna uwolnić go z niewoli pod jednym warunkiem – będzie musiał ponowić tamten ostatni skok. Tym razem skutecznie. Le Flambeur nie zna nawet swojego przewinienia, choć o jego przeszłości krążą legendy. W celu odzyskania tożsamości udaje się na Marsa, do ruchomego miasta, Kazamatów. 

Społeczność zamieszkująca planetę jako walutą posługuje się czasem – minutami pozostałymi do końca życia i przejścia w tzw. „wyciszenie”. W egzopamięci miasta gromadzone są myśli, wydarzenia oraz dane wszystkich obywateli Kazamatów – nikt tak naprawdę do końca nie umiera. Opętani są żądzą prywatności – zainstalowane w mózgu gevuloty pomagają im ustalić wymianę informacji przy spotkaniu drugiej osoby. Nad porządkiem czuwają cadykowie – wyposażeni w zaawansowaną technologię detektywi. Na jednego z nich kształci się Isidore Beautrelet – pod czujnym okiem Dżentelmena przeprowadza śledztwo w sprawie skradzenia tożsamości cukiernika. Proste dochodzenie naprowadza go jednak na ślad większej intrygi, której rozwiązanie nie będzie łatwe ani przyjemne.

Z początku książkę czyta się naprawdę ciężko. Na każdej stronie znajdziemy natłok neologizmów i naukowych zwrotów, których znaczenia autor nie tłumaczy ani w tekście, ani choćby w przypisach. Po pewnym czasie przestałam zwracać na nie uwagę, gdyż większości można się domyślić. Pominąwszy trudne słownictwo znajdziemy naprawdę rozbudowaną i fascynującą historię. Składa się ona niejako z paru warstw, zazębionych ze sobą. Główne wątki dotyczą postaci złodzieja i detektywa, ale fabuła jest daleko bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Autor prosty pomysł przekształcił w metaforę przedstawiającą społeczeństwo, któremu najbardziej zależy na prywatności i odosobnieniu. Tak naprawdę ludzie żyją w strachu przed sobą nawzajem, bojąc się stracić to, co najważniejsze – życie. Koncepcja czasu jako waluty to jeden z najlepszych pomysłów Rajaniemiego, choć nie wszystkie idee rozwinął wystarczająco, aby zaspokoić ciekawość czytelnika.

Wykreowany przez autora świat to prawdziwy cyberpunk, którego klimat przebija przez karty powieści. Zaawansowana technologia, nękający miasto złodzieje tożsamości, potwory nadciągające z pustyni – wszystko to stanowi idealne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Akcja książki mknie do przodu w zadziwiającym tempie. Pobudki złodzieja do końca są dla nas tajemnicą, aczkolwiek obserwowanie jego pomysłów jest fascynujące. Inteligencja detektywa będącego na tropie le Flambeura również zadziwia. Choć postacie nie są tak wyraziste i zrozumiałe jakby się chciało, to w pewnym momencie zaczynamy kibicować jednemu z nich, a zakończenie z pewnością nas zaskoczy.

Wydawnictwo MAG niewątpliwie zaryzykowało wydając tak ciężką pozycję science fiction na polskim rynku. Mimo wszystko, myślę, że uczyniło słusznie i osobiście nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą. Rajaniemi stworzył fantastyczny świat z rozmachem godnym Williama Gibsona. Pierwsza część trylogii spełniła swoje zadanie i skutecznie wprowadziła nas w atmosferę – pozostaje czekać na kolejne tomy. Szczerze polecam fanom cyberpunka – zanim się obejrzycie „Kwantowy złodziej” skradnie wam parę godzin z życia.

Recenzja ukazała się również w Zaginionej Bibliotece

niedziela, 10 lipca 2011

#23 Rozgwiazda - recenzja

Tytuł: Rozgwiazda
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2011












Peter Watts to znany w Polsce autor kultowego „Ślepowidzenia”. Jak sam pisze we wstępie do swojej debiutanckiej powieści, „Rozgwiazdy” – to właśnie w naszym kraju po raz pierwszy doceniono jego twórczość i dzięki Polakom osiągnął sukces również w innych zakątkach świata. Muszę przyznać, że „Ślepowidzenia” jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać. Może jednak lepiej odkrywać pisarza chronologicznie? Jeśli poziom jego pisania jeszcze się poprawi, „Ślepowidzenie” zapowiada się znakomicie. „Rozgwiazda” to klimatyczna uczta dla fanów science fiction.

3000 metrów pod powierzchnią wody, na ryfcie Juan de Fuca znajduje się statek Beebe. Na takiej głębokości panuje nieprzenikniona ciemność i ogromne ciśnienie. Czerń rozjaśniają jedynie światła statku i migające ślepia przepływających w pobliżu, zmutowanych przez niekorzystne warunki, ryb. Uczucie odosobnienia i oddalenia sprawia, że człowiek po pewnym czasie staje się obojętny, a pobyt na dnie oceanu zaczyna go zmieniać. W tak specyficznych warunkach przetrwają jedynie najlepiej przystosowani, odrzutki rasy ludzkiej, którzy w tak pokręconym miejscu odnajdą swój dom. 

Załoga Beebe zmienia się jak w kalejdoskopie.  Jej członkowie zostali poddani skomplikowanej operacji, skutkiem której mogą pobierać tlen z wody bezpośrednio do płuc. Poruszają się w specjalnym kostiumie, tzw. „skórze”, która chroni przed skrajnymi temperaturami i ciśnieniem, a na oczach mają tzw. nakładki, wspomagające widzenie w ciemności. Przyzwyczajenie sprawia, że rzadko kiedy zdejmują owy sprzęt, nawet we wnętrzu łodzi. Wolą spędzać czas poza nią, unikając innych członków załogi, zajmując się rutynowymi pracami. Natłok tak trudnych osobowości na małym obszarze gwarantuje spięcia oraz interesujące potyczki słowne i nie tylko.

Pewnie zastanawiacie się, jak wygląda świat na powierzchni? Watts nie rozpieszcza nas szczegółami, a nawet wręcz przeciwnie. Władzę nad światem mają wielkie korporacje, których działania są nieprzeniknione dla zwykłego człowieka. Wiemy, że ludzkość boryka się z wieloma problemami – uchodźcami, groźbą kryzysu gospodarczego, zainfekowaniem sieci komputerowej zaawansowanymi technicznie robakami. Sztuczna inteligencja wyewoluowała do postaci tzw. żeli, które „myślą” za pomocą neuronów. Brzmi niepokojąco, ale bardzo odlegle.  Zgodnie jednak z oficjalną stroną autora akcja książki toczy się już w 2050 roku. 

Utwór Wattsa nie jest typowym sci-fi. Postęp technologiczny jest jedynie zarysowany, a akcja książki nie dzieje się w kosmosie ani w bardziej odległej przyszłości. Autor serwuje nam portrety psychologiczne nie tylko mieszkańców Beebe, ale również ludzi odpowiedzialnych za ich tam umieszczenie. Tak naprawdę do końca nie wiemy, jak brzmi zadanie, które mają wykonać. Otchłań oceanu jest nieznana, zaskakująca, niczym obca planeta. 

Powieść będzie trudną lekturą dla ludzi nieoczytanych z science fiction. Jeśli jednak się nie poddacie, głębia was wciągnie i nie wypuści do ostatniej strony. „Rozgwiazda” jest niesamowicie klimatyczna. Postępowania bohaterów są fascynujące, a cała otoczka, cel i miejsce ich pracy spowite tajemnicą. Tworząc nastrój, autor jednocześnie prowadzi akcję. Z początku powoli, potem jednak fabuła mknie do przodu, ani na chwilę nie pozwalając się oderwać. Duża ilość psychologii postaci i mało opisów świata mogą być jednakże przeszkodą w zrozumieniu idei utworu. Dobrym wyjściem może być nie zwracanie na to uwagi – odprężcie się i wczujcie w ten wspaniały klimat.

„Rozgwiazda” stanowi pierwszy tom cyklu „Rifters” (Ryfterzy). Kolejne części są udostępnione legalnie w Internecie w wersji anglojęzycznej, więc jeśli nie możecie doczekać się kontynuacji i nie boicie trudnego słownictwa, zachęcam. Innym zostaje czekać na polskie wydania „Maelstroma” i „Behemotha”. Miejmy nadzieję, że nastąpi to już niedługo. Tymczasem, nie bójcie się wyruszyć w podróż na dno oceanu, nigdy nie wiadomo,  co na was tam czeka…

piątek, 8 kwietnia 2011

#3 Rafał Kosik, Vertical - recenzja

Autor: Rafał Kosik
Tytuł: Vertical
Wydawnictwo: Powergraph
Rok wydania: 2006
Stron: 236











 
Świat to niebo otaczające cię ze wszystkich stron. Żyjesz w mieście o kształcie przypominającym nieregularnie wygryzioną od góry kulę, wznoszącym się po linach do Celu, o którym nikt nie potrafi powiedzieć nic konkretnego. Niekiedy inne miasta zbliżają się do twojego i dokonujecie wymiany ludzi oraz towarów, najczęściej takich, które spadły z nieba. Co było na początku podróży? Kto stworzył miasta-windowce? W jaki sposób działają, że nie raz przyśpieszają i spowalniają wznoszenie? Skąd wśród chmur wzięła się ziemia? Dlaczego kiedyś słońce rozbłysło na dole? Co trzyma liny tam, na górze?

Na te pytania nikt nie potrafi ci odpowiedzieć.

Dziecięca ciekawość nie zna granic. Każdy jednak kiedyś dorasta, a po definitywnym braku odpowiedzi na pytania, po prostu przestaje ich szukać i przyjmuje je jako filar swego świata, coś czego się nie podważa, co po prostu jest i póki działa, nie trzeba się tym przejmować.

Murk to już nie dziecko, a jego głowa nadal pełna jest pytań. Na własną rękę stara się na nie odpowiedzi, czym naraża się na niechęć rówieśników. Samotnie naprawiając sieci, służące do wychwytywania spadających z góry przedmiotów, zastanawia się nad sensem świata.Twierdzi się, że do Celu dojdą w odległej przyszłości kolejne pokolenia, więc bardziej interesuje go przeszłość. Wrodzona ciekawość i upór w dążeniu do wiedzy, a także chęć nauki sprawiają, że gdy tylko nadarza się okazja, spełnia on swoje marzenie o wyprawie do Antycelu, czyli miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Razem ze swoją wierną kompanką, Hersis, wyruszają na przygodę. Wbrew wszystkim i wszystkiemu.

Rafał Kosik stworzył cudowny świat, bogaty w szczegóły i oszałamiający swoim ogromem. Bezkresność błękitnego nieba, rozsiane po nim miasta wspinające się na linach, wszystko to sprawia, że „Vertical” to kraina jedyna w swoim rodzaju. Na kartach książki spotkamy jednak nie tylko windowce, ale także i inne miejsca, które tak bardzo przypominają nasz świat, aczkolwiek żadne nim nie jest.

Kosik pokazuje nam, na przykładzie innego rzeczywistości, jak wyglądają mechanizmy władzy i religii. Zwykłych ludzi traktuje się jako bezrozumny motłoch, który poprawnie nakierowany będzie robił to, czego potrzebujemy. Religia to wyssane z palca bzdury, a politycy sprawnie tuszują niewygodną prawdę tak, by nawet jakby wyszła na jaw, nie była wiarygodna. Myśliciele muszą się ukrywać, gdyż ludzie żyją przekonani, że „każda zmiana jest na gorsze”, a sam postęp jest zakazany. Życie w myśl zasady „Nie należy pytać jak coś zostało zrobione, jeśli istnieje – zostało zrobione zgodnie z zasadami” - to pewna satyra na nasze czasy, ale również przestroga i zachęta do rozwijania się i zaspokajania własnej ciekawości.

Bohaterowie „Verticalu” łamią swoje światopoglądy, jako jedyni sprzeciwiają się powszechnej niewiedzy. Są naukowcami, którzy za wszelką cenę chcą dociec prawdy o swoim świecie, nie przyjmując do wiadomości, że wszechobecne liny, które ludzie powoli przestają zauważać, to coś naturalnego. Murk już na początku zdał sobie sprawę, że tkwią w zamkniętym świecie, w którym granicami są ich możliwości. Jego odwaga i wewnętrzna siła, a także upór w dążeniu do celu to cechy, które sprawiają, że chłopiec od początku zyskuje sympatię czytelnika. Autor postacie traktuje nieco po macoszemu, nie opisuje dokładnie ich wyglądu i wszystkich cech charakteru, bo nie o to w książce chodzi. Wystarczy że mają one swoje zadanie do wypełnienia, pokazują nam ogrom świata „Veticalu”, wraz z jego absurdami i tajemnicami.

Pod koniec powieści poziom abstrakcyjności drastycznie wzrasta, co sprawia, że lektura przeznaczona jest głównie dla dojrzałych czytelników. Zakończenie jednak to majstersztyk, dla niego samego warto sięgnąć po tę książkę.

„Vertical” to pozycja dla ludzi i o ludziach nie bojących się marzyć. Niesie ona wiele różnych przesłań, z których parę wymieniłam już wyżej. Jedno aczkolwiek najbardziej utkwiło mi w pamięci: „Nie ufaj ludziom. Myśl sam.”. I niech to będzie podsumowanie wspaniałej lektury, jaką jest „Vertical” Rafała Kosika.