Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2011

#53 Magia krwi - recenzja

Tytuł: Magia krwi
Autor: Anthony Huso
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 656

Ocena: 6/10










Pozycje z serii wydawnictwa Prószyński i S-ka „(Prawdopodobnie) najlepsze książki na świecie” zawsze mnie intrygują. Nie raz zdarzyło się, że okazały się jednymi z gorszych powieści, jakie czytałam, jednakże raz na jakiś czas trafia się perełka w stylu „Namiestniczki”. Jak na tym tle prezentuje się „Magia krwi” – debiut Anthony’ego Huso, który na co dzień zajmuje się produkcją gier komputerowych?

Nad królestwem Stonehold wisi realna groźba wojny. Z akadamii Desdae, by objąć długo opuszczony tron, powraca jego następca  - Caliph Howl. Choć został nagle wyrwany z akademickiego życia, okazuje się być urodzonym władcą. Tęsknota za kochanką ze studenckich lat, Seną, nie daje mu jednak odpocząć. Dziewczyna jest jedną z wiedźm, których rola w tej krainie polega na szpiegowaniu i uwodzeniu wybranych osób, wykorzystując w tym celu magię krwi – holomorfię, oraz własne ciało, wytrenowane, by zadawać zarówno ból jak i przyjemność. Senie jednak nie w głowie układy i podstępy – jej myśli zajmuje zagadkowa i mistyczna księga Cisrym Ta, dla której poszukiwań skłonna była zostawić Calipha. Tajemnice w niej zawarte zdolne są niszczyć światy. Gdy młodzi ponownie się spotkają u progu wojny, aby uratować królestwo, będą musieli poświęcić wiele. Jak daleko będzie musiał posunąć się Caliph, psując własną moralność? Co będzie musiała zrobić Sena, by pomóc ukochanemu? 

Anthony Huso stworzył interesujący świat, ze szczegółową historią, nowymi językami i własnymi sekretami, które zmrożą krew w żyłach. Co ciekawe, nie jest on w pełni fantastyczny, jakby wskazywał na to tytuł, okładka oraz opis z tyłu książki. Mamy tu do czynienia z elementami steampunka: obok magii – wozy bojowe i sterowce, śmierdzącym rynsztokom towarzyszą słuchawki prysznicowe. Wyobraźnia autora zahaczają również o fantastykę naukową, racząc nas pomysłami technologii, stworzonych na podstawach własnej, nieco umagicznionej, fizyki. Cała ta kompozycja składa się na imponujący obraz otoczenia, w którym jednak mało kto chciałby żyć. Brutalność jego mieszkańców oraz straszliwość stworzeń, które możemy napotkać na swojej drodze tworzy swoisty nastrój, który jednocześnie intryguje i odpycha.

Tak naprawdę ciężko stwierdzić, o czym jest „Magia krwi”. Wiele wątków pobocznych przeplata się ze sobą i zdarzyło mi się pogubić w skomplikowanych opisach magii i technologii. Choć czytało się ją w miarę szybko, nie była to lektura, do której zamierzam kiedyś wrócić. Autor chciał zawrzeć w niej za wiele akcji, fabuły i opisów równocześnie, przez co dostaliśmy powieść, której zakończenie jest mało satysfakcjonujące, a przewrócenie ostatniej kartki nie dostarcza żadnych emocji.  Warto podkreślić jeszcze, że jest to książka przeznaczona dla osób dorosłych, o czym zapomniano wspomnieć na okładce. Mamy tu nie tylko sceny erotyczne, ale też wiele momentów brutalnych, które źle wpłyną na psychikę młodego czytelnika.

Choć z wierzchu książka wydana jest ładnie, wewnątrz mamy istny chaos. Pomijając już kwestię przetłumaczenie tytułu („The Last Page” na „Magia krwi”), redakcja zawaliła na całej linii. Chroniczne braki myślników w dialogach oraz zapominane słowa, pozbawiające zdania sensu to jedynie wierzchołek góry błędów. Wisienką na torcie jest byk… ortograficzny. Mając na względzie wasze oczy nie zacytuję go tutaj, ale chętnych odsyłam na górę strony 130. Naprawdę dawno nie spotkałam się z czymś takim w książce, a już szczególnie ze strony tak poważnego wydawnictwa, jakim jest Prószyński i S-ka.

Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana, bo nauczyłam się już z dystansem podchodzić do tej serii. Kolejna książka, która miała być (prawdopodobnie) najlepszą na świecie, okazała się typowym średniakiem, który jednak czyta się szybko i w miarę przyjemnie. Jeśli lubicie takie pomieszanie klimatów, wielowątkowość, detaliczność świata oraz brutalny nastrój, sięgajcie bez obaw. Choć ta książka mnie nie zachwyciła, kolejne pozycje z serii przeczytam na pewno, w poszukiwaniu perełek.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

***
Przypominam również o konkursie :)

poniedziałek, 31 października 2011

#42 Namiestniczka - recenzja

Tytuł: Namiestniczka
Autor: Wiera Szkolnikowa
Seria: Trylogia Suremu (Tom 1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011











Intrygująco wyglądająca z zewnątrz cegła zapowiada nam historię pretendującą do bycia równie imponującą i emocjonującą jak „Władca Pierścieni”. Jest to jednak nieco inny typ fantastyki, co wcale nie oznacza, że gorszy. Pierwszy tom Trylogii Suremu Wiery Szkolnikowej wydany został przez Prószyńskiego i S-kę w serii „(Prawdopodobnie) najlepsze książki na świecie”. W przypadku „Namiestniczki” jak najbardziej się z tym zgadzam.

Enrissa to tytułowa Namiestniczka. Nie bez trudu potrafiła zjednoczyć poszatkowane ziemie swojego imperium, kończąc tym samym wieloletnią wojnę, z korzyścią dla swego ludu. Nie wszyscy jednakże są pod wrażeniem jej dokonań i chcą ugiąć się pod jej zdecydowaną ręką. Z pomocą swego zaufanego sekretarza, musi stawić czoła nie tylko typowym wewnętrznym problemom w państwie. Powoli, lecz nieubłaganie nadchodzi dzień wypełnienia starożytnego proroctwa, które może zniweczyć wszystkie plany Enrissy.

Fabuła książki jest skomplikowana i złożona. Obok głównej historii Namiestniczki, mamy tu do czynienia z wieloma pomniejszymi, ale równorzędnymi wątkami, w których możemy lepiej poznać świat i licznych bohaterów książki, co na pewno zaprocentuje w kolejnych tomach. Nie oznacza to jednak, że ze względu na takie rozdrobnienie czyta się ją ciężko i trudno. Wręcz przeciwnie – choć niektóre historie wydadzą się nam ciekawsze, a inne mniej, składają się one w logiczną całość, która wciąga i fascynuje.

Brak podziału na postacie dobre i złe jest jednym z największych plusów książki. Podczas lektury nie sposób nie polubić bohaterów, by w następnej chwili ich nienawidzić. Choć zdawać by się mogło, że niektórzy pojawiają się bezsensownie, każdy z nich ma pewien cel, ważną rolę do odegrania w tej historii. Ta wielość równie ważnych osób z początku potrafi przyprawić o ból głowy. Do zapamiętania dostaniemy mnóstwo imion, nazw własnych oraz pozycji społecznych, lecz już po pewnym czasie wszystko staje się znane i charakterystyczne.

Fani fantastyki mogą oczekiwać jakiegoś porównania z „Władcą Pierścieni”. „Namiestniczka” przypomina ją objętościowo, ale to właściwie wszystko. Nie jest to typowa, heroiczna fantasy, w której drużyna dostaje do spełnienia pewną misję i wędruje na spotkanie Przeznaczenia. Zamiast skupiać się na kreacji świata, ras go zamieszkujących czy innych detali, Szkolnikowa wybiera intrygi, skomplikowane zawirowania społeczne i wiele równorzędnych bohaterów. Nie znaczy to oczywiście, że elementy, za które głównie czytamy fantastykę są tu nieobecne. Świat ma swoją historię, obyczaje, podziały i legendy. Pojawiają się inne rasy, a magia ma kardynalne znaczenie. Jednakże poza ludźmi spotkamy tu jedynie elfy i półelfy, choć moc, którą władają magowie wydaje się być potężniejsza od tej gandalfowej. 

Czy warto więc przebrnąć przez te 800 stron, bez mała parę dni lektury? Z ostatnią przewróconą kartką poczujemy żal, że to już koniec. Będziemy zaintrygowani, czym jeszcze zaskoczy nas rosyjska autorka w kolejnych częściach Trylogii Suremu. Jedno wiem na pewno – jeśli następne tomy utrzymają poziom, będzie to fascynująca przygoda, której finału nie sposób odgadnąć. Zatem, kiedy będziecie mieli ochotę na niebanalną przygodę, pełną intryg, manipulacji i czarów, tak różną od typowych pozycji fantastycznych, nie wahajcie się i sięgnijcie po „Namiestniczkę”.

wtorek, 18 października 2011

#39 Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie - recenzja

Tytuł: Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie
Autor: Charles Yu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011












Wbrew pozorom „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” to nie futurologiczny poradnik dla amatorów odważnych wizji przyszłości. To niezwykła powieść, której lektura będzie dla nas samych swoistą próbą przetrwania.

Główny bohater książki jest równocześnie jej autorem. Charles Yu to konserwator wehikułów czasu. Zajmuje się również łataniem wyrw w czasoprzestrzeni stworzonych przez nieuważnych jej użytkowników. Przez zamiłowanie do trybu przeszłego i samotności, zamieszkał on w jednym z wehikułów za kompana mając Sztuczną Inteligencję oraz wirtualnego psa. Myślicie, że ktoś taki ma szanse na pozostanie normalnym?

Żyjąc w trybie teraźniejszym, Yu cofa się do trybu przeszłego, obserwując swoje dziesięcioletnie „ja” i wspominając dzieciństwo. Jego przyszła wersja wplątuje go w paradoks, a w trybie przypuszczającym poznaje idealną wersję swojej matki. Wszystko to w celu odnalezienia ojca, którego fantastycznonaukowe wizje doprowadziły do zguby. Mamy tu do czynienia z historią o życiu, niewykorzystanych okazjach, nieprzejednanym żalu i chęci zmiany przeszłości. Do tego tak naprawdę powinny służyć wehikuły czasu, lecz autor serwuje nam inną ich wersję. „Za każdym razem, kiedy użytkownik przywołuje wspomnienie, nie tylko je odświeża, ale również z elektrochemicznego punktu widzenia faktycznie na nowo odtwarza dawne wrażenia.”

Wbrew pozorom, książka ta nie jest poradnikiem do przeżycia w fantastycznonaukowym wszechświecie. Jej oryginalny tytuł zawiera adnotację „powieść”, czego zabrakło w polskim przekładzie. Głównym wątkiem fabularnym jest poszukiwanie ojca przez syna, powrót do minionych wydarzeń i zobaczenie ich w nowym świetle, już jako dorosły, w pełni rozumny człowiek. Podróżowanie w czasie jest tutaj tylko metaforą, by dogłębnie przedstawić prawdy o życiu i o nas samych.

Przyznam, że spodziewałam się typowej powieści science-fiction, i pod tym względem zupełnie się zawiodłam. Choć autor używa naprawdę wielkiej ilości naukowych terminów, wydaje się, że robi to tylko, by zdezorientować czytelnika. Mamy do czynienia z pełną emocji historią, natomiast sam świat dokoła został potraktowany po macoszemu. Przez większą część lektury czytelnik czuje się, jakby przebywał w abstrakcyjnym, nieco absurdalnym świecie, gdyż autor nie zadał sobie trudu, by w pełni wyjaśnić jego działanie. Choć stylowi pisania nie można nic zarzucić, cała powieść wydaje się być nazbyt skomplikowana i nakierowana na niewłaściwych czytelników.

 „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” to książka niewątpliwie trudna, ciężka i z pewnością nie dla każdego. Poleciłabym ją osobom, które nie boją się otrzymania emocjonalnego kopa, oprawionego porządną dawką absurdu. W porównaniu do innych książek z serii wydawnictwa Prószyński i S-ka „(Prawdopodobnie) najlepsze książki na świecie” ta wypada najsłabiej i nie jest godna powyższego miana.



Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 

 Link do recenzji w serwisie: Emocjonalna podróż po krainie absurdów

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

#30 Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje - recenzja

Tytuł: Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje
Autor: Robert Rankin
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 392










Czy po książce o tak niedorzecznym tytule możemy się wiele spodziewać? Z pewnością przyciągnie on czytelników, odważnych i żądnych wrażeń, którzy sięgając po „Dziewczynę Płaszczkę…” oczekują od niej sporej dawki humoru i zabawy. Czy tytuł opublikowany w głośnej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka „Fantastyka. Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie” zdoła obronić swój honor i zapewnić świetną czytelniczą rozrywkę?

Akcja książki Rankina toczy się w XIX wieku. Dziesięć lat po przybyciu najeźdźców z Marsa, Ziemia zdołała odeprzeć atak, a także zmieść całą marsjańską cywilizację z ich rodzimego globu. Dodatkowo, przybysze z Wenus i Jowisza postanowili się ujawnić, po wielu setkach lat przebywania na naszej planecie. Brzmi ciekawie, lecz nieco naiwnie, prawda? Swoistym centrum działań i komunikacji z obcymi jest nie, jak można by się spodziewać, Nowy Jork, a Londyn. To właśnie w tym pięknym mieście, poznajemy George’a Foxa i jego mentora, profesora Coffina. Z wagonem o nazwie „Najbardziej chwalebne nienaturalne atrakcje” podróżują oni po cyrkowych jarmarkach, wystawiając swój popisowy numer – sformalizowanego Marsjanina. Jako że jego termin ważności zbliża się do daty wygaśnięcia, zaczynają szukać nowego eksponatu do zaprezentowania widzom. Wśród tak nietypowych postaci  jak podwójny hinduski chłopiec, któremu z klatki piersiowej wyrasta pasożytniczy bliźniak, czy Rosyjski Chłopiec o Psiej Twarzy, napotykają na plotki o legendarnej Dziewczynie Płaszczce. Wyruszają więc na jej poszukiwanie, napędzani wiarą w tajemniczą przepowiednię i  popędzani kopniakami Przeznaczenia.

Umiejętnie czerpiąc z historii, ale i fantastyki, Rankin potrafi zadziwić czytelnika na każdym kroku. Najazd obcych, jak sam pisze, był identyczny z tym z „Wojny Światów” H.G.Wellsa.  Przez karty książki przewijają się takie postacie jak Nikola Tesla, Winston Churchill, Charles Babbage czy… Adolf Hitler. Niektóre z nich dosłownie wskrzesza z grobu informując nas w przypisach, że historia po prostu bywa omylna. Co więcej, jego ignorancja dotycząca faktów naukowych na temat braku możliwości życia na innych planetach w układzie słonecznym, a już tym bardziej swobodnego podróżowania między nimi i adaptacji do warunków innego globu, potrafi nieco zirytować czytelnika, ale w końcu, w fantastyce wszystkie chwyty są dozwolone.

Zdawać by się mogło, że cały pomysł na fabułę brzmi prosto, wręcz banalnie. Ot, poszukiwawcza wyprawa, która z pewnością napotka na pewne problemy, ale skończy się happy endem. Nic z tych rzeczy. Rankin wymyślił sobie o wiele bardziej skomplikowaną fabułę, w której nic nie jest takie, na jakie wygląda. Niektórzy z głównych bohaterów, do których w trakcie obłędnych przygód profesora i jego adepta,  dołączy również tajemnicza Ada Lovelace (również postać historyczna) oraz małpa, zmyślnie nazwana Darwinem,  są lepiej rozbudowani, inni gorzej. Przemiana George’a z cyrkowego błazna w „lorda” i niezwykle zaradnego i sprytnego chłopaka nie jest do końca wiarygodna i wystarczająco uzasadniona. Czytelnikowi łatwiej zrozumieć pobudki jego mentora. Niemniej jednak szybko zaczynamy kibicować wybranym postaciom i z wypiekami na twarzy śledzić ich fascynujące przygody, pełne zwrotów akcji i przedstawicieli innych ras.

Czas przy lekturze upływa zadziwiająco szybko. Rankin ma spójny, lekki styl, przy którym nie poczujemy zgrzytów. Skupia się bardziej na ogóle historii, zamiast na detalach. Dla niektórych może być to zaleta, jednak mi brakowało czasem wyjaśnienia szczególnych aspektów techniki, która jest dość ważna w tym gatunku fantastyki. Kolejnym mankamentem jest niewielka ilość humoru. Komentarze autora, zarówno te w przypisach jak i w treści potrafią wywołać uśmiech na twarzy, jednak nie w takich ilościach, jakich byśmy oczekiwali.

„Dziewczyna Płaszczka” to prawdziwy steampunk. Alternatywna historia połączona z iście wystrzałową fantastyką pióra Rankina nie pozwoli się nudzić. Przymykając oko na jej niewielkie wady, zostaniemy wciągnięci w awanturniczą przygodę, której surrealizm da się nam we znaki. Czytelników wymagających górnolotnych frazesów i rozmyślań filozoficznych – „Dziewczyna Płaszcza i inne nienaturalne atrakcje” na pewno rozczaruje. Tym, którzy szukają w literaturze rozrywki, dobrze spędzonego czasu i satysfakcji z lektury – polecam.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Międzyplanetarna pogoń za sławą