Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

#177 Nakręcana dziewczyna - recenzja

Tytuł: Nakręcana dziewczyna
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 560

Moja ocena: 7/10










Paolo Bacigalupi dał się poznać w serii „Uczta wyobraźni”, w której najpierw została wydana powieść. To sztandarowa pozycja z gatunku fantastyki ekologicznej, która nie wszystkim przypadnie do gustu.

W niedalekiej przyszłości, w Królestwie Tajlandii zmagają się ze sobą dwa główne ministerstwa – Handlu i Środowiska. Oba mają różne cele, ale równie brutalne środki. Określa je także kolor koszul, odpowiednio – czarne i białe, a ich widok, szczególnie tych drugich, wprowadza przerażenie wśród społeczeństwa. W tak trudnej sytuacji państwa zmuszony jest działać Anderson Lake, przedstawiciel zagranicznych inwestorów, zarządzający fabryką produkującą sprężyny. W czasach, w których światem rządzą firmy kaloryczne, Królestwem miotają intrygi polityczne, a interes jednostki jest ważniejszy od interesu społeczeństwa, Anderson potajemnie próbuje wykraść informacje tajlandzkiego banku genów.

Historię obserwujemy także z drugiego punktu widzenia, kapitana „białych koszul”, Jaidee’ego. Jest to jedyna postać, co do której motywacji nie ma wątpliwości. Jako pracownik Ministerstwa Środowiska, jego głównym celem jest ochrona państwa, a przy tym nadzór nad nielegalnym importem, co z kolei jest nie na rękę Ministerstwu Handlu. Osią książki jest rywalizacja między tymi dwoma praktycznie niezależnymi jednostkami. Interesy „farangów”, czyli zagranicznych przedsiębiorców, również mają duży wpływ na fabułę. W międzyczasie przez karty książki przewijają się także chińscy imigranci, tzw. „żółte karty”, w postaci Hock Senga, którego interesuje tylko własny los.

Świat przedstawiony „Nakręcanej dziewczyny” jest ciekawie zarysowany i bardzo spójny. Chociaż obszar, który poznajemy jest dość niewielki (nie wiemy dokładnie co stało się z resztą planety, poza wybranymi obszarami, dostajemy jedynie pewne wskazówki). Autor skupił się na opisywaniu realiów Królestwa Tajlandii, jej mieszkańców, chińskich nielegalnych imigrantów lub tzw. "farangów”. Wszyscy oni widzą w tym kraju szansę dla siebie, czy to na nowe życie, czy choćby na jego godny koniec. Bangkok to miasto usilnie opierające się napierającej ze wszech stron sile wody, pokonujące wszelkie przeciwności. Dzięki bogatym zbiorom genów nigdy nie brakuje żywności, która nie jest tak trująca jak poza jego granicami. Dlatego przyciąga do siebie ludzi, dla których nie ma innego miejsca w świecie.

Na tym tle kontrastowo wybija się na pierwszy plan tytułowa Emiko, potocznie zwana "nakręcanką". Jest ona wynikiem japońskich eksperymentów genetycznych, jedną z tzw."Nowych Ludzi". W przeciwieństwie do wizji innych autorów, Bacigalupi nie wynosi tej nowej, sztucznej rasy na piedestał, a wręcz sprowadza na margines, jako gorszych, wyklętych przez społeczność, a w Tajlandii wręcz zakazanych. Nie są oni też idealni - w zależności od modelu, obdarzono ich małą odpornością na wszechobecny żar lejący się z nieba, a każdy nieostrożny ruch może zdradzić ich prawdziwe pochodzenie. Emiko jest więc towarem deficytowym, który bogacze kupują i wykorzystują jej naturalną wolę poddańczą. Jej życie jednak zmienia się, gdy napotyka na swojej drodze Andersona. Dla dziewczyny to Bangkok jest więzieniem, a nadzieją są odległe, wręcz mityczne wioski "nakręcańców".

Tak jak w „Złomiarzu” mamy tu do czynienia z wizją genialną, a jednocześnie bardzo niepokojącą, bo aż tak realistyczną. Bez problemu można sobie wyobrazić taki obrót spraw. Zamiast łudząco humanoidalnych androidów dostajemy umyślnie wyróżniającą się nową formę śmiertelników. Ludzkość przegrywa z żywiołami, które sama na siebie sprowadziła zmianami w klimacie Ziemi. Zmagania z epidemiami, przeludnieniem, nielegalną imigracją – to wszystko składa się na jedną z wypadkowych kierunków, w których idziemy. Może nie za 20 lat, ale za 70-100 – wyobrażenie Bacigalupiego może okazać się prawdziwe.

„Nakręcana dziewczyna” to powieść bez kompromisów, idealna dla dojrzałego odbiorcy. Mniej oczytanym i preferującym mniej skomplikowane fabuły wyda się zbyt złożona, wręcz ciężka w lekturze. Ta książka to fantastyka ekologiczna, czy też biopunk w najtwardszym wydaniu. Nie bez przyczyny jej pierwsza edycja w Polsce ukazała się w serii „Uczta wyobraźni” – najbardziej wymagającej, a zarazem najbardziej zaspokajającej czytelnicze fantastyczne gusta.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Fantastyka ekologiczna dla wymagających

piątek, 10 maja 2013

#171 Przenajświętsza Rzeczpospolita [audiobook] - recenzja

Tytuł: Przenajświętsza Rzeczpospolita
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Rok wydania: 2013
Rok wydania książki: 2006
Lektor: Michał Piela
Czas trwania: 12 godz. 42 min

Moja ocena: 8/10







Chyba mało kto powie, że widzi dla naszego kraju świetlaną przyszłość. Ciężko być optymistą, gdy tak wiele jest do zmiany, a tak mało się robi. Już w 2006 roku Jacek Piekara w przerwie od typowej fantastyki, wypuścił wodze wyobraźni – próbując określić Polskę taką jaką będzie za trzydzieści lat. Dzięki Bibliotece Akustycznej otrzymujemy wersję audio książki, która nie jednej osobie wzburzy krew, ale i zmusi do namysłu.

Rzuceni jesteśmy w sam środek akcji, do wnętrza Przenajświętszej Rzeczpospolitej – bo już nie Polski – obserwując pozornie niezwiązane ze sobą historie kilku bohaterów: Amalryka Dymały, urzędnika państwowo-kościelnego; posła Lepkiego, z problemami z przyrodzeniem; pisarza Konrada Piotra, wręcz wieszcza narodowego, który pod koniec faktycznie zasłużył na to nadane mu nieco na wyrost miano; poety Atlasa Symbola oraz paru pomniejszych postaci o równie ciekawych imionach i nazwiskach. Piekara pokazuje nam niemal wszystkie aspekty państwa – od urzędników świeckich, przez kościelnych, po ludzi „zbędnych”. Poznajemy co najmniej trzy światy – ten należący do bogaczy, pośredni, oraz najpopularniejszy, w którym życie traci sens.

W państwie kościelnym, jakim kraj się stał, żelazną ręką żądzą biskupi i księża, rozliczając ludzi z uczęszczania na msze. Ważna jest opinia proboszcza, sąsiadów, a może od niej zależeć wszystko. Przeciwstawieni ze sobą są ludzie ściśnięci w malutkich mieszkaniach, jak i ci żyjący w pojedynkę w apartamentach. Szczęście, bogactwo, stan posiadania – wszystko to jest jednak względne i w jednej chwili ktoś, kto był na górze może znaleźć się na dnie. W tym wypadku, dnem jest Śląsk, zamieniony w obóz „resocjalizacyjny”, z którego nie ma powrotu. 

Taki upadek spotyka Atlasa Symbola, poetę, który został uznany za niepotrzebnego społeczeństwu. Spotyka go jednak jeszcze wiele innych sytuacji, które można spokojnie określić jako „fantastyczne”. Chociaż cała powieść nosi znamiona satyry, gorzkiego wyobrażenia przyszłości, to pojawiają się tutaj elementy, w których Piekara czuje się jednak najlepiej. Delikatne, subtelne, oddziałujące na wyobraźnię opisy, które przerażają w swojej realności. Między słowami, w tle wydarzeń czasem zdarzy się coś, co poruszy naszą podświadomość i dopiero po chwili pojmiemy diabelski kunszt autora. I to dosłownie… Bezpośrednie nawiązania pojawią się również, ale i wtedy mają fabularne uzasadnienie i nie wybijają czytelnika z rytmu.

„Przenajświętsza Rzeczpospolita” to głównie jej bohaterowie – Polacy. Niektórzy pełną gębą, inni dopiero do tego dojrzewają. Pozornie ze sobą nie powiązani, lecz ich losy splatają się i przeplatają niejednokrotnie. Każdy ma swój mocny charakter, swój „styl”. Choć bywają tak niecni, podli, w głębi jednak łączy ich polskość do szpiku kości. Najbardziej zauważalny jest wybór autora  płci dla jego postaci – kobiety przewijają się rzadko w formie innej niż kochanki czy dziwki. Na podstawie powieści można by określić trzy główne cechy Polaka – nieokiełznana chuć, nieodparta chęć do alkoholu oraz pęd do władzy i bogactwa. W obliczu zła potrafią jednak odrzucić swe własne przekonania i oprzeć mu się.

Już od pierwszych stron Piekara nie pozostawia żadnych złudzeń co do dosadności języka, szczególnie w kwestiach seksu, ale także przekleństw i brutalnych opisów. Na pewno więc nie jest to lektura dla czytelników młodszych czy bardziej wrażliwych. Będzie to także ciężka przeprawa dla ludzi o własnych, określonych poglądach, skrajnie różnych od poglądów autora. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba tę powieść przeczytać… Lub przesłuchać – do czego okazję mamy dzięki wydawnictwu Biblioteka Akustyczna. Interpretacja Michała Pieli jest jednocześnie zabawna i bardzo miło się jej słucha. Lektora oceniam na ogromny plus i zyskuje on miejsce na moim osobistym podium, zaraz za Rochem Siemianowskim.

Dziwna to książka. Tak brutalna, wulgarna i dosadna, ale jednak niemiłosiernie wciąga, pozostawiwszy na końcu czytelnika z ogromną satysfakcją z lektury, poczuciem misji i przypływem ciepłych uczuć dla kraju. Nie wszystkie linie fabularne zostały definitywnie zakończone i ciekawi mnie, jak potoczyłyby się losy bohaterów Piekary, gdyby kontynuował tę historię. Jedno jest jednak pewne – na końcu „Przenajświętszej Rzeczpospolitej” pojawia się światełko nadziei – dla Polski, ale i niektórych z głównych bohaterów.

Za możliwość przesłuchania audiobooka dziękuję wydawnictwu

niedziela, 28 kwietnia 2013

#170 Złomiarz - recenzja

Tytuł: Złomiarz
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2013
Stron: 360

Moja ocena: 6/10










Fantastyka to nie tylko magia, smoki, czy demony. To także niepokojące wizje świata, który mógłby w teorii stać się naszym własnym. A amerykański autor, Paolo Bacigalupi, specjalizuje się właśnie w kreowaniu tychże wyobrażeń Ziemi z przyszłości, która ulega gwałtownym i przerażającym przemianom klimatycznym, dzięki działalności człowieka. Tym razem większość lądu znajduje się pod wodą, a ludzie zmuszeni są na ucieczkę w głąb kontynentu, na daleką i zimną północ.

Nie wszystkich jednak stać na taką wyprawę. Ci, którzy pozostali pracują na nowe życie bogaczy, zwanych „lalusiami”, w warunkach, których nie życzylibyśmy największemu wrogowi. Nailer jest jednym ze Złomiarzy, pomieszkujących plażę nad Zatoką Meksykańską. Zbierają oni miedź z wraków statków, którą następnie skupują wielkie korporacje. Bardzo ceniona jest także ropa zalegająca jeszcze w trudno dostępnych zbiornikach. Nasz główny bohater należy do tzw. „lekkiej ekipy”, składającej się z małych, zwinnych osobników, którzy wcisną się w każdy otwór, aby wyrobić swoją dzienną normę. W takim zespole bardzo łatwo o wiernych i lojalnych przyjaciół, ale są i tacy, którzy tylko czekają, aż komuś podwinie się noga.

Życie Nailera zmienia się po bardzo gwałtownym sztormie, zwanym „niszczycielem miast”. Odkrywa on opuszczony nowoczesny jacht wraz z ledwo żywą pasażerką. Od tej pory będzie musiał podjąć wiele trudnych i potencjalnie śmiertelnych decyzji. Uciekając przed wrogami ojca odnalezionej „Szczęściary” – Nity, a jednocześnie przed swoim nieprzewidywalnym rodzicielem, trafia do Metropolii Missisipi (Orleanu III) – wersji Nowego Orleanu położonej bardziej w głąb lądu. Czy uda im się uciec przed pogonią?

Świat przedstawiony w „Złomiarzu” to wizja genialna, chociaż rozwinięta w bardzo małym stopniu. Bacigalupi zostawia czytelnika z ogromnym niedosytem informacji o zatopionych miastach, gospodarce, ekonomii, czy polityce. Nie wiemy jak wyglądają kontynenty, które kraje przetrwały problemy ekologiczne, ani z czego wynikały te ostatnie. Wszystkiego możemy się jedynie domyślać. Wraz z Nailerem obserwujemy i poznajemy jedynie mały wycinek świata, który aż prosi się o rozwinięcie na więcej niż 300 stronach.

Bohaterowie z kolei to jeden z największych atutów powieści „Złomiarz”. Każdy ma swoje motywacje, charakter, a otoczenie, w którym żyją, określa ich jednoznacznie na całe życie. Nie da się ich łatwo określić etykietką „dobry” lub „zły”. Choć wybór Nailera, czy pomóc Nicie, był oczywisty, to pociągnął za sobą wiele pytań i niepewności. Największym czarnym charakterem bez wątpienia jest ojciec chłopaka, który bez wahania zabiłby syna, gdyby miał okazję. Nieprzewidywalny, niebezpieczny, wzbudza w czytelniku prawdziwy strach. Odcieniem szarości jest Młot, reprezentujący nową rasę przyszłości – półludzi. Stanowi on genetyczną mieszankę psa, tygrysa, hieny i człowieka. W przeciwieństwie do swych pobratymców, nie służy on jednemu człowiekowi, samemu będąc panem swego losu.

Bacigalupi nie oszczędza swoich postaci, rzucając je w wir wydarzeń, w okrutne okoliczności, ale jednocześnie daruje czytelnikowi brutalnych, czy krwawych opisów. Przygody Nailera i jego kompanów czyta się bardzo szybko i emocjonująco, lecz w pewnym momencie historia staje się przewidywalna. Dostajemy happy-end, który na tle świata książki wydaje się być zupełnie nie na miejscu.

„Złomiarz” to przedstawiciel nurtu fantastyki ekologicznej. Amerykański pisarz zabrał nas na Ziemię w bliskiej przyszłości, po katastrofie klimatycznej. Przy genialnych bohaterach dostajemy tu także niezbyt porywającą fabułę, rozczarowujące zakończenie oraz bardzo intrygujący świat przedstawiony, który nie zostaje opisany tak obszernie, jakbyśmy chcieli. Książka jest skierowana głównie do młodzieży i ta grupa powinna być zadowolona. Dorośli czytelnicy, niestety, zawiodą się, a lektura zostawi w nich ogromny niedosyt.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Świat po katastrofie ekologicznej

czwartek, 28 marca 2013

#164 Dreszcz - recenzja

Tytuł: Dreszcz
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Stron: 296

Moja ocena: 8/10









 
Jakub Ćwiek to postać znana wśród polskich fantastów. Swoją karierę rozpoczął cyklem „Kłamca", a dalej było już z górki. Nie jest to autor zwyczajny, stereotypowy. Nie boi się nowych pomysłów, a wręcz szuka okazji do zrobienia czegoś nowego, oryginalnego. Ostatnim takim projektem była trasa autorska "Rock & Read Festival". Odwiedził on także największy konwent fantastyczny w Stanach Zjednoczonych (oraz na świecie) ComicCon, z czego zdał relację na łamach Nowej Fantastyki, w której także publikuje comiesięczne felietony. Jest częstym bywalcem konwentów i szuka kontaktu z fanami, którzy także traktują go jako świetnego kumpla. Miałam przyjemność poznać go na Bachanaliach Fantastycznych w Zielonej Górze, lecz dopiero teraz przekonałam się, że to nie tylko interesujący człowiek, ale i jeden z najbardziej obiecujących polskich pisarzy.

„I twoją matkę też!"

W Polsce jeszcze nie mieliśmy superbohatera z prawdziwego zdarzenia ("Biały Orzeł" jednak nie jest zbyt popularny). Wolimy fascynować się tymi Marvela i DC Comics, wysokobudżetowymi i efektownymi, z własnym filmem, a najlepiej ich serią. I tutaj do akcji wkracza Jakub Ćwiek, który dał nam Ryszarda Zwierzchowskiego, pseudonim Zwierzu. Jeśli jednak spodziewacie się drugiego Spidermana czy Kapitana Ameryki, rozczarujecie się. Tej postaci bliżej do rozgoryczonego i zmęczonego życiem Batmana z filmów Nolana, czy do wiekowego Profesora X. Jest stary, siwy, pije, pali, nie może znaleźć sobie pracy, ale dziwnym trafem lecą na niego wszystkie laski (syndrom Hanka Moody'ego?). Jego największą miłością jest rock n' roll, stara gitara i wspomnienia z czasów młodości i najlepszych rockowych zespołów. Pewnego dnia trafia go piorun i... w sumie niewiele się zmienia.

Na początku śledzimy wydarzenia z perspektywy niezbyt ogarniętego Ryśka, który unika pracy jak może i czas spędza głównie pijąc i ćpając. Z drugiej strony mamy Benjamina Benforda – Anglika z krwi i kości, którego motywacje nie są nam z początku znane. Szybko okazuje się, że Ćwiek ma dla niego rolę niezbędną przy bohaterze, wzorowanym w końcu nieco na Batmanie – lokaja i pomocnika w jednym. Do tej dwójki dołącza także Alojz – sąsiad Zwierza i Ślązak pełną gębą. Dialogi w jego wykonaniu to niezła męka dla nieznających śląskiej gwary.

„Bo ma być głośno (póki Angus gra)"

Jak na superbohatera przystało, „Dreszcz" ma swojego antagonistę, którego jeszcze nie poznajemy w tym tomie. Bo tak, tomów będzie więcej. Na razie mamy do czynienia z jego pomagierami – bandytami, którzy mordują młodych i bogatych studentów. Odkrycie, kim są i jakie są ich zamiary, będzie pierwszą misją Ryśka. Spytacie więc, czym będzie on walczył z przeciwnikami – bo chyba nie gitarą? Trafiony piorunem zyskuje moc porażania elektrycznością, ale także panowania nad przyrządami, które jej używają. Mimo początkowej niechęci, ochoczo korzysta ze świeżo nabytych umiejętności.

Czego tu jeszcze brakuje? A tak, mentora! Niczym Batman, Dreszcz otrzymuje swojego mentora, który jest tajemniczy, zna "większy plan" i przekazuje mu swoje nauki. Ćwiek zresztą nie udaje, że wymyślił coś oryginalnego, często bezpośrednio nawiązując do wyżej wspomnianych bohaterów komiksów. Co jednak interesujące, akcja dzieje się w naszym kraju, głównie w Krakowie i Katowicach. Możemy wykąpać się w tej swojskości. „Dreszcz" jest w pewien sposób wypadkową zainteresowań Ćwieka – muzyki i komiksów. Ta „ćwiekowość" wręcz wycieka z kart. Nawet główny bohater przypomina Jakuba i ten pod wieloma względami pewnie chciałby tak przeżyć swoją przyszłość.

Ta książka to emocjonujące połączenie powieści o superbohaterach i kryminału, dziejąca się w tak znanych nam miejscach. Okraszona jest ogromną ilością humoru, wulgaryzmów (wynikających głównie ze swojskości języka i przedstawiania go bez subtelności). Jest to także skarbnica wiedzy o rock n' rollu i dla jego fanów lektura również będzie prawdziwą przyjemnością. Ogromna kampania promocyjna tej książki jak najbardziej jej się należała. Warto przeczytać i głosić słowo dalej. Rock N' Roll is not dead!

Jakubie, jeśli to czytasz, to wiedz, że „Dreszcz” nie sprawi, że zapomnimy o Wendy. Lecz właśnie dostałeś przedłużenie deadline’u.

Książka została przekazana od serwisu Secretum za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 8 stycznia 2013

#146 Walka Sylfa - recenzja

Tytuł: Walka Sylfa
Autor: L.J. McDonald
Seria: Sylf (#1)
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Stron: 320

Moja ocena: 4/10









Gatunek paranormal romance to najczęściej okraszony fantastyką romans z przedstawicielami nadnaturalnych istot w roli głównej. Choć zwykle są to wampiry lub wilkołaki, to czasem autorki kuszą się na wykorzystanie bardziej oryginalnych stworzeń, najczęściej mających korzenie w tej czy innej mitologii. Właśnie tak jest w przypadku L.J. McDonald, która użyła postaci  sylfa - średniowiecznego ducha powietrza. Podzieliła tę rasę na parę gatunków, dodała do tego przygodę, a wszystko spoiła bezpruderyjną erotyką. Cóż z tego wyszło?

Otrzymaliśmy mieszankę, która nie wszystkim przypadnie do gustu. Główną bohaterką jest Solie, wieśniaczka, którą podczas ucieczki z domu przed ustalonym zamążpójściem, porywa oddział zbrojnych z miasta. Okazuje się, że potrzebowali oni dziewicy na ofiarę dla wojowniczego sylfa – stwora, który zwabiony przez kobietę, przechodzi przez portal łączący jego świat z tym należącym do ludzi. W momencie przejścia, jego przyszły pan zabija kobietę i, poprzez nadanie imienia żywiołakowi, przejmuje nad nim władzę. Jednak tym razem coś poszło nie tak – królewski syn zostaje zabity, a sylf przywiązuje się na zawsze do Solie, która nieumyślnie mówiąc do niego „Hej, ty” nadaje mu niedorzeczne imię - Hejty. 

I tak rozpoczyna się przygoda, czyli ucieczka pary bohaterów przed wysłannikiem króla, Leonem i jego sylfem. Potyczki między dwoma wojownikami zazwyczaj kończą się zmieceniem czegoś z powierzchni ziemi – czy to pojedynczej chatki, czy całej wioski. Istoty z innego wymiaru nie są jednak tak prostolinijne, jakby mogło się wydawać. Chociaż muszą słuchać się swego pana i nie mogą się odzywać, okazują spryt, szukając luk w rozkazach, które pozwalają im na odrobinę wolności. Hejty otrzymał jej wiele – Solie traktuje jako swoją królową i będzie ją chronił przed wszystkimi, a w szczególności przed mężczyznami. Do przedstawicieli płci męskiej wojownicze sylfy czują nieprzejednaną nienawiść – za zabicie kobiety, która zwabiła ich do świata ludzi.

Historia Solie i Hejty’ego to typowy romans, w którym na początku ona się mu opiera, a potem, gdy okazuje się, że nie może bez niego wytrzymać, oddaje się namiętności. Autorka nie szczędzi nam opisów seksu, a co jakiś czas wtrąca absurdalne publiczne zachowanie młodych. Niestety, opis emocji i uczuć przesłania w tej powieści wszystko poza tym – a mogło być naprawdę pięknie. Sylfy powołane do życia przez L.J. McDonald mają ogromny potencjał. Obok wojowniczych występują także ziemne, powietrzne, ogniowe i inne – każdy intrygujący i mający swoje własne cechy, ale nie dostajemy ich wystarczająco wiele.

Na pochwałę zasługuje kreacja postaci, która autorce wyszła bezbłędnie. Sylfy w jej opisach ożywają, nienawiść wojowników wręcz zieje ze stron, a uczucia Solie i Hejty’ego, chociaż w stanowczo nadmiernych ilościach, ewoluują wiarygodnie. Ale „Walka Sylfa” to nie tylko istoty z innego świata – to także zwykli ludzie, którzy od razu zdobywają sympatię czytelnika, choć dopiero w drugiej połowie książki. W pierwszej akcja jest powolna i wręcz nudna, przez co nie raz myślałam o zaprzestaniu lektury. W pewnym momencie jednak autorka się rozkręca, a wojownicze sylfy i ich nienawiść do całego świata oraz chęć chronienia królowej napędzają fabułę.

Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do tej pozycji. Z jednej strony jest to powieść momentami erotyczna, w której zdecydowanie za dużo romansu i zbędnych opisów uczuć. Z drugiej, dostajemy emocjonującą fabułę, świetną kreację postaci i nadzieję, że kolejne tomy będą dużo lepsze. Decyzję pozostawiam wam – wiecie już, czego oczekiwać po „Walce Sylfa”.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Erotyczne fantasy tylko dla kobiet

środa, 2 stycznia 2013

#143 Tron Półksiężyca - recenzja

Tytuł: Tron Półksiężyca
Autor: Saladin Ahmed
Seria: Królestwo Półksiężyca (#1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 360

Moja ocena: 6/10









Opowieści o Sindbadzie Żeglarzu, Alladynie i Ali Babie od zawsze oczarowywały nas swoją egzotyką. Co, gdyby połączyć dżiny, kalifów, derwiszów z magią, „alkemią” i ghulami w książce fantasy? Taką próbę podjął Saladin Ahmed w swojej debiutanckiej powieści, „Tron półksiężyca”, rozpoczynającej serię „Księstwa półksiężyca”. Czy wydawnictwo nie postąpiło zbyt pochopnie, wydając pierwszy tom kolejnej serii, która stanowi tak naprawdę wielką niewiadomą?

Doktor Adulla Machslud para się nie leczeniem żyjących, a… ich zabijaniem. Specjalizuje się w eksterminacji różnego typu ghuli, czyli stworów powołanych do życia z różnych elementów natury. Ta profesja, którą zajmował się już od dziesięcioleci, zaczyna go męczyć. Coraz chętniej rozważa myśli o przejściu na emeryturę, gdy przeszkadza mu w nich donos o zabójstwie rodziny pewnego chłopca. Wraz ze swoim asystentem derwiszem Rasidem, parą przyjaciół – alkemiczką i magiem, a także opętaną żądzą zemsty na potworach, Zamią, dzikuską potrafiącą przemieniać się w lwicę, powoli odkrywa, że ten, kto stworzył ghule, ma plan o wiele bardziej złowieszczy i morderczy.

Saladin Ahmed jest mistrzem  w snuciu opowieści, a najlepiej wychodzi mu kreacja postaci. Jego bohaterowie wręcz powstają do życia i żaden z nich nie jest albo dobry, albo zły. Autor specjalnie stawia ich w sytuacjach, w których muszą przeciwstawić się swoim życiowym ideałom – skłamać lub przymknąć oko na czyny innych. Do tego celu używa Księcia Sokołów – niemal Robin Hooda, złodzieja i wywrotowca, który wymierza sprawiedliwość na swój własny sposób, zazwyczaj równie brutalny jak krzywda popełniana przez tych, których karze. Każdy z naszych bohaterów w trakcie powieści przeżywa przemianę, mniej czy bardziej znaczącą. Największą przechodzi derwisz, święty mąż, który oddany całkowitej prawdzie i czystości, przywiązany do swojego miecza, na końcu jest zmuszony przemyśleć i dostosować swoje postępowanie do realiów otaczającego go świata.

Na nieco ponad 300 stronach pisarzowi udało się scharakteryzować bohaterów tak dobrze, że błyskawicznie możemy się do nich przywiązać, a to, co ich spotyka, wywołuje  w nas rzeczywiste emocje. Niestety, stało się to kosztem czegoś – kreacji świata przedstawionego i fabuły. Ta ostatnia opiera się na prostym schemacie walki dobra ze złem. Raz na jakiś czas dostajemy rozdział z perspektywy „zła”, co pozwala nam jeszcze bardziej kibicować wygranej bohaterów. To, w jaki sposób i czy w ogóle do niej dojdzie, opisane zostało ciekawie i nieprzewidywalnie.
Miasto Damshawaat, w którym dzieje się akcja, autor przedstawia dość pobieżnie. Chociaż zwiedzamy jego niektóre dzielnice, ciągle zostają ciemne obszary, o których nawet nie wspomina. Także to, co jest poza miastem, mianowicie Królestwa Półksiężyca, stanowią zagadkę. Z pewnością więcej dowiemy się o nich w dwóch kolejnych częściach serii, jeśli w ogóle zostaną wydane w Polsce. Niestety, na pewno jeszcze trochę na nie poczekamy, bo nie zostały one jeszcze opublikowane za granicą.

„Tron półksiężyca” to idealna powieść dla spragnionych fantasy – dostaną oni żywe, niejednoznaczne postacie, ciekawą fabułę i tę odrobinę magii, a także alkemii i ghuli. Seria posiada potencjał na ożywienie klasyki gatunku, a jednocześnie zabranie nas w podróż do krainy Baśni Tysiąca i Jednej Nocy.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Baśnie tysiąca i jednego ghula

wtorek, 30 października 2012

#127 Straż - recenzja

Tytuł: Straż
Autor: Marianne Curley
Seria: Strażnicy Veridianu (Tom 1)
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2011
Stron: 432

Moja ocena: 7/10









W zalewie marnej jakości publikacji z gatunku zwanego „paranormal romance” każda oryginalniejsza pozycja jest na miarę złota. W "Straży" nie znajdziemy elementów nadprzyrodzonych w postaci wampirów, czy wilkołaków, ale czy ta pozycja się czymś wyróżnia i zasługuje na naszą uwagę?

Straż to organizacja zajmująca się ochroną prawidłowego przebiegu historii przed ingerencją ze strony „tych złych”, czyli Zakonu Chaosu. Jeszcze za bycia małym chłopcem, dołączył do niej Ethan, którym wstrząsnęła tragiczna i przedziwna śmierć siostry. Od tamtej pory co jakiś czas przenosi się do przeszłości i próbuje powstrzymać wysłanników bogini Chaosu. Momentem przełomowym w jego życiu jest przydzielenie mu Ucznia w postaci Isabel, siostry jego dawnego przyjaciela. Wbrew pozorom, między tym dwojgiem nie rozkwita od razu bezbrzeżne uczucie – ona wprawdzie od zawsze czuła przyciąganie do najlepszego kolegi brata, lecz on nie jest zainteresowany. Wspólne szkolenie owocuje kolejnymi wyprawami w odmęty historii, które toczą się zupełnie nie po ich myśli…

Narracja książki biegnie dwutorowo – niemal naprzemiennie obserwujemy akcję z punktu widzenia to Ethana, to Isabel. Nie jest to często wykorzystywany zabieg, a w tym przypadku sprawdził się jak najbardziej, bo nabieramy perspektywy i mamy wgląd w „głowy” naszych bohaterów. A ich osobowości są całkiem interesujące. Chłopak czuje się całkiem osamotniony w domu, w którym rodzice wciąż cierpią po utracie córki. Isabel natomiast musi użerać się ze swoim nadopiekuńczym bratem, który chce zastąpić jej ojca. Ten, choć dawniej przyjaźnił się z Ethanem, odczuwa do niego niechęć. Poróżniła ich obecna dziewczyna Matta, Rachel, dla której również znalazło się miejsce w tej historii. To, że bohaterowie są nastolatkami, autorka przedstawiła bardzo wiarygodnie, nie skąpiąc im lekkomyślności, a mimo to, nie odczuwamy wrażenia, że są niedojrzali. Inne postacie nie wyróżniają się zanadto, oprócz może Arkariana, przełożonego naszych Strażników Czasu, o szafirowych włosach i fiołkowych oczach…

W „Straży” Marianne Curley podjęła temat podróży w czasie, który, choć ostatnio często wykorzystywany, wcale nie jest prosty. Łatwo tu o paradoksy i nielogiczności, jednak na razie, dzięki niedopowiedzeniom, udało jej się wybrnąć z zadania bezproblemowo. Pomysł darów, nadawanych strażnikom, wydaje mi się wprost genialny, bo daje ogromne pole do popisu – w końcu autorka może swoich bohaterów obdarzyć czym tylko chce. Oby tylko nie zmarnowała tej szansy w kolejnych tomach. Samo powstrzymywanie historii przed umyślną zmianą stanowi dodatkowy element edukacyjny, a pisarka umiejętnie posługuje się piórem i potrafi zachęcić do samodzielnego poznawania przedstawionych zalążków historycznych tematów.

W trakcie lektury nie sposób nie zauważyć wielu punktów wspólnych z inną powieścią, której premiera była mniej więcej w tym samym czasie. Mam tu na myśli „Czerwień rubinu” autorstwa Kerstin Gier. Podróże w czasie? Są. Historyczna intryga, która sięga współczesności? Jest. Para bohaterów, między którymi coś się święci? Jest. To wcale nie koniec podobieństw, jednak „Straż” ma nad przeciwniczką jedną bardzo wyraźną przewagę w postaci o wiele lepszego stylu pisania autorki, który nie jest infantylny do bólu, a także dość nowatorskiego rozwiązania romansu między dwójką głównych postaci. 

Krótko mówiąc, „Straż” to książka przeznaczona dla młodzieży płci pięknej – i ta grupa docelowa z pewnością się nie rozczaruje. Bo mamy tu wszystko, czego młode czytelniczki mogłyby zapragnąć: akcję, romans, intrygę i w miarę interesujących bohaterów. Do tego, podane w przystępnej formie i oblane pysznym lukrem w postaci, może zbytnio eksploatowanych ostatnio, podróży w czasie. Bardziej dojrzałym zabraknie tu głębi, a niektóre zagrywki autorki wydadzą się stereotypowe i na wskroś przewidywalne. Mimo to, warto sięgnąć po tę powieść, której wielki potencjał, miejmy nadzieję, rozwinie się w dwóch kolejnych tomach trylogii.

Za ksiązkę dziękuję wydawnictwu Jaguar

poniedziałek, 15 października 2012

#125 Paskuda & Co. - recenzja przedpremierowa

Tytuł: Paskuda & Co.
Autor: Magdalena Kozak
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 17 października 2012
Stron: 292

Moja ocena: 5/10










Chyba każdy kojarzy opowieści, w których rycerz ma uratować księżniczkę w wieży, wykazując się przy tym męstwem i pokonując smoka. Magdalena Kozak pokazuje, jak wygląda to z perspektywy tej drugiej strony.

W „Paskudzie & Co” wszystko jest niemal jak w bajce – mamy i księżniczkę w wieży, i strażnika jej cnoty, i groźnego potwora. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej to coś tu nie gra… Bo potwór jest i owszem, żądny krwi i niezłomny w swym zadaniu, ale mieszka w jeziorze, jest smokiem, a właściwie smoczycą i nazywa się Paskuda. Strażnik chętnie broni cnoty swej księżniczki, ale jeszcze chętniej sam położyłby na niej swoje ręce. A piękna dziewica nie jest ani taka piękna, ani w sumie to nie chce pierwszego lepszego rycerza, a już na pewno nie pozwoli mu zabić swoich przyjaciół. I jak tu uciec z wieży, wyrwać się z impasu?

Magdalena Kozak podeszła do tematu oklepanego i - zdawałoby się - wyczerpanego z nową werwą i pomysłem. W trzynastu rozdziałach przedstawiła swoją własną wersję historii o dziewczynie uwięzionej w wieży, przedstawioną właśnie z jej perspektywy. Księżniczka, podobnie jak Strażnik, nie posiada imienia. Jak zresztą podkreślone zostało w tytule, to smoczyca, Paskuda, stoi w centrum wydarzeń. Przez przygody doświadczone wspólnie (a było ich więcej niż można by się spodziewać), zacieśniają się więzy między całą trójką. Obserwujemy zaczątki przyjaźni, miłości… Razem z nimi przeżywamy zdrady, katastrofy, przybyszów od Księcia, odwiedzające smoki,  wiedźmy, ataki pryszczy, czy zbrojne oddziały, udające krzaki.

Chociaż „Paskuda & Co.” przypomina zbiór opowiadań, jest raczej jedną spójną historią, którą łączy ciąg wydarzeń. Autorka postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, gdyż cała akcja toczy się w jednym miejscu – w wieży Księżniczki oraz jej najbliższych okolicach. Dlatego po pewnym czasie, niestety, można zacząć odczuwać zmęczenie i zniecierpliwienie niezmiennością scenografii. Chociaż lokatorzy wieży to para dość nudna i przewidywalna, niekanoniczność postaci będzie dla niektórych trudna do przełknięcia. 

Najciekawszą bohaterką bez wątpienia jest Paskuda, pieszczotliwie Pasia, która wprowadza ożywienie oraz ogromną dawkę humoru. Jest ona największą zaletą książki i jej kreacja stanowi najlepszy dowód na talent pisarski autorki. Właśnie co do stylu można mieć największe zastrzeżenia, bo momenty powolne, wręcz nudne, przeplatane są świetnymi epizodami ze smoczycą w roli głównej. Zabawne są jej dźwiękonaśladowcze odgłosy, które ostatecznie ewoluują w niezłą umiejętność mowy, w stylu „ble”, „mniam”, „mniam?”, czy „mniam ble”.

Na niespełna trzystu stronach Magdalena Kozak podjęła się bardzo ambitnego zadania – tchnięcia odrobiny świeżości w oklepany temat. Tylko poniekąd jest to próba udana, gdyż zarówno fabuła, jak i bohaterowie są po części świetni, a momentami wieje nudą. Może lepszym pomysłem byłoby zupełna wariacja i rozwinięcie bajki w coś więcej, porzucenie szablonów i uwolnienie wyobraźni. Ta pozycja to ciekawostka, której znajomość nie zaszkodzi, a nawet zapewni parę chwil rozrywki. Na dłuższą metę jednak koncepcja alternatywnej wersji księżniczki w wieży nie wypaliła do końca.


Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Paskudnie i uroczo

czwartek, 11 października 2012

#124 Upalna zima - recenzja

Tytuł: Upalna zima
Autorzy: Eugeniusz Dębski, Andrzej Drzewiński, Piotr Surmiak, Adam Cebula
Wydawnictwo: Paperback
Rok wydania: 2012
Stron: 321

Moja ocena: 7/10









Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby paru ekspertów od nauk ścisłych usiadło i napisało powieść fantasy? Czy byłaby lepsza, czy może gorsza od tych, które piszą ludzie niezwiązani z nauką? Możecie się o tym przekonać, sięgając po „Upalną zimę”, czyli efekt kolaboracji czterech naukowców, których nazwiska możecie kojarzyć z literatury lub konwentów. Eugeniusz Dębski, Adam Cebula, Andrzej Drzewiński i Piotr Surmiak, w skrócie Kareta Wrocławski – to oni, dawno temu na Bachanaliach Fantastycznych, usiedli i podjęli decyzję o wspólnym pisaniu literatury. Tak powstał zbiór opowiadań, w których technologia napędza fantasy, a kac to tylko przerwa w piciu.

„I nie da się, żeby nie pili…”

Chcąc stworzyć coś nowego i pokazać, że nie należy bać się nauki w historiach fantasy, pisarze oparli się na starych, znanych strukturach: mamy tu pijaka-szlachcica oraz pijaka-poetę. Dodatkowo od czasu do czasu towarzyszą im pijak-krasnolud oraz mag (dla odmiany nie-pijak). Ich misja? Pytanie! Uratować świat, oczywiście. Na „Upalną zimę” składa się pięć opowiadań, które wiążą ze sobą wyżej wymienione postacie, alkohol (który poniekąd jest piątym bohaterem) i pokręcone przygody, w stylu przesunięcia planety na inną orbitę, czy wyprawy na księżyc (w czasach odpowiadających naszemu średniowieczu).

Opowiadania te lepiej rozpatrywać jako całość, jedną powieść. Bardziej są to rozdziały pewnej historii, niż osobne byty. Tyle w nich dodatkowych szczegółów, że równie dobrze mogłyby robić za ciąg wydarzeń następujących po sobie. Do bohaterów bardzo łatwo i szybko da się przyzwyczaić, są bardzo swojscy, jakby wyjęci z podwórka między blokami. Całe dnie poświęcają na picie, a głównym ich zainteresowaniem są, jakżeby inaczej, kobiety. Mimo wszystko ich przygody wciągają, a po pewnym czasie nawet da się do nich przywiązać. 

 „Świat urządzon, jakby dla kpiny z ludzkich pomysłów”.

Wspólne pisanie dwóch autorów już stwarza pewne problemy, a co dopiero czterech! W Posłowiu wyjaśniono, jak powstał Kareta Wrocławski oraz jak przebiegało powstawanie książki, mimo to wciąż nie do końca potrafię sobie to wyobrazić. Szczególnie biorąc pod uwagę tak spójny styl całości, w którym nie ma zgrzytów, dialogi są wiarygodne i zabawne, a opisy malownicze i dosadne. Z miłą chęcią przeczytałabym powieść science fiction, napisaną przez autorów, bo mogłaby śmiało zatrząść posadami gatunku. 

Jak na książkę napisaną przez czterech naukowców trochę tu za mało nauki. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby było jej za dużo, byłaby to fantastyka naukowa, ale tak naprawdę podstawy świata nie różnią się niczym od tych, wymyślanych przez zwykłych literatów. Mimo to, „Upalną zimę” czyta się szybko i z ciekawością, a Karecie Wrocławskiemu nie sposób odmówić talentu i odwagi. Może kiedyś doczekamy się kolejnej próby, w nieco innej konwencji, która jeszcze bardziej podkreśli związki z nauką pisarzy.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Paperback

niedziela, 7 października 2012

#122 Saga o rubieżach. Tom 1 - recenzja

Tytuł: Saga o rubieżach. Tom 1
Autor: Liliana Bodoc
Seria: Saga o rubieżach (tomy 1 i 2)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 728

Moja ocena: 8/10









Hiszpańskojęzyczna fantastyka nie jest zbyt częstym gościem na księgarnianych półkach. O wiele częściej sięgamy po angielską lub, chociaż rzadziej, naszą rodzimą. Tym bardziej intrygująca jest powieść "Saga o rubieżach" Liliany Bodoc, której wydania podjęło się wydawnictwo Prószyński i S-ka. Czy faktycznie jest to tak epickie dzieło, jak napisano na okładce?

Lud Husihuilków to najbardziej wojownicze plemię Żyznych Ziem. Spokój w ich życiu zakłóca czarownik, Kupuka, który przychodzi ze śmiertelnym ostrzeżeniem o nadciągającej armii ze Starych Ziem. Czy są to dawno zaginieni Boreaszowie, czy coś gorszego, co chce zniszczyć świat, jaki znają? Każda nacja wysyła swojego przedstawiciela na naradę, a jednocześnie rozpoczyna przygotowania do wojny... Nie wszyscy jednak chcą się przeciwstawić nieuniknionemu, woląc zdradzić Jelenia i zbratać się z siłami zła. Tylko od mieszkańców Żyznych Ziem zależeć będzie ostateczny wynik starcia.

Losy całego kontynentu odpierającego ataki sług zła obserwujemy na przestrzeni wielu lat. Ledwie zdążymy się przywiązać do konkretnej postaci, ta umiera lub odchodzi w cień. Chociaż większość jest czarno-biała, niektóre ich działania mogą nas zaskoczyć. Ich psychologia została ukazana wiarygodnie i wnikliwie, a najciekawsi bohaterowie, paradoksalnie, to ci źli, a szczególnie Pomroka, matka Misaianesa. Trzecią stroną w konflikcie, która, choć nie występuje bezpośrednio, ma ogromne znaczenie jest matka natura. Czerpią z niej czarownicy, wspierający siły dobra, ale również każde żywe stworzenie opierające się najeźdźcom z całych sił.

Autorka podjęła się zadania trudnego, ale nie niewykonalnego. Gdyby tom pierwszy składał się tylko z jednej księgi, efekt byłby o wiele słabszy, a tak dostaliśmy naprawdę epicką powieść, złożoną z dwóch części, która aspiruje do bycia hiszpańskim "Władcą Pierścieni". Bohaterowie stanowią tutaj tylko pretekst do pokazania odwiecznej walki dobra ze złem. Bardziej niż jednostki obserwujemy społeczeństwa, nacje, które jednoczą się (lub wręcz przeciwnie) w starciu z wrogiem, Misaianesem. Tym samym klimat książki jest podniosły, mroczny, tajemniczy i wręcz niepokojący.

Liliana Bodoc musi jeszcze sporo popracować nad swoim warsztatem pisarskim. Szczególnie podczas lektury pierwszej księgi była widoczna pewna nieporadność stylistyczna w postaci nagłych zmian punktu widzenia bohaterów, co wprowadzało niemałe zamieszanie. Bardzo dobrym chwytem ze strony wydawnictwa było zawarcie dwóch ksiąg w jednym tomie. Nie tylko oszczędziło pieniądze, ale także, gdyby pierwsza część, "Dni Jelenia" była osobno, nie zdołałaby utrzymać uwagi czytelnika. Dopiero podczas lektury "Dni Pomroki" zaczęłam przywiązywać się do bohaterów i myśleć o stworzonym przez autorkę świecie.

A ten jest imponujący, chociaż zdaje się być oparty na naszym, współczesnym. Żyzne Ziemie do złudzenia przypominają Amerykę, a Stare Ziemie Eurazję. Królestwem Misaianesa zdaje się być Skandynawia, ukazana jako ląd górzysty, zimny i nieprzyjazny. Natomiast główni bohaterowie zamieszkują tereny Argentyny, notabene kraju pochodzenia autorki. Mapka zamieszczona na początku książki bardzo przydaje się w śledzeniu ruchów wojsk obu stron. Z racji na konieczność przemierzania wielu kilometrów, historia rozciąga się na wiele dni, a nawet lat, podczas których zachodzi wiele widocznych przemian, zarówno w pojedynczych postaciach, jak i naturze.

"Saga o rubieżach" to debiut hiszpańskojęzycznej pisarki. Chociaż styl autorki niekiedy pozostawia wiele do życzenia, a główną rolę gra niezbyt oryginalna walka dobra ze złem, jest on jak najbardziej udany. Wiele tu nawiązań do Tolkiena, ale Liliana Bodoc ma swój pomysł na tę historię. Do końca trylogii brakuje tylko ostatniego tomu, "Dni ognia". Oby wyszedł u nas prędko.

Za książkę dziękuję panu Marcinowi i wydawnictwu Prószyński i S-ka

wtorek, 18 września 2012

#115 Opowieści praskie - recenzja

Tytuł: Opowieści praskie
Autor: Tomasz Bochiński
Wydawnictwo: Almaz
Rok wydania: 2012
Stron: 237

Moja ocena: 8/10










Wydawnictwo Almaz jest całkiem nowe na naszym rynku, a już zdążyło w nim trochę namieszać. Tańsze książki, bo w formie zinów, oraz odważne podejście do tematyki, w szczególności science fiction, zagwarantowały uwagę czytelników. Nie mało ma tu do powiedzenia także jakość wydawanych powieści - utrzymująca się na równym, wysokim poziomie.

"Opowieści praskie" to druga książka z oferty oficyny autorstwa polskiego pisarza. Tym razem nie jest to fantastyka naukowa, a współczesna miejska baśń, urban fantasy, w którą Tomasz Bochiński ubiera ukochaną sobie dzielnicę Warszawy - Pragę. To właśnie ona jest tu główną bohaterką, a ludzie stanowią do niej jedynie dodatek. W dziewięciu opowiadaniach poznajemy magię (i to dosłownie) ulic oraz ich mieszkańców. Miejsce akcji jest stałe, zmienia się tylko perspektywa, z której obserwujemy ewolucję Pragi oraz czas akcji - głównie obecnie, ale nie raz przeniesiemy się do przeszłości, czy kilka lat wprzód.

Z naszą stolicą nigdy nie miałam wiele wspólnego, ot odwiedziłam ją ze trzy razy, a jej dzielnic znam tylko tyle co z krzyżówek. Tym chętniej zagłębiłam się w opowieści, w których Tomasz Bochiński ukazuje nam czarujące, fantastyczne oblicze Pragi, części Warszawy, która cieszy się, powiedzmy sobie szczerze, niezbyt dobrą sławą. Jednakże autor w pełni zdaje sobie z tego sprawę i jego celem nie jest wybielenie historii dzielnicy, ani przedstawienie jej w jak najlepszym świetle. Jesteśmy wręcz raczeni zgoła ponurymi obrazami nieprzyjaznych ludzi, niebezpiecznych ulic, w które aż strach się zapuszczać nawet w środku dnia.

Mimo tak złowrogiego charakteru, Praga ma wiele uroku, szczególnie przedstawiona słowami Bochińskiego. Stworzył on klimat, który jednocześnie przyciąga i odpycha. Dialogi między bohaterami wydają się być wzięte żywcem z ulicy, a dłuższe opowieści przeplatane są "Menelską balladą". Niektóre postacie pojawiają się cyklicznie, dzięki czemu zaczynamy ich wypatrywać. Autor nie waha się przed podejmowaniem trudnych tematów - śmierci, religii, magii, biedy i gangów. Nade wszystko jednak czuć, że chce on zachować historię dzielnicy i jej mieszkańców, spowolnić nieunikniony postęp, uchować jej nieskalaną pamięć w swoim sercu.

Chociaż wszystkie opowiadania są przyjemnie napisane i czyta się je z ciekawością, moim faworytem zostaje tekst "Cudowny wynalazek pana Bella". Nie znajdziemy tu morderstw, gangów, mafii, pijackich burd - jedynie czystą magię, czar, który udało się Bochińskiemu wydobyć z prostego elementu każdego domu. Wzruszające i skłaniające do przemyśleń i marzeń typu "jakby to było...".

"Opowieści praskie" to zbiór opowiadań, które wywołują mnóstwo emocji oraz zahaczają o wiele różnych tematów. Ciężko rozpatrywać te teksty z osobna, gdyż dopiero razem tworzą spójną historię o osobliwym klimacie, przedstawiającą historię Pragi, pełną magii i grozy. Lektura, chociaż momentami ciężka i trwająca dość długo jak na 237 stron, spodoba się nie tylko warszawiakom, czy prażanom. Jest to świetna okazja dla wszystkich, którzy chcieliby się zanurzyć w rodzimej urban fantasy, a przy okazji poznać fantastyczne oblicze jednej z dzielnic Warszawy.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Almaz

piątek, 31 sierpnia 2012

#111 Zakon smoka - recenzja

Tytuł: Zakon smoka
Autor: Aleksandar Tesic
Seria: Kosingas (tom 1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 504

Moja ocena: 8/10









Aleksandar Tesic w swojej debiutanckiej powieści zrobił coś, na co do tej pory nikt się nie odważył. Pokazał, że jego rodzima, serbska mitologia dorównuje stopniem rozbudowania bardziej popularnym - egipskiej, greckiej, czy rzymskiej, a przy tym jest równie ciekawa i zajmująca. Żeby uchować treści przekazywane niemal tylko drogą ustną przed zapomnieniem, zdecydował się spisać je w formie powieści, która idealnie wpasowuje się w gatunek fantastyki. Czy jednak taki eksperyment się powiódł?

"Zakon smoka" to pierwsza część trylogii. Jak sam autor pisze we wstępie, akcja całej serii zamyka się w 365 dniach poprzedzających bitwę na Kosowym Polu. Historyczne fakty umiejętnie przeplata z elementami czysto fantastycznymi, w które jednakże kiedyś wierzono na serbskich ziemiach. Mity te powstawały przez wiele lat, ewoluując i zajmując miejsce w sercach i głowach ludzi. Na kartach książki śledzimy losy mnicha i zarazem rycerza z Zakonu Smoka, Gabriela oraz księcia Marko. Tego drugiego dotyczy dawna przepowiednia: ma on odegrać główną rolę w zwycięstwie nad siłami Hadesu. Aby stać się Kosingas - najlepszym z wojowników, wraz ze swym towarzyszem wyrusza na wyprawę, podczas której musi zdobyć niezbędne artefakty i dojrzeć do nowej roli.

Rok 1388, w którym dzieją się losy głównych bohaterów, to nieustająca walka religii chrześcijańskiej z pogańskimi wierzeniami. Cały tom opowiedziany jest z perspektywy starego już Gabriela, który dyktuje historię skrybie. Znajdziemy w nim wiele dopowiedzeń od samego mnicha, jak również spersonalizowaną formę rozdziałów. Akcja "Zakonu smoka" zamyka się w czasie miesiąca. Na wrażenia narzekać nie możemy, ale serbski pisarz niekiedy w dość nachalny sposób przedstawia zapomniane obyczaje. Para bohaterów wędruje od wioski do wioski i z powrotem, spowalniając tym samym akcję, pod pretekstem ukazania kolejnego chłopskiego rytuału, czy następnego pomniejszego demona. Obyczaje te są niesamowicie ciekawe, budzą zdumienie, a czasem i przerażenie. Nie ma jednakże co się dziwić, wszak na utrwalenie starych podań autor ma jedynie trzy tomy powieści, w której musi jeszcze zawrzeć elementy fabularne, czy dotyczące bohaterów. A te ostatnie są naprawdę interesujące.

Gabriel i książę Marko to jedyne postacie, których historię śledzimy przez całą książkę. Mają one czas się rozwinąć, a szczególnie widoczne jest to przy protagoniście - z początku niechętny, sceptyczny, zły na cały świat, staje się dojrzałym mężem, zaczyna zauważać w nim odcienie szarości. Mnich z kolei nie jest typowym rycerzem i zabójcą potworów. Choć pewne elementy fabuły mogą przypominać te z "Malowanego człowieka" Petera V. Bretta, to Gabrielowi daleko do Arlena. Kosingas nie raz zastanowi się nad losem stworzeń i pożałuje ich morderstwa. Przez to jest niesamowicie ludzki i bliższy naszemu sercu. Do tego dochodzi także strach przed śmiercią, ale jednocześnie pogodzenie z jej nadejściem po wykonaniu zadania.

W "Zakonie smoka" Tesic połączył dwie rzeczy, które teoretycznie stoją po przeciwnych stronach barykady i udają, że się nie widzą. Jak inaczej wytłumaczyć jednoczesną obecność Kościoła, wierzącego w jednego Boga oraz bożków, pomniejszych bóstw i demonów, które faktycznie budzą się do życia na obrzeżach Serbii? Pisarz konsekwentnie pokazuje, jak wiele może uczynić zwykła wiara - stwarza ona potwory, a także zmusza do przelewania krwi w ofierze. Jednakże przy tym nie wolno jej zaniedbywać, bo wśród niebezpiecznych stworzeń istnieją także dumne elfy i pojedyncze osobniki, które nikomu nie wadzą, oferując jedynie dobroć.

Ciekawe, kiedy my, Polacy, doczekamy się tak odważnego kroku ze strony naszych pisarzy? Bo w to, że mają oni talent i wprawę do napisania wciągającej powieści fantasy, opartej na mitologii słowiańskiej, nie wątpię. Nie sposób odmówić im także ambicji. Mogłaby to być dla niektórych jedyna okazja na poznanie własnych korzeni i religii, którą wyznawali nasi przodkowie, przed przyjęciem chrześcijaństwa. "Zakon smoka" skłonił mnie do zapoznania się z historią Serbii, z którą do tej pory nie miałam do czynienia. Idealnym dopełnieniem treści książki byłyby szkice, o których wspomina mnich i szkoda, że zabrakło na nie miejsca.

Debiutancka powieść Tesica to imponująca próba utrwalenia serbskich mitów i obyczajów. Myślę, że jest jak najbardziej udana. Zachowując ciągłość akcji i jej urozmaicenie, autorowi udało się przedstawić wiele elementów tej kultury, a na pozostałe ma jeszcze dwa tomy. Jeśli szukacie fantastycznej książki o ciekawej fabule i barwnych bohaterach oraz jesteście skłonni poznać nową mitologię, nie wahajcie się ani chwili.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Serbskie obyczaje w fantastycznej otoczce

czwartek, 2 sierpnia 2012

#101 Dzieci Ziemi - recenzja

Tytuł: Dzieci Ziemi
Autor: Orson Scott Card
Seria: Powrót do domu (Tom 5 i ostatni)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 376

Moja ocena: 7/10









Orsona Scotta Carda fanom fantastyki nie trzeba przedstawiać. Autor kultowej Sagi o Enderze, czy powieści dla młodzieży „Tropiciel” i „Zaginione wrota” w swoim czasie popełnił także serię „Powrót do domu”. Dopiero w tym roku w Polsce po raz pierwszy ukazała się jej ostatnia część, która zamyka pięciotomową podróż ludzkości z planety Harmonia na Ziemię nadzorowaną przez superkomputer, Nadduszę. W jakim stylu kończy się nasza przygoda?

Na Ziemi nie został już nikt z dawnej grupy przybyszów z Harmonii. Jedynie Shedemei, którą przed starzeniem powstrzymuje powłoka gwiezdnego sternika oraz długoletnia hibernacja, wraz z Nadduszą, patrolują z wysoka glob. Zastanawiają się, gdzie podziewa się Opiekunka, na której wezwanie niegdyś odpowiedzieli, i jaki jest jej plan. Bo do tego, że go ma, nie ma żadnych wątpliwości. Ludzie na planecie, żyjący wśród aniołów i kopaczy, zaczynają doznawać prawdziwych snów, których głównym przekazem jest jedno – zjednoczenie trzech nacji. Śródludzie jednakże niechętnie pozbędą się swoich ziemnych niewolników, a życie obok nich byłoby udręką. Opiekunka nie będzie miała prostej roboty szczególnie, że załoga „Basiliki” krzyżując jej plany z orbity, chce wymusić jakąkolwiek bezpośrednią reakcję.

„Dzieci Ziemi” pokazują, jak daleko serii „Powrót do domu” jest do etykietki oznaczonej science fiction. Card skupiał się na społeczeństwach i zmianach w nich zachodzących, aczkolwiek fantastyka naukowa zawsze była obok. Dopiero w tym ostatnim tomie można zauważyć, że technika była jedynie tłem dla wydarzeń, które miały decydujące znaczenie w ukazaniu przemian ludzkości. Kosmiczne wyprawy, zaawansowane technologie, a nawet komputer, Naddusza, były tylko pretekstem do pokazania powrotu marnotrawnych synów do domu. I właśnie tak należy traktować ten cykl – nie jako sagę science fiction, lecz jako studium psychologii pojedynczych jednostek, a także całych narodów, społeczeństw.

Ostatni tom cyklu powinien zamykać wątki, ale też je wyjaśniać. Tutaj Card mnie rozczarował i podejrzewam, że trochę oszukani poczują się i inni czytelnicy i fani serii. Zabrakło puenty, podsumowania i chociażby zakreślenia dalszych losów nowych mieszkańców Ziemi. Jedynie geneza Opiekunki ma jakiś sens, aczkolwiek jest on zbyt głęboki i nieuchwytny. Możemy się tylko domyślać, w jakim kierunku potoczą się losy ludzkości, a także aniołów i kopaczy. Autor uciskaniu tych ostatnich poświęcił wiele miejsca, ale zabrakło tu spojrzenia z szerszej perspektywy na wspólne życie tak różnych ras. 

Z początku lektura była dla mnie naprawdę trudna, ze względu na mnóstwo nowych bohaterów, których genezę imion autor objaśnił we wstępie książki. Ironicznie, wprowadził tym samym jeszcze więcej zamieszania, wzbudzając niechęć. Niestety, nie spotkamy tu nikogo znanego wcześniej, oprócz Shedemei, ale pojawiają się oni w legendach krążących wśród mieszkańców, a ich imiona służą do nazywania miejsc geograficznych. Mimo to, nie przyzwyczajałam się do nowych bohaterów długo. Card poświęca im wiele miejsca, rozbudowując ich i uzasadniając wszystkie przemiany w nich zachodzące. I tak mamy tu historię potomków króla, którzy zaprzyjaźniają się z Akmą, niegdyś sponiewieranym chłopcem. Głoszą oni nową religię, w której Opiekun jest tylko mrzonką, a kopacze to niegodne, okropne stworzenia, których miejsce jest daleko poza granicami państwa ludzi i aniołów. 

Fabuła w książce służy głównie do pokazania przemian w społeczeństwach na Ziemi, a także celów działań Opiekunki. Chociaż z zapartym tchem śledzimy powstającą nową religię, reakcje ludzi oraz posunięcia Nadduszy i Shedemei, brakuje tu zakończenia godnego całości serii. Owszem, wszystko rozpoczęte w tym tomie, także się w nim kończy, lecz jako ostatnia część cyklu, „Dzieci Ziemi” powinny także zamykać i wyjaśniać szersze aspekty, poruszane przez wszystkie księgi. Gdyby powstała kolejna książka należąca do „Powrotu do domu”, do tej nie miałabym żadnych zastrzeżeń – czytało się ją szybko, akcja płynie wartko, a przemiany społeczne przedstawione zostały ciekawie i wiarygodnie. Niestety, nie będzie już kolejnych części, dlatego po ukończonej lekturze zostaje ogromny niedosyt.

Za książkę dziękuję panu Marcinowi i wydawnictwu Prószyński i S-ka

piątek, 27 lipca 2012

#99 Zaginione wrota - recenzja

Tytuł: Zaginione wrota
Autor: Orson Scott Card
Seria: Magowie Mitheru (Tom 1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 448

Moja ocena: 8/10









Orson Scott Card to autor najbardziej znany ze swojej sagi o Enderze. Pisarz, który dobrze się czuje zarówno w czystej fantastyce naukowej (której przedstawicielem jest „Gra Endera”), jak i w połączeniach science fiction i fantasy (np. „Tropiciel”, seria „Powrót do domu”). „Zaginione wrota” należą do tej drugiej kategorii. Stanowią także początek zupełnie nowej serii „Magowie Mitheru”, przeznaczonej głównie dla młodzieży.

Zastanawiające, że kiedyś na świecie wierzono w tak wielu bogów – wszechmocnych i potężnych, ale i ludzkich. W pewnym momencie przestano opowiadać o nich historie, być może z powodu przejścia na wiarę monoteistyczną, lecz może po prostu… stracili oni swoje moce? Rodzina Northów jest jedną z wielu, których obdarzeni drobnymi talentami członkowie żyją w ukryciu przed światem ludzi. Niegdyś wszyscy oni byli potężni, lecz jeden z magów wrót, psotny Loki, zamknął dostęp do mitycznego Westilu, z którego czerpali siłę. Od tej pory rodziny przysięgły zabić każdego, kto wykazuje w sobie choćby odrobinę tego rodzaju czarów. I tak spotykamy Danny’ego, pierwszego od tysięcy lat maga wrót, który odkrywa przypadkiem swoje zdolności i musi nauczyć się z nimi radzić i przeżyć.

Podobnie jak w „Tropicielu”, głównym bohaterem powieści jest nastolatek, który okazuje się mieć w sobie ogromną moc i uczy się, jak jej używać. Chociaż schemat jest bardzo podobny, to książce nie można zarzucić wtórności. Autor wymyślił wszechświat równoległy do naszego, niemal jak ten autorstwa J.K. Rowling, podzielony na czarodziejów i mugoli. W tym wypadku są to magowie i „suszłaki” – tak pogardliwie nazywani są zwykli śmiertelnicy. Żyją zupełnie odrębnie, ale korzystają z dobrodziejstw współczesnej technologii, starając się jednakże ograniczyć jakikolwiek kontakt z ludźmi. Między sobą natomiast rywalizują, skupieni w wielkie rodziny. 

Całe zaplecze magii świata książki zostało przemyślane i opisane szczegółowo. W szczególności magia wrót jest intrygująca i wcale nie tak prosta jak się wydaje. Wiążą się z nią niebezpieczeństwa nie jedynie ze strony rodzin, ale i złodzieja wrót, który tylko czeka, aż brama między światami zostanie otwarta, aby pożreć moc maga. Danny jest pomysłowy w korzystaniu ze swoich zdolności, a w nauce otrzymuje niespodziewaną pomoc. Chociaż Card snuje opowieść podobnie leniwym tonem jak w serii „Powrót do domu”, kolejne strony mijają nam szybko, a przygody Danny’ego są emocjonujące.

Gdyby powieść zawierała tylko wyżej wymienione rzeczy byłaby ciekawa, ale nie porwałaby czytelnika. Dlatego świetnym chwytem jest wprowadzenie rozdziałów z perspektywy Kluchy, służącego na zamku. Pozornie zupełnie niepowiązane historie i postacie nadają akcji tempa, a nam zostaje tylko zastanawiać się, jaki jest cel pisarza. A ten jest może trochę przewidywalny, ale nie ujmuje mu to pomysłowości. 

Historia o dwóch światach – współczesnym i odpowiadającym średniowieczu, z dwoma głównymi bohaterami i mnóstwem pobocznych, którzy zupełnie nie zostali potraktowani po macoszemu, wciąga i wywołuje wiele emocji. „Zaginione wrota” stanowią zamkniętą całość, ale jako pierwszy tom serii mogą zostać rozwinięte na bardzo wiele sposobów. Podejrzewam, że Danny’ego bezpośrednio już nie spotkamy, ale świat wymyślony przez Orsona Scotta Carda jest niemal bezgraniczny i na pewno przysporzy nam jeszcze wiele wrażeń.

Za książkę dziękuję panu Marcinowi i wydawnictwu Prószyński i S-ka