Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2012

#127 Straż - recenzja

Tytuł: Straż
Autor: Marianne Curley
Seria: Strażnicy Veridianu (Tom 1)
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2011
Stron: 432

Moja ocena: 7/10









W zalewie marnej jakości publikacji z gatunku zwanego „paranormal romance” każda oryginalniejsza pozycja jest na miarę złota. W "Straży" nie znajdziemy elementów nadprzyrodzonych w postaci wampirów, czy wilkołaków, ale czy ta pozycja się czymś wyróżnia i zasługuje na naszą uwagę?

Straż to organizacja zajmująca się ochroną prawidłowego przebiegu historii przed ingerencją ze strony „tych złych”, czyli Zakonu Chaosu. Jeszcze za bycia małym chłopcem, dołączył do niej Ethan, którym wstrząsnęła tragiczna i przedziwna śmierć siostry. Od tamtej pory co jakiś czas przenosi się do przeszłości i próbuje powstrzymać wysłanników bogini Chaosu. Momentem przełomowym w jego życiu jest przydzielenie mu Ucznia w postaci Isabel, siostry jego dawnego przyjaciela. Wbrew pozorom, między tym dwojgiem nie rozkwita od razu bezbrzeżne uczucie – ona wprawdzie od zawsze czuła przyciąganie do najlepszego kolegi brata, lecz on nie jest zainteresowany. Wspólne szkolenie owocuje kolejnymi wyprawami w odmęty historii, które toczą się zupełnie nie po ich myśli…

Narracja książki biegnie dwutorowo – niemal naprzemiennie obserwujemy akcję z punktu widzenia to Ethana, to Isabel. Nie jest to często wykorzystywany zabieg, a w tym przypadku sprawdził się jak najbardziej, bo nabieramy perspektywy i mamy wgląd w „głowy” naszych bohaterów. A ich osobowości są całkiem interesujące. Chłopak czuje się całkiem osamotniony w domu, w którym rodzice wciąż cierpią po utracie córki. Isabel natomiast musi użerać się ze swoim nadopiekuńczym bratem, który chce zastąpić jej ojca. Ten, choć dawniej przyjaźnił się z Ethanem, odczuwa do niego niechęć. Poróżniła ich obecna dziewczyna Matta, Rachel, dla której również znalazło się miejsce w tej historii. To, że bohaterowie są nastolatkami, autorka przedstawiła bardzo wiarygodnie, nie skąpiąc im lekkomyślności, a mimo to, nie odczuwamy wrażenia, że są niedojrzali. Inne postacie nie wyróżniają się zanadto, oprócz może Arkariana, przełożonego naszych Strażników Czasu, o szafirowych włosach i fiołkowych oczach…

W „Straży” Marianne Curley podjęła temat podróży w czasie, który, choć ostatnio często wykorzystywany, wcale nie jest prosty. Łatwo tu o paradoksy i nielogiczności, jednak na razie, dzięki niedopowiedzeniom, udało jej się wybrnąć z zadania bezproblemowo. Pomysł darów, nadawanych strażnikom, wydaje mi się wprost genialny, bo daje ogromne pole do popisu – w końcu autorka może swoich bohaterów obdarzyć czym tylko chce. Oby tylko nie zmarnowała tej szansy w kolejnych tomach. Samo powstrzymywanie historii przed umyślną zmianą stanowi dodatkowy element edukacyjny, a pisarka umiejętnie posługuje się piórem i potrafi zachęcić do samodzielnego poznawania przedstawionych zalążków historycznych tematów.

W trakcie lektury nie sposób nie zauważyć wielu punktów wspólnych z inną powieścią, której premiera była mniej więcej w tym samym czasie. Mam tu na myśli „Czerwień rubinu” autorstwa Kerstin Gier. Podróże w czasie? Są. Historyczna intryga, która sięga współczesności? Jest. Para bohaterów, między którymi coś się święci? Jest. To wcale nie koniec podobieństw, jednak „Straż” ma nad przeciwniczką jedną bardzo wyraźną przewagę w postaci o wiele lepszego stylu pisania autorki, który nie jest infantylny do bólu, a także dość nowatorskiego rozwiązania romansu między dwójką głównych postaci. 

Krótko mówiąc, „Straż” to książka przeznaczona dla młodzieży płci pięknej – i ta grupa docelowa z pewnością się nie rozczaruje. Bo mamy tu wszystko, czego młode czytelniczki mogłyby zapragnąć: akcję, romans, intrygę i w miarę interesujących bohaterów. Do tego, podane w przystępnej formie i oblane pysznym lukrem w postaci, może zbytnio eksploatowanych ostatnio, podróży w czasie. Bardziej dojrzałym zabraknie tu głębi, a niektóre zagrywki autorki wydadzą się stereotypowe i na wskroś przewidywalne. Mimo to, warto sięgnąć po tę powieść, której wielki potencjał, miejmy nadzieję, rozwinie się w dwóch kolejnych tomach trylogii.

Za ksiązkę dziękuję wydawnictwu Jaguar

poniedziałek, 30 lipca 2012

#100 GONE: Zniknęli Faza piąta: Ciemność - recenzja

Tytuł: GONE: Zniknęli Faza piąta: Ciemność
Autor: Michael Grant
Seria: Gone: Zniknęli (Tom 5)
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Stron: 464

Moja ocena: 8/10









Michael Grant podbił serca wielu czytelników swoją serią „Gone. Zniknęli”. Piąta, przedostatnia część cyklu wreszcie przynosi wiele odpowiedzi, ale i stawia kolejne pytania, na których rozwiązanie będziemy musieli poczekać aż do 2013 roku. Ciekawi, co zmieniło się w Perdido Beach?

Trzy miesiące po wydarzeniach z poprzedniej części autor wrzuca nas w sam środek emocjonującej akcji. Coś złego zaczyna dziać się z kopułą, otaczającą elektrownię atomową i wszystko w promieniu 15 km od niej zaczyna przyoblekać się w nieprzejrzystą czerń, która może oznaczać tylko jedno – koniec spokoju. W zastraszającym tempie w ETAP-ie zaczyna brakować słońca, a wtedy dzieciaki stają się jeszcze bardziej bezbronne niż zazwyczaj. Z ciemności wyłaniają się potwory, a w szczególności jeden – nieśmiertelny Gaiaphage i jego wierny kompan, Drake. Czy Sam, Astrid, Quinn i pozostali zdołają odeprzeć zło, nadciągające niemal ze wszystkich stron? Będzie ciężko, gdyż do równania dołączyła nowa siła o nadludzkiej mocy i pozbawiona skrupułów.

W ciągu 65 godzin i 11 minut młodzi bohaterowie przeżyją kolejne wzloty i upadki, szczęścia i rozczarowania. O wiele więcej będzie tych drugich, gdyż ETAP to świat antyutopijny, w którym dobre rzeczy nie trwają długo, a wszystkie zasoby są ograniczone. Do tego nadchodząca ciemność zdaje się tkwić w myślach wszystkich i nie pozwala na chwilę wytchnienia. Jak zawsze obserwujemy postępy fabuły z perspektywy różnych osób – mutantów lub nie, a w tej części Grant na niektórych bohaterach skupia się po raz pierwszy. Dodatkowym i zarazem niesamowicie ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie rozdziałów z „zewnątrz”. Poczynania rodziców i tajemnice wojskowe czynią sam „efekt ETAPu” jeszcze ciekawszym i bardziej intrygującym, nadając fabule tempa i napięcia.

Michael Grant w każdej kolejnej części pokazuje nam jak nieskończone są pokłady jego wyobraźni. Piórem posługuje się znakomicie, bardzo dobrze przedstawiając zarówno młodzieńcze problemy, jak i takie, z którymi nigdy nie chcielibyśmy się zetknąć. Z łatwością sprawia, że czujemy się obrzydzeni, przerażeni i zaintrygowani, a ponad 450 stron mija w mgnieniu oka. W „BZRK” doceniłam pisarza za tę odwagę i bezpośredniość w wyrażaniu uczuć, myśli, natomiast w „Gone” do tej pory nie zwracałam na to uwagi. Dopiero teraz zauważyłam, że unika on przekleństw, a wcale nie boi się scen seksu, czy ogromnej brutalności.

Przez karty książki przenika ten typowy dla serii klimat niebezpieczeństwa, izolacji, niewiadomego. Ale także czuje się, że powoli zbliżamy się już do końca. Wiemy już, czego doświadczają i co widzą ludzie po drugiej stronie kopuły oraz jak próbują sobie z nią radzić. Zresztą, samych dzieciaków zostało już coraz mniej, a i ciągle ci sami przedstawiciele zła ostatecznie zaczęliby nas nudzić. Cieszmy się więc, że autor nie rozciąga serii w nieskończoność, a mnogość pytań, na które nie dostaliśmy jeszcze odpowiedzi dobrze wróży ostatniej książce z cyklu.

Czy warto było rozpoczynać kolejną, długą serię? Jak najbardziej, gdyż z tomu na tom było coraz bardziej emocjonująco. Pomysły Granta zaskoczą nawet malkontentów, bohaterowie są charyzmatyczni, fabuła ekscytująca, a jego styl pisania lekki i wciągający. „Gone: Zniknęli” warto jest mieć na półce, a wiernym fanom po emocjonującej „Ciemności” zostaje czekać na „Fazę szóstą: Światło”.

Książka została przekazana od serwisu Secretum za co serdecznie dziękuję.

sobota, 28 kwietnia 2012

#75 Książki, na które czekam w maju

Tytuł: Zaginione wrota
Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 448

Data wydania: 15 maja 2012

Dan North wychowuje się w wielkim starym domu zamieszkałym przez tuziny kuzynów, ciotek i wujków, nad którymi władzę sprawuje jego ojciec. Gniazdo rodzinne Northów znajduje się na odludziu w górach zachodniej Wirginii, daleko od miasta, daleko od szkół, daleko od innych ludzi. Mieści się w nim sekretna biblioteka, a w niej książki napisane w tajemniczym języku – od chłopca i jego kuzynów oczekuje się, by biegle go opanowali. Danny od małego dostrzega, że nie jest taki jak reszta jego rodziny. W czasie gdy kuzyni uczą się powoływać do życia leśne duszki, golemy, trolle, wilkołaki, i inne podobne cuda, Danny martwi się, że sam nigdy nie odkryje w sobie żadnego talentu… Rodzina Northów to klan magów przebywający na wygnaniu w naszym świecie. Żyją oni w stanie kruchego rozejmu z innymi klanami, do czasu gdy narodziny Dana rozniecają na nowo płomień wojny. Danny jest bowiem pierwszym od tysiąca lat magiem wrót, które bronią rodzinie Northów i jej wrogom dostępu do wspólnej ojczyzny, świata Westil. Niestety chłopiec nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw. A to może doprowadzić Northów do katastrofy…

Bardzo intryguje mnie ten tytuł. Brzmi trochę jak połączenie serii "Powrót do  domu" i "Tropiciela". Na pewno będzie to ciekawa lektura :)


Tytuł: Silentium Universi
Autor: Dariusz Domagalski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 360


Data wydania: 27 kwietnia 2012

Na tle ogromu Wszechświata jesteśmy tylko nieistotnym pyłkiem. Cała nasza historia, największe wynalazki, krwawe wojny, burzliwe rewolucje zamknięte w mikroskopijnej cząstce kosmosu. Oto planeta, którą przez tysiąclecia czyniliśmy sobie podległą. Rok 2055. Nadszedł czas by poszukać sobie nowego domu. Ziemia jest już kompletnie wyjałowionym globem. Przeklęty straszliwym proroctwem, skazany tajemniczym komunikatem łamiącym zasady przyczynowo-skutkowe, statek „Marek Aureliusz” mknie przez kosmiczną pustkę. Daleko za pas Kuipera i obłok Oorta. Ostatnia nadzieja ludzkości. Największy, najbardziej zuchwały krok. Być może w śmiertelną przepaść. W ciszy kosmosu pytania o prawa rządzące Wszechświatem, Boga, sens i cel istnienia brzmią głośno. Zbyt głośno. Ktoś może je usłyszeć. Ktoś kto zna odpowiedzi...

Wiem, że książka już wyszła, ale ja ją dorwę dopiero w maju. Bardzo chcę, w końcu s-f pełną gębą :)

Tytuł: Gone: Zniknęli. Faza piąta: ciemność
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Stron: ?

Data wydania: 30 maja 2012

Perdido Beach, Kalifornia. Zawieszenie broni. Pokój w ETAPie jest kruchy jak szkło.
Caine rządzi w swojej domenie żelazną ręką. Sam nie może zaznać spokoju. Ustanowili nowe prawa, przetrwali głód, plagę kłamstw, wreszcie zarazę… Ale teraz bariera staje się czarna. ETAP ogarnia nieprzenikniona ciemność.
Ale mrok nie jest jedynym zagrożeniem. Giną zwierzęta i ludzie. Nieznana dotąd moc wywraca ich ciała na drugą stronę.
Im głębsze cienie, tym bardziej Ciemność rośnie w siłę. Ze swego leża w głębi ziemi gaiaphage sięga po to, czego najbardziej pragnie. Po ludzkie ciało, w którym mogłoby się odrodzić.

Przedostatni tom młodzieżowej serii, która łączy horror ze sci-fi. Poprzednie części raz były lepsze, raz gorsze, ale powoli zbliżamy się już do końca, a napięcie rośnie :)


A wy czekacie na którąś z tych książek?

piątek, 3 czerwca 2011

#13 Gone. Zniknęli. Faza czwarta: Plaga - recenzja

Tytuł: Gone: Zniknęli. Faza czwarta: Plaga
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2011












Michael Grant to amerykański pisarz, który zasłynął serią Gone: Zniknęli. W zamierzeniu mająca siedem tomów, w Polsce niedawno została wydana czwarta część o podtytule „Plaga”. Perdido Beach to miasteczko w Californi, z którego pewnego dnia „wyparowali” dorośli – w obrębie 20 mil wokół elektrowni atomowej zostały jedynie dzieci do piętnastego roku życia. Pozostawione samym sobie, z początku czuły się jak w raju, do czasu, gdy rodzice nie wrócili, zaczęło brakować prądu, a co więcej także pożywienia. Niektórzy młodzi ludzie obdarzeni są ponadnaturalnymi mocami, które nie raz pomogły im pokonać trudności, czy to w postaci tajemniczego zła w kopalni, czy innych nieprzyjaźnie nastawionych „mutantów”.  Mimo że powieści są skierowane głównie do młodzieży, nawet starsi czytelnicy spędzą miłe chwile nad lekturą. Przygody Sama i spółki są wielce wciągające i bardziej skomplikowane niżby się to mogło wydawać. Czy w „Pladze” coś się zmienia? 

Zdawałoby się, że to już koniec, że gorzej już być nie może. Jednak tajemnicza i przerażająca plaga robali z jednej strony– szczególnie, że wydają się być odporne na nadprzyrodzone zdolności zarówno Lany jak i, co gorsza, Sama, którego moc zdolna palić mury, zawodzi w przypadku wygryzających się z ciała stworów - a z drugiej epidemia śmiertelnej grypy zaskoczyły dzieciaki. To właśnie opisy plagi są najbardziej szokujące w czwartej części Gone. Tym razem nie dzieci dzieciom, ale niepokonane, nieznane stworzenia, pasożytujące na swoim nosicielu i żywiące się nim, sprawiają najwięcej kłopotów i wywołują przerażenie. W okolicznościach niedostatku zarówno wody pitnej, jak i pożywienia, wszystko sprawia wrażenie zbliżania się ku nieuchronnej katastrofie. A ani Drake, ani Gaiaphage nie śpią… A nawet wręcz przeciwnie.

Momentami można zapomnieć, że ci wyrachowani biznesmeni, okrutni, nie znający litości i sprawnie posługujący się bronią mężczyźni to tak naprawdę jedynie dzieci. Autor pokazuje nam te ogromne przemiany, które musiały w nich nastąpić, ale jednocześnie wiemy, że jeszcze jest dla nich nadzieja, że nie wszystko stracone. W krytycznych momentach tracą charyzmę i pewność siebie, odzywa się w nich ich niewielkie doświadczenie życiowe i prawdziwy strach – nie tyle przed śmiercią, co przed ostateczną utratą możliwości zobaczenia swoich rodziców i prowadzenia kiedyś normalnego (o ile to w ogóle możliwe) życia. Poświęcenie jednych, okrucieństwo drugich to prawdziwe studium psychiki, rozłożone na czynniki pierwsze. Możemy podziwiać ich heroizm, bądź kręcić głową z niedowierzaniem nad ich postępowaniem. ETAP zmusił nastoletnie dzieci do stania się dorosłymi w jedną chwilę. Zabrał im dzieciństwo i radość życia, a zostawił ze strachem, głodem, pragnieniem, niepewnością, walką o przetrwanie. Przyśpieszony kurs dojrzewania musiał przejść każdy, kto przeżył tak długo. Niekiedy aż dziwnie było mi czytać o piętnasto-szesnastolatkach rozmawiających o seksie, jednak jest to zrozumiałe. Skoro musieli stać się dorosłymi, spadło to na nich ze wszystkimi tego dobrymi i złymi stronami. Nałogi alkoholowe, nikotynowe i seks zawarte w pakiecie. 

W tym tomie autor o wiele dokładniej opisuje nam teren pod kopułą. Aż dziwne, że tak wiele ciekawych lokacji się tam uchowało – zapewne potrzeba wypełnienia czymś tych siedmiu ksiąg nakazała autorowi oszczędnie obchodzić się z odleglejszymi terytoriami. Jednocześnie, opisy zdają się być dokładniejsze i brutalniejsze. Jest to chyba najbardziej krwawa część, co w niektórych na pewno wywoła obrzydzenie (nawet we mnie, mimo że zdawało mi się, że moja odporność na takie rzeczy jest całkiem wysoka). Styl pisania Granta nie budzi żadnych zastrzeżeń i, jak każdą część Gone, tą również czyta się zadziwiająco szybko. Akcja toczy się w zaskakującym tempie, zwroty fabularne i rozterki postaci potrafią zaciekawić i zadziwić.
 
Czy Sam ostatecznie pokona Drake'a? Kto zdoła powstrzymać plagę? W jaki sposób rozwiąże się problem braku wody? Czy marzenia o nowym, lepszym życiu w swoistym raju maja szanse się spełnić? Jakie tak naprawdę miejsce w tej historii przypada Małemu Pete'owi? Autor stawia te pytania, jednak na nie wszystkie udziela odpowiedzi. Pozostałe zostawia na następne tomy, które na pewno nas zaskoczą. „Plaga” wciąga i to szalenie. 400 stron po brzegi wypełnionych akcją, 72 godziny na odparcie śmiercionośnych robali i przywrócenie porządku… Sam, Dekka, Brianna i inni robią co mogą, żeby powstrzymać nieuniknione. Po tę książkę warto sięgnąć i szczerze ją polecam.

Recenzja ukazała się również w serwisie StrefaRPG.pl