Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 stycznia 2014

Rachel Cohn, "Beta" - recenzja

Autor: Rachel Cohn
Tytuł: Beta
Wydawnictwo: Czarna owca
Rok wydania: 2013
Strona: 320

Moja ocena: 5/10


„Beta" Rachel Cohn wpisuje się w nurt książek dla starszej młodzieży zahaczających o science-fiction, a jednocześnie wplatających w fabułę obowiązkowy wątek miłosny – czyli tak zwanego young adult. Tym razem elementem wziętym z fantastyki naukowej są klony. Wydawałoby się, że na ten temat już nic nowego napisać nie można i raczej do tego typu powieści ciężko mieć wysokie oczekiwania. Sięgając po nią szuka się raczej dobrej, niegłupiej rozrywki na jeden czy dwa wieczory.

Wyspa Dominium to dom najbogatszych rodzin, które mogą sobie pozwolić na wynajem ziemi. To także miejsce, w którym powietrze jest gęstsze, a ludzie wolą odpoczywać niż pracować. Z tego powodu jako służących używają... klonów. Są one unikalne dla wyspy, jednakże wzbudzają wielkie kontrowersje, a nawet aktywne sprzeciwy. Jedną z nich jest Elizja, nowszy model, w którym wszystko wydaje się być takie idealne. Z biegiem czasu okazuje się, że aż nadto...

Porównawszy powyższy opis fabuły z tym dystrybutora odkryjecie, że któryś z nich jest mylący. Ten z okładki sugeruje, że „Beta" to kolejne romansidło z klonami w tle. Tak naprawdę wątek miłosny rozpoczyna się dopiero w połowie książki. Autorka o wiele większą wagę przykłada do ukazania inności Elizji, jej początkowo beztroskiego życia, w które ostrożnie wplata poważniejsze elementy. Szkoda, że nie potrafiła wykorzystać potencjału swojego pomysłu do końca. Druga część powieści sprawia wrażenie, jakby pisarka została zmuszona, aby jednak spełnić zachcianki kobiecej części docelowej grupy odbiorców i umieścić w książce mdły romans bez polotu.

Chociaż pomysł na wykorzystanie klonów w powieści young adult Rachel Cohn miała dobry, ostatecznie książka w swojej wymowie jest naiwna. Sprowadza wszystko do zakochanych nastolatków, chociaż aż prosi się rozwinąć wątki bardziej poważne, które porusza, takie jak: uzależnienia, posłuszeństwo, wolność, czy chociażby moralność w stosunku do klonów. Stanowczo za mało tu także opisów świata poza Dominium. Wiemy tylko, że parę miast zostało zalanych, na Kontynencie budowane są nowoczesne metropolie, ale czy to w ogóle dzieje się na Ziemi? Nie dostajemy żadnych wskazówek.

Autorka opanowała sztukę pisania o niczym. Nie znaczy to, że powieści nie czyta się przyjemnie. Co to, to nie, ale nie jest to jednak lektura, którą zapamiętamy na dłużej. Rachel Cohn nie całkowicie spełniła pokładane w niej nadzieje. Ciężko stwierdzić, co zawodzi tutaj bardziej – część młodzieżowa, czy ta ambitniejsza, czerpiąca z dość ciężkiego gatunku jakim jest science-fiction. Damskiej części starszej młodzieży mimo wszystko powinno się spodobać, bo utrzymuje poziom konkurencyjnych tytułów. Otwarte zakończenie daje nadzieję, że wszystkie mankamenty zostaną choć trochę poprawione w przyszłości, na co na pewno będą liczyć ci, którzy oczekiwali po „Becie" czegoś więcej.

Książka została przekazana od serwisu Secretum za co serdecznie dziękuję.

środa, 4 grudnia 2013

Elizabeth L. Silver, "Przed egzekucją" - recenzja

Autor: Elizabeth L.Silver
Tytuł: Przed egzekucją
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Stron: 416

Moja ocena: 5/10












Ostatni raz kara śmierci została wykonana w Polsce w 1988 roku. Mimo wątpliwości natury moralnej czy etycznej, jakie budzi taki wyrok, poparcie dla niej w naszym kraju jeszcze parę lat temu wyniosło niemal 65 procent. Jednak co raz mniej krajów zasądza karę śmierci, a jeszcze mniej ją wykonuje (często dochodzi do ułaskawienia). Jednym z nich są Stany Zjednoczone, gdzie w 32 stanach egzekucje nadal są zasądzane. Elizabeth L. Silver przenosi nas do Pensylwanii, w której więzieniu na śmiertelny zastrzyk oczekuje Noa P. Singleton.

Noa została oskarżona o morderstwo Sarah, młodej kobiety w ciąży. Na swoim procesie nie broniła się, nie wypowiedziawszy nawet słowa. Skończyło się wyrokiem, o które walczyło oskarżenie – karą śmierci. Dziesięć lat później, pół roku przed „dniem X”, odwiedza ją matka ofiary, prawniczka Marlene Dixon, wraz z młodym adwokatem, Oliverem. Chcą oni walczyć o ułaskawienie dla Noa, gdyż kobieta zmieniła swoje nastawienie i uważa, że nikt nie zasługuje na tak ostrą karę. To jednocześnie szansa dla głównej bohaterki, ale także konieczność spojrzenia w przeszłość i przeżycia wydarzeń z tamtego okresu ponownie. Dzięki dwutorowej narracji (także z perspektywy listów Marlene pisanych do Sarah) możemy osądzić ją sami.

Elizabeth L. Silver starannie przygotowała się do stworzenia swojego debiutu. Wielokrotne wywiady i odwiedziny u ludzi skazanych na karę śmierci przyniosły efekty w postaci rzeczywistego obrazu skazanej oczekującej na egzekucję. Chociaż otoczona innymi kobietami, jest samotna, a odwiedziny Olivera, a nawet Marlene Dixon przynoszą jej nadzieję, ulgę i ukojenie, do którego nie byłaby skłonna się przyznać przed samą sobą. Podobną wnikliwość pisarki można zaobserwować przy ciekawostkach, które zręcznie wplata w opowieść – o autentycznych postaciach morderców, ostatnich słowach skazanych, czy o sposobie wyboru jury.

Jako prawniczka, autorka zna system sprawiedliwości i korzysta ze swojej wiedzy, przedstawiając nam arkana procesu głównej bohaterki. Choć momentami zachowanie Noa zdaje się nie mieć sensu albo być wręcz niemądre, żaden element fabuły nie był niezamierzony i wszystko staje się jasne w miarę zmierzania do końca powieści. Mimo to, Silver nie uchroniła się od błędów. Nad stylem musi jeszcze dużo popracować, ale jeszcze bardziej wyraźny jest chaos wątków i nierównomierne rozłożenie akcji. Raz zwalnia, gdy Noa rozmyśla w więzieniu, innym razem przybierając na prędkości. Szczególnie zaskakuje wysokie tempo zakończenia, odstające od reszty książki. Nie znaczy to, że czyta się ją źle, jednakże przeskoki fabuły, a zarazem zmiana szybkości wydarzeń nieco nuży i skłania do wyczekiwania na ciekawsze momenty.
„Przed egzekucją” to debiut amerykańskiej autorki, Elizabeth Silver, która zawarła w nim swoje prawnicze doświadczenia oraz fascynację karą śmierci. Pod warstwą intrygującej historii i elementów kryminalnych znajdujemy pytania o sens tego największego wyroku, a także o moralność ludzi, którzy podejmują o nim decyzję. Przygnębiający jest ostateczny wydźwięk powieści, w którym zdaje się, że tak naprawdę niewiele zależy od nas samych, a duży wpływ na los człowieka mają inni ludzie oraz zrządzenia losu. Książka nierówna i niezbyt optymistyczna, lecz skłaniająca do refleksji.

Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Winna?

niedziela, 1 grudnia 2013

Michael Cobley, "Ziarna Ziemi" - recenzja

Autor: Michael Cobley
Tytuł: Ziarna Ziemi
Seria: Ogień ludzkości (#1)
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 504

Moja ocena: 9/10

 









Wyobraźcie to sobie. Odbieramy sygnał z kosmosu, od pierwszego obcego gatunku, który poznajemy. A ten – chce nas zniszczyć. To typowy, znany schemat, powtarzający się w wielu książkach tego typu. Bez szans na wygranie wojny, tym razem jednak możemy dać sobie szansę na przetrwanie. Wysyłamy w odległe strony wszechświata trzy statki. Statki pełne ludzi różnych narodowości, mające stanowić nadzieję na przetrwanie ludzkości. Dokąd dolecą? Czy w ogóle dolecą? Czy będą mieli do czego wracać? Jeśli działoby się to w rzeczywistości, pewnie byśmy się nie dowiedzieli.

Na szczęście, to tylko książka. A w książce wszystko może się zdarzyć.

Ludzkości na ratunek rusza Federacja, czyli zjednoczenie różnych ras pod jedną banderą. Wspólnie pokonują wroga i oddychają z ulgą. Ale statki już odleciały, ziarna Ziemi rozniosły się po wszechświecie. Czy będzie z nich udany plon? 150 lat później od tych wydarzeń dowiadujemy się, że tak.
Pierwszy ze statków doleciał na planetę Darien, by w zgodzie i pokoju z pierwotnymi mieszkańcami zakładać miasta, prosperować i odkrywać tajemniczą historię rasy Uvovo. Gregori, Ziemianin, i Chel, tubylec, zajmują się badaniem zagadkowych ruin. Jednocześnie, genetycznie ulepszona kobieta-naukowiec, Catriona zwiedza bujne puszcze księżyca planety, Nieviesty, poznając tajemnice natury, zwanej Segraną. Z początku wszystko wydaje się być jak najbardziej racjonalne. Później mistycyzm i fantastyczność starożytnych miejsc czy wydarzeń sprawia, że wraz z bohaterami zaczynamy wierzyć w wyjątkowość tego świata.

Sielanka nie trwa długo, bo kolonię odkrywa nie kto inny jak sami wysłannicy Ziemi, teraz Ziemiosfery, będącej w przymierzu z Federacją, na której obszarze znajduje się glob. Tutaj do akcji wkraczają kolejni bohaterowie, zagrywki polityczne, a nawet ruchy oporu i bomby. Ambasadorzy innych ras zainteresowani są tylko przejęciem planety oraz jej starożytnymi ruinami, tymi samymi, które bada para głównych bohaterów. Atmosfera zagęszcza się z minuty na minutę, aż do akcji wkroczyć musi siła, która przez tyle wieków trwała w uśpieniu.

Przenikanie elementów fantasy do science-fiction to może nie nowość w gatunku, ale na pewno powiew świeżości. To także idealna okazja dla obawiających się zbyt ciężkostrawnej lektury na odważenie się i spróbowanie z czym to się je. Aspekty naukowe zostały nieco odsunięte na bok, ale to koszty wprowadzenia do fabuły, a niewykluczone, że więcej dowiemy się w kolejnych tomach trylogii. Na lekki styl, dzięki czemu kolejne strony przewraca się tak szybko, na pewno miała wpływ także tłumaczka, Agnieszka Hałas. Wbrew moim początkowym obawom dała sobie radę i sprawiła, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej.

Liczni bohaterowie dostają swoje krótkie rozdziały, przeplatające się ze sobą. Nie jest ich jednak tak wielu, by się pogubić, a dostajemy szeroki obraz na wydarzenia w książce. Wielowątkowość fabuły uzasadniona jest rozpięciem akcji na cztery tomy. Nie raz zostaniemy zaskoczeni rozwiązaniami, które stosuje autor – jednym z ciekawszych są narodowości załóg na arkach. Na Darienie wylądowali na przykład: Skandynawowie, Szkoci i Rosjanie. Innym interesującym pomysłem jest przedstawienie ambiwalentnego stosunku kolonistów do sztucznej inteligencji. Z jednej strony, mieszkańcy Dariena obawiają się jej i czują do niej niechęć po jej awarii, gdy po raz pierwszy lądowali na planecie. Z drugiej sami widzimy, że obywatele Ziemiosfery efektywnie z jej korzystają. Mimo wszystko, za każdym razem, gdy ambasador Ziemi rozmawia ze swoją SI, odczuwa się pewien niepokój.

„Ziarna Ziemi” to lektura nie tylko dla fanów fantastyki naukowej, ale i fantasy. Michael Cobley skupia się bardziej na aspektach socjologicznych niż naukowych, tworzy wiele wątków, obejmujących licznych bohaterów. Widać, że książka została pomyślana jako seria i z jednej strony to dobrze – przyjemny i porządnie napisany pierwszy tom daje nadzieję na emocjonującą podróż w kolejnych. Z drugiej, teraz trzeba na nią niestety poczekać przynajmniej do stycznia 2014 roku.

Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Na skraju wszechświata

poniedziałek, 21 października 2013

Arnaldur Indridason, "Głos" - recenzja [audiobook]

Autor: Arnaldur Idridason
Tytuł: Głos
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Data wydania: 28.08.2013
Lektor: Andrzej Ferenc
Czas trwania: 8 godz. 32 min.
Cena: 29,90 zł

Moja ocena: 6/10




Arnaldur Indridason to nie nowa postać na polskim rynku książkowym, a jednak w porównaniu do jego skandynawskich kolegów, jest chyba mniej znany. Wyróżnia się także tym, że jak rzadko w kryminałach, jego powieści dzieją się w Islandii, a wątki detektywistyczne przeplatane są z obyczajowymi. „Głos” jako pierwsze podejście do tego autora sprawdza się doskonale, szczególnie w oprawie dźwiękowej.

Chociaż w naszym kraju nie słychać o tym pisarzu wiele, jego powieści przetłumaczono na jedenaście języków. W Polsce zadebiutował w 2009 roku powieścią „W bagnie”, która stanowi trzeci tom cyklu o Erlendurze Sveinssonie. Nie dane nam było poznać początków tej jakże ciekawej postaci, ale może wydawnictwa nadrobią to niedopatrzenie. „Głos” to piąta część z kolei i jako taka spokojnie może być czytana osobno – brak tu bezpośrednich nawiązań, a podczas lektury nie ma się wrażenia, że coś nam umyka.

Forma śledztwa toczonego w książce może przypominać tę z twórczości Agathy Christie – mamy tu zamkniętą przestrzeń – hotel – i ograniczoną liczbę podejrzanych. Erlendur wraz ze swoimi partnerami, Siguldurem Olim i Elinborg, tropi mordercę odźwiernego, a zarazem niegdyś właściciela wspaniałego głosu solisty chłopięcego chóru. Wątków jest jednak więcej, mamy tutaj równoległe śledztwo dotyczące pobitego chłopca, a także obyczajowe perypetie głównego bohatera. Z tej perpspektywy „Głos” przypomina także serię o Fjallbace Camilli Lackberg.

Indridason prowadzi fabułę powoli, rozkoszując się opisami, słowami, wpadając niekiedy w liryczny ton. Nie każdemu się taki styl spodoba, a jednak warto samemu spróbować i przekonać się, że akcja nie zawsze musi pędzić na łeb, na szyję, robiąc zwroty co pięć stron. Na pewno na dobry odbiór książki ma wpływ intrygujące tło obyczajowe, które jest jednocześnie autentyczne i na tyle nieprawdopodobne, że chcemy o nim czytać. Historia Erlendura zarysowana w „Głosie” sama zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy.

Całość czytana przez Andrzeja Ferenca ma swój bardzo specyficzny klimat, nie tylko ze względu na malownicze opisy Islandii i jej mieszkańców (te imiona i nazwiska!), ale duży wpływ na to ma także głos lektora, który został odpowiednio dobrany. Biblioteka Akustyczna wydała porządną produkcję, dobrze zrealizowaną, bez dziur między nagraniami. Prawie 8,5 godziny słuchania to nie za krótko i nie za długo, a jeśli polubicie styl autora, nie będziecie żałować.

Słuchanie „Głosu” Indridasona to dobrze spędzony czas w pięknej Islandii, śledząc kryminalno-obyczajowe losy Erlendura, detektywa z intrygującą historią. Jego postać jest na tyle ciekawa, że chętnie wróciłabym do poprzednich tomów i sięgnęła po kolejne. W wersji dźwiękowej, oczywiście.

środa, 9 października 2013

Dan Brown, "Inferno" - recenzja premierowa

Autor: Dan Brown
Tytuł: Inferno
Seria: Robert Langdon (#4)
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 09.10.2013
Stron: 592

Moja ocena: 3/10








Lubię prozę Dana Browna. Traktuję ją jako lekturę na rozluźnienie, emocjonującą, choć nieco naiwną i naciąganą, ale przyjemną i idealną na jeden wieczór. Czytałam wszystkie dostępne do tej pory w Polsce książki Amerykanina, a tej mającej dziś premierę także nie potrafiłam się oprzeć. Pewnie zastanawiacie się, czy warto wydać 45 zł na swój twardo oprawiony egzemplarz, który zwiastuje potencjalnie fascynująco spędzony czas w „piekle” Dantego?

Otóż nie, nie warto. Ale zacznijmy może od początku.

piątek, 30 sierpnia 2013

Stanisław Lem, "Niezwyciężony" [audiobook] - recenzja + audiobooki za darmo!

Tytuł: Niezwyciężony
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Audioteka.pl
Rok wydania: 2013
Wystąpili: Krystyna Czubówna, Daniel Olbrychski, Marcin Kowalczyk, Wiesław Komasa i inni
Czas trwania: 421 minut (7 godz. 1 min.)
Cena: 49,90 zł

Moja ocena: 9/10





Wstyd się przyznać, ale utworów Stanisława Lema nie czytałam do tej pory wiele. Znam kultowe klasyki, uwielbiam "Powrót z gwiazd", ale do całkowitego zapoznania się z jego twórczością jeszcze dużo mi brakuje. Do celu odrobinę przybliżyła mnie produkcja portalu Audioteka.pl i HTC, "Niezwyciężony", która reprezentuje nurt tak zwanych słuchowisk, a dodatkowo wykorzystuje efekty 3D.

sobota, 10 sierpnia 2013

Peter Watts, "Behemot" - recenzja

Autor: Peter Watts
Tytuł: Behemot
Seria: Trylogia Ryfterów (#3)
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2013
Stron: 526

Moja ocena: 9/10
Ocena całej trylogii: 8/10 ("Wirowi" brakowało klimatu)







W dwóch pierwszych częściach trylogii o Ryfterach, Peter Watts zabrał nas w fascynującą podróż do miejsc równie nieznanych i obcych, co planety odległe o miliony lat świetlnych. A jednak, to na powierzchni naszej planety, znajdują się obszary, które mogą przynieść odpowiedzi na pytania o początkach życia, ale także mogą doprowadzić do naszego końca... Wizja kanadyjskiego pisarza jest jednak o tyle niepokojąca, że śmierć może nadejść po cichu i zanim się zorientujemy będzie za późno. To miła odmiana od tego, co ostatnio mogliśmy widzieć w kinie - film "Pacific Rim" także opowiada o śmierci nadchodzącej z dna Oceanu, ale w "nieco" mniej subtelnym stylu.

poniedziałek, 15 lipca 2013

[Filmowo] "Iluzja" ("Now you see me") - recenzja

„Iluzja” to film, który jako jedyny w ostatnim czasie skutecznie przyciągnął mnie do kina. Zombiaki i mega-roboty (transformersy all over again) to nie moja działka. I chociaż wiem, że „World War Z” i „Pacific Rim” ponoć nadają się do oglądania głównie na dużym ekranie, to nie żałuję przepuszczenia szansy na ich zobaczenie. Okazało się, że był to najlepszy możliwy wybór. Naprawdę, dawno tak dobrze nie bawiłam się w kinie!

The closer you look, the less you see

Daniel Atlas -  (Jesse Eisenberg, czyli pan Zuckerberg z „The Social Network”), Merrit McKinney (Woody Harrelson, gość kojarzący się bardziej z rolami jajcarzy), Henley Reeves (znana z komedii romantycznych Isla Fisher) oraz Jack Wilder (Dave Franco, „Wiecznie żywy”, „21 Jump Street”) to czwórka iluzjonistów, którzy zostają zwerbowani przez tajemniczego zleceniodawcę i razem, jako „Czwórka jeźdźców” oczarowują swoją publiczność. Już w pierwszym show okradają bank, a im dalej będzie tylko bardziej widowiskowo…



To jednak tylko połowa perspektywy, z której oglądamy „Iluzję”. Drugą jest widok ze strony FBI, które rzecz jasna zainteresowało się grupą magików, którym udało się okraść bank położony we Francji. Głównym detektywem jest Dylan Rhodes (Mark Ruffalo, aktor grający Hulka w „Avengersach”), a towarzyszy mu sympatyczna Francuzka, Alma Dray (Melanie Laurent). Na ekranie często pojawia się także Morgan Freeman w roli demaskatora iluzjonistów, Thaddeusa Bradleya oraz Michael Caine jako Arthur Tressler, który objął pieczę nad naszą czwórką. Tak doborowe towarzystwo aktorów z pewnością składa się na sukces filmu, ale nie tylko ono o nim stanowi.

Want to know how they did it?  Just say the magic word.

„Iluzja” to przede wszystkim uczta. Bardziej uczta dla oczu niż dla duszy, ale jednak w trakcie seansu czujemy się coraz bardziej „syci”. Wszystkie efekty specjalne sprawiają wrażenie niewymuszonych, a my z łatwością dajemy się oczarować. W końcu, „im bliżej się przyglądasz, tym mniej widzisz”. Także fabuła stoi na wysokim poziomie i można spokojnie porównywać ją do innych filmów o podobnej tematyce – „Prestiżu” czy „Iluzjionisty”. Może do tego pierwszego trochę jednak brakuje tej głębi i magii, ale dawno nie oglądałam produkcji o takich przyjemnych zwrotach akcji i bez podawania widzowi wszystkiego na tacy.


Przez pierwszą połowę seansu w kinie co chwila rozlegał się śmiech, co najważniejsze – niewymuszony. W ogóle aktorzy wysoko postawili sobie poprzeczkę i naprawdę podołali zadaniu. Nikt nie odstawał od reszty, a wyróżniała się szczególnie para detektywów, zachowujących się jak stare małżeństwo. Obserwowanie przemian w bohaterach było naprawdę przyjemne. Co ciekawe, chociaż w teorii czwórka Jeźdźców powinna być w centrum uwagi, częściej obserwowaliśmy ich działania z perspektywy FBI. Niewiele z samych sztuczek było nam poznać przed tym, jak się one działy. Zazwyczaj były wyjaśniane już po fakcie, wgniatając nas w fotel.

First rule of magic: always be the smartest person in the room.

Zakończenie, jak to bywa w filmach o magicznych sztuczkach, był zaskakujące, chociaż dało się przewidzieć jego pewne aspekty. Zostawia także wiele miejsca na spekulacje i domysły, a nawet na ewentualną drugą część… Chociaż wątpię, żeby reżyser, Luis Leterrier, się na nią zdecydował. Niektóre produkcje lepiej zostawić w spokoju. Leterrier to człowiek odpowiedzialny za takie tytuły jak „Starcie tytanów”, czy obie części „Transportera”. To jednak dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego nazwisko i mam nadzieję, że „Iluzja” będzie początkiem jego dobrej passy.



Warto wspomnieć także o oprawie dźwiękowej i efektach specjalnych, które dobrze ze sobą współgrały. Niektórym sztuczki zaprezentowane na ekranie mogą wydać się nieco przerysowane i zbyt bajkowe, za bardzo odbiegające od rzeczywistości. Także technologia, której używali Horsemeni byłaby bardziej odpowiednia dla filmów science-fiction. Nie do końca została także przesądzona kwestia mentalizmu, którą posługiwał się Merrit McKinney, a także czy hipnoza była prawdziwa.

Na „Iluzję” warto iść do kina. Ten film w domowym zaciszu nie straci wiele, ale wspaniale ogląda się go na dużym ekranie, mogąc rozłożyć się w fotelu i śmiać na kubełkiem popkornu. To próba powrotu do bardziej skomplikowanych fabuł niż te, które możemy oglądać od jakiegoś czasu, a także nawiązania do najlepszych filmów gatunku. I to trzeba przyznać, że próba udana. Doborowe aktorstwo, beczka humoru, mnóstwo akcji, a do tego niebanalna fabuła i piękne obrazy – oto przepis na świetny film, a takim jest „Iluzja”.

Zwiastun:


Gify tumblr

Reżyser: Louis Leterrier
Scenariusz: Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon
Muzyka: Brian Tyler
Data premiery: 28.06.2013 (Polska), 21.05.2013 (Świat)

Obsada: 
Jesse Eisenberg
Mark Ruffalo
Woode Harrelson
Isla Fisher
Dave Franco
Melanie Laurent
Morgan Freeman
Michael Caine

środa, 10 lipca 2013

Tam i z powrotem. Tom 2. Podróż - recenzja

Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Tam i z powrotem. Tom 2. Podróż
Seria: Tam i z powrotem. Podróż (#2)
Wydawnictwo: Paperback
Rok wydania: 2013
Stron: 348

Moja ocena: 7+/10









Całkiem niedawno recenzowałam pierwszym tom serii „Tam i z powrotem” Tomasza Duszyńskiego. Książka przemówiła do mnie połączeniem literatury młodzieżowej z licznymi nawiązaniami do popkultury. Z tego zestawu wyszła humorystyczna space-opera, w której zaczytają się zarówno młodsi, jak i starsi czytelnicy. Druga część to była jedynie formalność, a jednak – Duszyńskiemu udało się mnie zaskoczyć i zrobił to w bardzo dobrym stylu.

Maxa Barskiego zostawiliśmy w sytuacji dość dramatycznej. Właśnie stracił jednego z najlepszych poznanych w kosmosie przyjaciół. Co gorsza, do opanowania kosmosu przez Drakka zostało bardzo mało czasu. Jednakże dzięki dwulicowej naturze łowcy, Yehra Magra i pomocy starych znajomych, Drakka zostają unicestwieni. Zdawałoby się, że po uratowaniu Wszechświata i wkroczeniu tzw. trzeciej siły, która ma pilnować pokoju, to już koniec. Barski pożegnawszy się z przyjaciółmi wreszcie leci na Ziemię, do upragnionego domu, do rodziców. Jednakże coś tam nie gra...

Na stu pierwszych stronach akcja pędzi i osiągnąwszy punkt kulminacyjny rodzi w czytelniku pytanie – co będzie na kolejnych dwustu? Duszyński ma niejednego asa w rękawie, dostarczając nam nowych ciekawych bohaterów i pokłady emocjonującej rozrywki. Okazuje się, że jest to powieść głębsza i poważniejsza niż by się to mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Autor mógłby spokojnie rozwlec ją, a nawet zawrzeć całość w jednym tomie, ale miał na tę historię o wiele większe plany.

Do znanych nam ras i starych bohaterów dołączają nowi, którzy bardzo szybko zaskarbiają sobie sympatię czytelnika. W obliczu kolejnego wroga, którym są tak zwani Energetycy, Max wraz z przyjaciółmi znowu musi stawić im czoła. Teraz zagrożona jest cała Federacja, a nawet Ziemia. Tym razem czuć, jak powaga tematu przebija przez karty książki. Przez większą jej część brak tych charakterystycznych nawiązań do popkultury. Ich ucieleśnieniem jest Planeta Obłędu, ale służy ona bardziej pokazaniu powagi sytuacji i zmiany perspektywy, niż rozbawieniu.

Także i ten tom czyta się błyskawicznie i z przyjemnością. Chociaż rozdźwięk między oboma częściami jest dość znaczący, bezsprzecznie stanowią one jedną całość. Do bohaterów ciężko się nie przywiązać, a częste zwroty akcji zapewniają świetną rozrywkę. Stylowi Duszyńskiego nie można nic zarzucić. Bardzo dobrze wywiązał się z zadania, pisząc porządną space-operę, w której może nie odkrywa „kosmosu”, ale opisuje swój świat bardzo spójnie i poprawnie. To, co na początku, głównie patrząc na okładkę, wydawało się infantylną i wtórną serią, okazało się mieć drugie i trzecie dno, mnóstwo humoru i wartościowych, edukacyjnych elementów.

„Tam i z powrotem. Podróż” zabierze Was w podróż tam (w kosmos) i z powrotem (na Ziemię). I wierzcie mi, tak jak Max Barski, nie będziecie wcale chcieli wracać!

Mój osobisty akcent na okładce :)

czwartek, 4 lipca 2013

#177 Nakręcana dziewczyna - recenzja

Tytuł: Nakręcana dziewczyna
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 560

Moja ocena: 7/10










Paolo Bacigalupi dał się poznać w serii „Uczta wyobraźni”, w której najpierw została wydana powieść. To sztandarowa pozycja z gatunku fantastyki ekologicznej, która nie wszystkim przypadnie do gustu.

W niedalekiej przyszłości, w Królestwie Tajlandii zmagają się ze sobą dwa główne ministerstwa – Handlu i Środowiska. Oba mają różne cele, ale równie brutalne środki. Określa je także kolor koszul, odpowiednio – czarne i białe, a ich widok, szczególnie tych drugich, wprowadza przerażenie wśród społeczeństwa. W tak trudnej sytuacji państwa zmuszony jest działać Anderson Lake, przedstawiciel zagranicznych inwestorów, zarządzający fabryką produkującą sprężyny. W czasach, w których światem rządzą firmy kaloryczne, Królestwem miotają intrygi polityczne, a interes jednostki jest ważniejszy od interesu społeczeństwa, Anderson potajemnie próbuje wykraść informacje tajlandzkiego banku genów.

Historię obserwujemy także z drugiego punktu widzenia, kapitana „białych koszul”, Jaidee’ego. Jest to jedyna postać, co do której motywacji nie ma wątpliwości. Jako pracownik Ministerstwa Środowiska, jego głównym celem jest ochrona państwa, a przy tym nadzór nad nielegalnym importem, co z kolei jest nie na rękę Ministerstwu Handlu. Osią książki jest rywalizacja między tymi dwoma praktycznie niezależnymi jednostkami. Interesy „farangów”, czyli zagranicznych przedsiębiorców, również mają duży wpływ na fabułę. W międzyczasie przez karty książki przewijają się także chińscy imigranci, tzw. „żółte karty”, w postaci Hock Senga, którego interesuje tylko własny los.

Świat przedstawiony „Nakręcanej dziewczyny” jest ciekawie zarysowany i bardzo spójny. Chociaż obszar, który poznajemy jest dość niewielki (nie wiemy dokładnie co stało się z resztą planety, poza wybranymi obszarami, dostajemy jedynie pewne wskazówki). Autor skupił się na opisywaniu realiów Królestwa Tajlandii, jej mieszkańców, chińskich nielegalnych imigrantów lub tzw. "farangów”. Wszyscy oni widzą w tym kraju szansę dla siebie, czy to na nowe życie, czy choćby na jego godny koniec. Bangkok to miasto usilnie opierające się napierającej ze wszech stron sile wody, pokonujące wszelkie przeciwności. Dzięki bogatym zbiorom genów nigdy nie brakuje żywności, która nie jest tak trująca jak poza jego granicami. Dlatego przyciąga do siebie ludzi, dla których nie ma innego miejsca w świecie.

Na tym tle kontrastowo wybija się na pierwszy plan tytułowa Emiko, potocznie zwana "nakręcanką". Jest ona wynikiem japońskich eksperymentów genetycznych, jedną z tzw."Nowych Ludzi". W przeciwieństwie do wizji innych autorów, Bacigalupi nie wynosi tej nowej, sztucznej rasy na piedestał, a wręcz sprowadza na margines, jako gorszych, wyklętych przez społeczność, a w Tajlandii wręcz zakazanych. Nie są oni też idealni - w zależności od modelu, obdarzono ich małą odpornością na wszechobecny żar lejący się z nieba, a każdy nieostrożny ruch może zdradzić ich prawdziwe pochodzenie. Emiko jest więc towarem deficytowym, który bogacze kupują i wykorzystują jej naturalną wolę poddańczą. Jej życie jednak zmienia się, gdy napotyka na swojej drodze Andersona. Dla dziewczyny to Bangkok jest więzieniem, a nadzieją są odległe, wręcz mityczne wioski "nakręcańców".

Tak jak w „Złomiarzu” mamy tu do czynienia z wizją genialną, a jednocześnie bardzo niepokojącą, bo aż tak realistyczną. Bez problemu można sobie wyobrazić taki obrót spraw. Zamiast łudząco humanoidalnych androidów dostajemy umyślnie wyróżniającą się nową formę śmiertelników. Ludzkość przegrywa z żywiołami, które sama na siebie sprowadziła zmianami w klimacie Ziemi. Zmagania z epidemiami, przeludnieniem, nielegalną imigracją – to wszystko składa się na jedną z wypadkowych kierunków, w których idziemy. Może nie za 20 lat, ale za 70-100 – wyobrażenie Bacigalupiego może okazać się prawdziwe.

„Nakręcana dziewczyna” to powieść bez kompromisów, idealna dla dojrzałego odbiorcy. Mniej oczytanym i preferującym mniej skomplikowane fabuły wyda się zbyt złożona, wręcz ciężka w lekturze. Ta książka to fantastyka ekologiczna, czy też biopunk w najtwardszym wydaniu. Nie bez przyczyny jej pierwsza edycja w Polsce ukazała się w serii „Uczta wyobraźni” – najbardziej wymagającej, a zarazem najbardziej zaspokajającej czytelnicze fantastyczne gusta.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Fantastyka ekologiczna dla wymagających

piątek, 10 maja 2013

#171 Przenajświętsza Rzeczpospolita [audiobook] - recenzja

Tytuł: Przenajświętsza Rzeczpospolita
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Rok wydania: 2013
Rok wydania książki: 2006
Lektor: Michał Piela
Czas trwania: 12 godz. 42 min

Moja ocena: 8/10







Chyba mało kto powie, że widzi dla naszego kraju świetlaną przyszłość. Ciężko być optymistą, gdy tak wiele jest do zmiany, a tak mało się robi. Już w 2006 roku Jacek Piekara w przerwie od typowej fantastyki, wypuścił wodze wyobraźni – próbując określić Polskę taką jaką będzie za trzydzieści lat. Dzięki Bibliotece Akustycznej otrzymujemy wersję audio książki, która nie jednej osobie wzburzy krew, ale i zmusi do namysłu.

Rzuceni jesteśmy w sam środek akcji, do wnętrza Przenajświętszej Rzeczpospolitej – bo już nie Polski – obserwując pozornie niezwiązane ze sobą historie kilku bohaterów: Amalryka Dymały, urzędnika państwowo-kościelnego; posła Lepkiego, z problemami z przyrodzeniem; pisarza Konrada Piotra, wręcz wieszcza narodowego, który pod koniec faktycznie zasłużył na to nadane mu nieco na wyrost miano; poety Atlasa Symbola oraz paru pomniejszych postaci o równie ciekawych imionach i nazwiskach. Piekara pokazuje nam niemal wszystkie aspekty państwa – od urzędników świeckich, przez kościelnych, po ludzi „zbędnych”. Poznajemy co najmniej trzy światy – ten należący do bogaczy, pośredni, oraz najpopularniejszy, w którym życie traci sens.

W państwie kościelnym, jakim kraj się stał, żelazną ręką żądzą biskupi i księża, rozliczając ludzi z uczęszczania na msze. Ważna jest opinia proboszcza, sąsiadów, a może od niej zależeć wszystko. Przeciwstawieni ze sobą są ludzie ściśnięci w malutkich mieszkaniach, jak i ci żyjący w pojedynkę w apartamentach. Szczęście, bogactwo, stan posiadania – wszystko to jest jednak względne i w jednej chwili ktoś, kto był na górze może znaleźć się na dnie. W tym wypadku, dnem jest Śląsk, zamieniony w obóz „resocjalizacyjny”, z którego nie ma powrotu. 

Taki upadek spotyka Atlasa Symbola, poetę, który został uznany za niepotrzebnego społeczeństwu. Spotyka go jednak jeszcze wiele innych sytuacji, które można spokojnie określić jako „fantastyczne”. Chociaż cała powieść nosi znamiona satyry, gorzkiego wyobrażenia przyszłości, to pojawiają się tutaj elementy, w których Piekara czuje się jednak najlepiej. Delikatne, subtelne, oddziałujące na wyobraźnię opisy, które przerażają w swojej realności. Między słowami, w tle wydarzeń czasem zdarzy się coś, co poruszy naszą podświadomość i dopiero po chwili pojmiemy diabelski kunszt autora. I to dosłownie… Bezpośrednie nawiązania pojawią się również, ale i wtedy mają fabularne uzasadnienie i nie wybijają czytelnika z rytmu.

„Przenajświętsza Rzeczpospolita” to głównie jej bohaterowie – Polacy. Niektórzy pełną gębą, inni dopiero do tego dojrzewają. Pozornie ze sobą nie powiązani, lecz ich losy splatają się i przeplatają niejednokrotnie. Każdy ma swój mocny charakter, swój „styl”. Choć bywają tak niecni, podli, w głębi jednak łączy ich polskość do szpiku kości. Najbardziej zauważalny jest wybór autora  płci dla jego postaci – kobiety przewijają się rzadko w formie innej niż kochanki czy dziwki. Na podstawie powieści można by określić trzy główne cechy Polaka – nieokiełznana chuć, nieodparta chęć do alkoholu oraz pęd do władzy i bogactwa. W obliczu zła potrafią jednak odrzucić swe własne przekonania i oprzeć mu się.

Już od pierwszych stron Piekara nie pozostawia żadnych złudzeń co do dosadności języka, szczególnie w kwestiach seksu, ale także przekleństw i brutalnych opisów. Na pewno więc nie jest to lektura dla czytelników młodszych czy bardziej wrażliwych. Będzie to także ciężka przeprawa dla ludzi o własnych, określonych poglądach, skrajnie różnych od poglądów autora. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba tę powieść przeczytać… Lub przesłuchać – do czego okazję mamy dzięki wydawnictwu Biblioteka Akustyczna. Interpretacja Michała Pieli jest jednocześnie zabawna i bardzo miło się jej słucha. Lektora oceniam na ogromny plus i zyskuje on miejsce na moim osobistym podium, zaraz za Rochem Siemianowskim.

Dziwna to książka. Tak brutalna, wulgarna i dosadna, ale jednak niemiłosiernie wciąga, pozostawiwszy na końcu czytelnika z ogromną satysfakcją z lektury, poczuciem misji i przypływem ciepłych uczuć dla kraju. Nie wszystkie linie fabularne zostały definitywnie zakończone i ciekawi mnie, jak potoczyłyby się losy bohaterów Piekary, gdyby kontynuował tę historię. Jedno jest jednak pewne – na końcu „Przenajświętszej Rzeczpospolitej” pojawia się światełko nadziei – dla Polski, ale i niektórych z głównych bohaterów.

Za możliwość przesłuchania audiobooka dziękuję wydawnictwu

niedziela, 28 kwietnia 2013

#170 Złomiarz - recenzja

Tytuł: Złomiarz
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2013
Stron: 360

Moja ocena: 6/10










Fantastyka to nie tylko magia, smoki, czy demony. To także niepokojące wizje świata, który mógłby w teorii stać się naszym własnym. A amerykański autor, Paolo Bacigalupi, specjalizuje się właśnie w kreowaniu tychże wyobrażeń Ziemi z przyszłości, która ulega gwałtownym i przerażającym przemianom klimatycznym, dzięki działalności człowieka. Tym razem większość lądu znajduje się pod wodą, a ludzie zmuszeni są na ucieczkę w głąb kontynentu, na daleką i zimną północ.

Nie wszystkich jednak stać na taką wyprawę. Ci, którzy pozostali pracują na nowe życie bogaczy, zwanych „lalusiami”, w warunkach, których nie życzylibyśmy największemu wrogowi. Nailer jest jednym ze Złomiarzy, pomieszkujących plażę nad Zatoką Meksykańską. Zbierają oni miedź z wraków statków, którą następnie skupują wielkie korporacje. Bardzo ceniona jest także ropa zalegająca jeszcze w trudno dostępnych zbiornikach. Nasz główny bohater należy do tzw. „lekkiej ekipy”, składającej się z małych, zwinnych osobników, którzy wcisną się w każdy otwór, aby wyrobić swoją dzienną normę. W takim zespole bardzo łatwo o wiernych i lojalnych przyjaciół, ale są i tacy, którzy tylko czekają, aż komuś podwinie się noga.

Życie Nailera zmienia się po bardzo gwałtownym sztormie, zwanym „niszczycielem miast”. Odkrywa on opuszczony nowoczesny jacht wraz z ledwo żywą pasażerką. Od tej pory będzie musiał podjąć wiele trudnych i potencjalnie śmiertelnych decyzji. Uciekając przed wrogami ojca odnalezionej „Szczęściary” – Nity, a jednocześnie przed swoim nieprzewidywalnym rodzicielem, trafia do Metropolii Missisipi (Orleanu III) – wersji Nowego Orleanu położonej bardziej w głąb lądu. Czy uda im się uciec przed pogonią?

Świat przedstawiony w „Złomiarzu” to wizja genialna, chociaż rozwinięta w bardzo małym stopniu. Bacigalupi zostawia czytelnika z ogromnym niedosytem informacji o zatopionych miastach, gospodarce, ekonomii, czy polityce. Nie wiemy jak wyglądają kontynenty, które kraje przetrwały problemy ekologiczne, ani z czego wynikały te ostatnie. Wszystkiego możemy się jedynie domyślać. Wraz z Nailerem obserwujemy i poznajemy jedynie mały wycinek świata, który aż prosi się o rozwinięcie na więcej niż 300 stronach.

Bohaterowie z kolei to jeden z największych atutów powieści „Złomiarz”. Każdy ma swoje motywacje, charakter, a otoczenie, w którym żyją, określa ich jednoznacznie na całe życie. Nie da się ich łatwo określić etykietką „dobry” lub „zły”. Choć wybór Nailera, czy pomóc Nicie, był oczywisty, to pociągnął za sobą wiele pytań i niepewności. Największym czarnym charakterem bez wątpienia jest ojciec chłopaka, który bez wahania zabiłby syna, gdyby miał okazję. Nieprzewidywalny, niebezpieczny, wzbudza w czytelniku prawdziwy strach. Odcieniem szarości jest Młot, reprezentujący nową rasę przyszłości – półludzi. Stanowi on genetyczną mieszankę psa, tygrysa, hieny i człowieka. W przeciwieństwie do swych pobratymców, nie służy on jednemu człowiekowi, samemu będąc panem swego losu.

Bacigalupi nie oszczędza swoich postaci, rzucając je w wir wydarzeń, w okrutne okoliczności, ale jednocześnie daruje czytelnikowi brutalnych, czy krwawych opisów. Przygody Nailera i jego kompanów czyta się bardzo szybko i emocjonująco, lecz w pewnym momencie historia staje się przewidywalna. Dostajemy happy-end, który na tle świata książki wydaje się być zupełnie nie na miejscu.

„Złomiarz” to przedstawiciel nurtu fantastyki ekologicznej. Amerykański pisarz zabrał nas na Ziemię w bliskiej przyszłości, po katastrofie klimatycznej. Przy genialnych bohaterach dostajemy tu także niezbyt porywającą fabułę, rozczarowujące zakończenie oraz bardzo intrygujący świat przedstawiony, który nie zostaje opisany tak obszernie, jakbyśmy chcieli. Książka jest skierowana głównie do młodzieży i ta grupa powinna być zadowolona. Dorośli czytelnicy, niestety, zawiodą się, a lektura zostawi w nich ogromny niedosyt.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Świat po katastrofie ekologicznej