Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2013

Michael Cobley, "Ziarna Ziemi" - recenzja

Autor: Michael Cobley
Tytuł: Ziarna Ziemi
Seria: Ogień ludzkości (#1)
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 504

Moja ocena: 9/10

 









Wyobraźcie to sobie. Odbieramy sygnał z kosmosu, od pierwszego obcego gatunku, który poznajemy. A ten – chce nas zniszczyć. To typowy, znany schemat, powtarzający się w wielu książkach tego typu. Bez szans na wygranie wojny, tym razem jednak możemy dać sobie szansę na przetrwanie. Wysyłamy w odległe strony wszechświata trzy statki. Statki pełne ludzi różnych narodowości, mające stanowić nadzieję na przetrwanie ludzkości. Dokąd dolecą? Czy w ogóle dolecą? Czy będą mieli do czego wracać? Jeśli działoby się to w rzeczywistości, pewnie byśmy się nie dowiedzieli.

Na szczęście, to tylko książka. A w książce wszystko może się zdarzyć.

Ludzkości na ratunek rusza Federacja, czyli zjednoczenie różnych ras pod jedną banderą. Wspólnie pokonują wroga i oddychają z ulgą. Ale statki już odleciały, ziarna Ziemi rozniosły się po wszechświecie. Czy będzie z nich udany plon? 150 lat później od tych wydarzeń dowiadujemy się, że tak.
Pierwszy ze statków doleciał na planetę Darien, by w zgodzie i pokoju z pierwotnymi mieszkańcami zakładać miasta, prosperować i odkrywać tajemniczą historię rasy Uvovo. Gregori, Ziemianin, i Chel, tubylec, zajmują się badaniem zagadkowych ruin. Jednocześnie, genetycznie ulepszona kobieta-naukowiec, Catriona zwiedza bujne puszcze księżyca planety, Nieviesty, poznając tajemnice natury, zwanej Segraną. Z początku wszystko wydaje się być jak najbardziej racjonalne. Później mistycyzm i fantastyczność starożytnych miejsc czy wydarzeń sprawia, że wraz z bohaterami zaczynamy wierzyć w wyjątkowość tego świata.

Sielanka nie trwa długo, bo kolonię odkrywa nie kto inny jak sami wysłannicy Ziemi, teraz Ziemiosfery, będącej w przymierzu z Federacją, na której obszarze znajduje się glob. Tutaj do akcji wkraczają kolejni bohaterowie, zagrywki polityczne, a nawet ruchy oporu i bomby. Ambasadorzy innych ras zainteresowani są tylko przejęciem planety oraz jej starożytnymi ruinami, tymi samymi, które bada para głównych bohaterów. Atmosfera zagęszcza się z minuty na minutę, aż do akcji wkroczyć musi siła, która przez tyle wieków trwała w uśpieniu.

Przenikanie elementów fantasy do science-fiction to może nie nowość w gatunku, ale na pewno powiew świeżości. To także idealna okazja dla obawiających się zbyt ciężkostrawnej lektury na odważenie się i spróbowanie z czym to się je. Aspekty naukowe zostały nieco odsunięte na bok, ale to koszty wprowadzenia do fabuły, a niewykluczone, że więcej dowiemy się w kolejnych tomach trylogii. Na lekki styl, dzięki czemu kolejne strony przewraca się tak szybko, na pewno miała wpływ także tłumaczka, Agnieszka Hałas. Wbrew moim początkowym obawom dała sobie radę i sprawiła, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej.

Liczni bohaterowie dostają swoje krótkie rozdziały, przeplatające się ze sobą. Nie jest ich jednak tak wielu, by się pogubić, a dostajemy szeroki obraz na wydarzenia w książce. Wielowątkowość fabuły uzasadniona jest rozpięciem akcji na cztery tomy. Nie raz zostaniemy zaskoczeni rozwiązaniami, które stosuje autor – jednym z ciekawszych są narodowości załóg na arkach. Na Darienie wylądowali na przykład: Skandynawowie, Szkoci i Rosjanie. Innym interesującym pomysłem jest przedstawienie ambiwalentnego stosunku kolonistów do sztucznej inteligencji. Z jednej strony, mieszkańcy Dariena obawiają się jej i czują do niej niechęć po jej awarii, gdy po raz pierwszy lądowali na planecie. Z drugiej sami widzimy, że obywatele Ziemiosfery efektywnie z jej korzystają. Mimo wszystko, za każdym razem, gdy ambasador Ziemi rozmawia ze swoją SI, odczuwa się pewien niepokój.

„Ziarna Ziemi” to lektura nie tylko dla fanów fantastyki naukowej, ale i fantasy. Michael Cobley skupia się bardziej na aspektach socjologicznych niż naukowych, tworzy wiele wątków, obejmujących licznych bohaterów. Widać, że książka została pomyślana jako seria i z jednej strony to dobrze – przyjemny i porządnie napisany pierwszy tom daje nadzieję na emocjonującą podróż w kolejnych. Z drugiej, teraz trzeba na nią niestety poczekać przynajmniej do stycznia 2014 roku.

Recenzja ukazała się najpierw na portalu dlalejdis.pl: Na skraju wszechświata

czwartek, 4 lipca 2013

#177 Nakręcana dziewczyna - recenzja

Tytuł: Nakręcana dziewczyna
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Stron: 560

Moja ocena: 7/10










Paolo Bacigalupi dał się poznać w serii „Uczta wyobraźni”, w której najpierw została wydana powieść. To sztandarowa pozycja z gatunku fantastyki ekologicznej, która nie wszystkim przypadnie do gustu.

W niedalekiej przyszłości, w Królestwie Tajlandii zmagają się ze sobą dwa główne ministerstwa – Handlu i Środowiska. Oba mają różne cele, ale równie brutalne środki. Określa je także kolor koszul, odpowiednio – czarne i białe, a ich widok, szczególnie tych drugich, wprowadza przerażenie wśród społeczeństwa. W tak trudnej sytuacji państwa zmuszony jest działać Anderson Lake, przedstawiciel zagranicznych inwestorów, zarządzający fabryką produkującą sprężyny. W czasach, w których światem rządzą firmy kaloryczne, Królestwem miotają intrygi polityczne, a interes jednostki jest ważniejszy od interesu społeczeństwa, Anderson potajemnie próbuje wykraść informacje tajlandzkiego banku genów.

Historię obserwujemy także z drugiego punktu widzenia, kapitana „białych koszul”, Jaidee’ego. Jest to jedyna postać, co do której motywacji nie ma wątpliwości. Jako pracownik Ministerstwa Środowiska, jego głównym celem jest ochrona państwa, a przy tym nadzór nad nielegalnym importem, co z kolei jest nie na rękę Ministerstwu Handlu. Osią książki jest rywalizacja między tymi dwoma praktycznie niezależnymi jednostkami. Interesy „farangów”, czyli zagranicznych przedsiębiorców, również mają duży wpływ na fabułę. W międzyczasie przez karty książki przewijają się także chińscy imigranci, tzw. „żółte karty”, w postaci Hock Senga, którego interesuje tylko własny los.

Świat przedstawiony „Nakręcanej dziewczyny” jest ciekawie zarysowany i bardzo spójny. Chociaż obszar, który poznajemy jest dość niewielki (nie wiemy dokładnie co stało się z resztą planety, poza wybranymi obszarami, dostajemy jedynie pewne wskazówki). Autor skupił się na opisywaniu realiów Królestwa Tajlandii, jej mieszkańców, chińskich nielegalnych imigrantów lub tzw. "farangów”. Wszyscy oni widzą w tym kraju szansę dla siebie, czy to na nowe życie, czy choćby na jego godny koniec. Bangkok to miasto usilnie opierające się napierającej ze wszech stron sile wody, pokonujące wszelkie przeciwności. Dzięki bogatym zbiorom genów nigdy nie brakuje żywności, która nie jest tak trująca jak poza jego granicami. Dlatego przyciąga do siebie ludzi, dla których nie ma innego miejsca w świecie.

Na tym tle kontrastowo wybija się na pierwszy plan tytułowa Emiko, potocznie zwana "nakręcanką". Jest ona wynikiem japońskich eksperymentów genetycznych, jedną z tzw."Nowych Ludzi". W przeciwieństwie do wizji innych autorów, Bacigalupi nie wynosi tej nowej, sztucznej rasy na piedestał, a wręcz sprowadza na margines, jako gorszych, wyklętych przez społeczność, a w Tajlandii wręcz zakazanych. Nie są oni też idealni - w zależności od modelu, obdarzono ich małą odpornością na wszechobecny żar lejący się z nieba, a każdy nieostrożny ruch może zdradzić ich prawdziwe pochodzenie. Emiko jest więc towarem deficytowym, który bogacze kupują i wykorzystują jej naturalną wolę poddańczą. Jej życie jednak zmienia się, gdy napotyka na swojej drodze Andersona. Dla dziewczyny to Bangkok jest więzieniem, a nadzieją są odległe, wręcz mityczne wioski "nakręcańców".

Tak jak w „Złomiarzu” mamy tu do czynienia z wizją genialną, a jednocześnie bardzo niepokojącą, bo aż tak realistyczną. Bez problemu można sobie wyobrazić taki obrót spraw. Zamiast łudząco humanoidalnych androidów dostajemy umyślnie wyróżniającą się nową formę śmiertelników. Ludzkość przegrywa z żywiołami, które sama na siebie sprowadziła zmianami w klimacie Ziemi. Zmagania z epidemiami, przeludnieniem, nielegalną imigracją – to wszystko składa się na jedną z wypadkowych kierunków, w których idziemy. Może nie za 20 lat, ale za 70-100 – wyobrażenie Bacigalupiego może okazać się prawdziwe.

„Nakręcana dziewczyna” to powieść bez kompromisów, idealna dla dojrzałego odbiorcy. Mniej oczytanym i preferującym mniej skomplikowane fabuły wyda się zbyt złożona, wręcz ciężka w lekturze. Ta książka to fantastyka ekologiczna, czy też biopunk w najtwardszym wydaniu. Nie bez przyczyny jej pierwsza edycja w Polsce ukazała się w serii „Uczta wyobraźni” – najbardziej wymagającej, a zarazem najbardziej zaspokajającej czytelnicze fantastyczne gusta.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Fantastyka ekologiczna dla wymagających

niedziela, 28 kwietnia 2013

#170 Złomiarz - recenzja

Tytuł: Złomiarz
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2013
Stron: 360

Moja ocena: 6/10










Fantastyka to nie tylko magia, smoki, czy demony. To także niepokojące wizje świata, który mógłby w teorii stać się naszym własnym. A amerykański autor, Paolo Bacigalupi, specjalizuje się właśnie w kreowaniu tychże wyobrażeń Ziemi z przyszłości, która ulega gwałtownym i przerażającym przemianom klimatycznym, dzięki działalności człowieka. Tym razem większość lądu znajduje się pod wodą, a ludzie zmuszeni są na ucieczkę w głąb kontynentu, na daleką i zimną północ.

Nie wszystkich jednak stać na taką wyprawę. Ci, którzy pozostali pracują na nowe życie bogaczy, zwanych „lalusiami”, w warunkach, których nie życzylibyśmy największemu wrogowi. Nailer jest jednym ze Złomiarzy, pomieszkujących plażę nad Zatoką Meksykańską. Zbierają oni miedź z wraków statków, którą następnie skupują wielkie korporacje. Bardzo ceniona jest także ropa zalegająca jeszcze w trudno dostępnych zbiornikach. Nasz główny bohater należy do tzw. „lekkiej ekipy”, składającej się z małych, zwinnych osobników, którzy wcisną się w każdy otwór, aby wyrobić swoją dzienną normę. W takim zespole bardzo łatwo o wiernych i lojalnych przyjaciół, ale są i tacy, którzy tylko czekają, aż komuś podwinie się noga.

Życie Nailera zmienia się po bardzo gwałtownym sztormie, zwanym „niszczycielem miast”. Odkrywa on opuszczony nowoczesny jacht wraz z ledwo żywą pasażerką. Od tej pory będzie musiał podjąć wiele trudnych i potencjalnie śmiertelnych decyzji. Uciekając przed wrogami ojca odnalezionej „Szczęściary” – Nity, a jednocześnie przed swoim nieprzewidywalnym rodzicielem, trafia do Metropolii Missisipi (Orleanu III) – wersji Nowego Orleanu położonej bardziej w głąb lądu. Czy uda im się uciec przed pogonią?

Świat przedstawiony w „Złomiarzu” to wizja genialna, chociaż rozwinięta w bardzo małym stopniu. Bacigalupi zostawia czytelnika z ogromnym niedosytem informacji o zatopionych miastach, gospodarce, ekonomii, czy polityce. Nie wiemy jak wyglądają kontynenty, które kraje przetrwały problemy ekologiczne, ani z czego wynikały te ostatnie. Wszystkiego możemy się jedynie domyślać. Wraz z Nailerem obserwujemy i poznajemy jedynie mały wycinek świata, który aż prosi się o rozwinięcie na więcej niż 300 stronach.

Bohaterowie z kolei to jeden z największych atutów powieści „Złomiarz”. Każdy ma swoje motywacje, charakter, a otoczenie, w którym żyją, określa ich jednoznacznie na całe życie. Nie da się ich łatwo określić etykietką „dobry” lub „zły”. Choć wybór Nailera, czy pomóc Nicie, był oczywisty, to pociągnął za sobą wiele pytań i niepewności. Największym czarnym charakterem bez wątpienia jest ojciec chłopaka, który bez wahania zabiłby syna, gdyby miał okazję. Nieprzewidywalny, niebezpieczny, wzbudza w czytelniku prawdziwy strach. Odcieniem szarości jest Młot, reprezentujący nową rasę przyszłości – półludzi. Stanowi on genetyczną mieszankę psa, tygrysa, hieny i człowieka. W przeciwieństwie do swych pobratymców, nie służy on jednemu człowiekowi, samemu będąc panem swego losu.

Bacigalupi nie oszczędza swoich postaci, rzucając je w wir wydarzeń, w okrutne okoliczności, ale jednocześnie daruje czytelnikowi brutalnych, czy krwawych opisów. Przygody Nailera i jego kompanów czyta się bardzo szybko i emocjonująco, lecz w pewnym momencie historia staje się przewidywalna. Dostajemy happy-end, który na tle świata książki wydaje się być zupełnie nie na miejscu.

„Złomiarz” to przedstawiciel nurtu fantastyki ekologicznej. Amerykański pisarz zabrał nas na Ziemię w bliskiej przyszłości, po katastrofie klimatycznej. Przy genialnych bohaterach dostajemy tu także niezbyt porywającą fabułę, rozczarowujące zakończenie oraz bardzo intrygujący świat przedstawiony, który nie zostaje opisany tak obszernie, jakbyśmy chcieli. Książka jest skierowana głównie do młodzieży i ta grupa powinna być zadowolona. Dorośli czytelnicy, niestety, zawiodą się, a lektura zostawi w nich ogromny niedosyt.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Świat po katastrofie ekologicznej

piątek, 30 września 2011

#37 Ślepowidzenie - recenzja

Tytuł: Ślepowidzenie (Blindsight)
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2011













Science-fiction, w którym występują wampiry i to takie, które nie błyszczą? „Pierwszy kontakt” z Obcymi, w którym nie ma znamiennych w skutki walk i bitew, a sami kosmici nie wychodzą ludziom z brzucha? To wszystko tylko w „Ślepowidzeniu” Petera Wattsa. Wyruszcie w podróż przez miliony kilometrów do miejsca, w którym wszystko traci znaczenie i zyskuje je na nowo, a w obliczu innej cywilizacji zastanowimy się nad sobą samymi.

W roku 2082 ludzkość osiągnęła niemalże szczyt postępu technologicznego. Zaczęto powolną ekspansję w odległe obszary kosmosu, jednakże nie my odnaleźliśmy inne życie we wszechświecie, a ono nas. W ślad za sygnałem z odległych krańców Układu Słonecznego wyrusza ekipa badawcza, na czele której stanie wampir. Tajemniczy obiekt, identyfikujący się nazwą Rorschach zdaje się być nastawiony pokojowo. Oczywiście, do czasu…

Na wstępie należy zaznaczyć, że „Ślepowidzenie” to powieść very hard science-fiction. Nawet bardziej science, niż fiction. Mnogość zwrotów naukowych wyróżnia tę książkę na tle innych. Terminologia medyczna, psychologiczna i fizyczna sprawia, że przeciętnemu czytelnikowi lektura będzie szła bardzo ciężko. W porównaniu do innych autorów gatunku, A. C. Clarke’a czy O. S. Carda, a nawet niedawno recenzowanej przeze mnie debiutanckiej książki Wattsa, „Rozgwiazdy”, ilość naukowej paplaniny jest ogromna i przytłaczająca. Pasjonaci wiele razy skorzystają z wikipedii, jednakże kwestia całkowitego zrozumienia książki najpewniej zostanie nierozstrzygnięta. Z wykształcenia będąc naukowcem, autor przygotował się do napisania powieści co najmniej bardzo dobrze, oferując zainteresowanym obszerną bibliografię i spis źródeł.

W „Ślepowidzeniu” Watts bierze typowe, przerabiane już setki razy schematy i serwuje je nam w nowatorskiej formie. Wspomniane na początku wampiry nie są słodkimi, błyszczącymi się stworzeniami, ale z drugiej strony nie są również potworami. Ich miejsce wśród ludzi jest ustalone, bo to właśnie ludzie przywrócili wymarły gatunek homo sapiens vampiri, do życia. Dziesiątki razy szybciej myślący i inteligentniejszy od ludzi, wampir Sarasti, nieprzypadkowo stoi na czele wyprawy. Dowodzi czwórką świetnie wykreowanych postaci. Siri Keeton to pozbawiony połówki mózgu żargonauta, potrafiący bezbłędnie odgadnąć myśli innych ludzi. Isaac Szpindel zajmuje się biologią. Na tak ważnej i niepewnej misji nie mogłoby zabraknąć kogoś, kto wie jak się zabija. Jest więc również i żołnierz, Amanda Bates. Na dokładkę mamy lingwistkę, Susan James, której osobowość dzieli się na cztery oddzielne i zupełnie różne osoby.

Watts wobec spotkania ludzi z obcą cywilizacją stawia wiele ważnych pytań o istotę człowieczeństwa i inteligencji. W jakże ciekawy i chyba najbardziej prawdopodobny sposób przedstawia on samych obcych. Nie są oni krwiożerczymi, bezmyślnymi istotami, a już przede wszystkim nie są do nas podobni. Mając do dyspozycji nieznaną technologię mają nad nami przewagę i wykorzystują ją beznamiętnie. Ludzie wobec obcej siły nie mają wiele do powiedzenia. Autor obnaża braki naszych mózgów, wykorzystując do tego psychologiczne chwyty, które są tym gorsze, że w większości występują naprawdę już teraz, bez konieczności przebywania obok artefaktu Obcych.

Lekkość stylu sprawia, że lektura prze do przodu i byłaby błyskawiczna, gdyby nie hamujące ją fragmenty pełne niezrozumiałych terminów naukowych. Jednakże bez nich, „Ślepowidzenie” nie byłoby takie samo. Większość rzeczy, które Watts przytacza jest niesamowicie interesująca (przykładowo eksperyment myślowy „Chiński Pokój”, lub też samo zjawisko ślepowidzenia) i zachęca do zgłębiania naszego mózgu, czy chwili refleksji nad nami samymi. Nie można również zarzucić książce braku akcji – dzieje się wiele, choć wszystko wydaje się być zbyt skomplikowane. Obok śledzenia wypadków misji kosmicznej mamy swoiste flash-backi do przeszłości głównego bohatera, pozwalające nam lepiej poznać ten futurystyczny świat i psychologię jego mieszkańców.

Przyszłość przedstawiona w powieści Wattsa jest bardzo realna. Kto wie, może właśnie tak jak to opisał skończy ludzkość? W naszym interesie jest postarać się, by to technologia służyła nam, a nie na odwrót, by wśród komputerów i botów, nie zapomnieć o drugim człowieku. Choć długo zastanawiałam się po lekturze „Ślepowidzenia”, w jaki sposób je skomentować, wiem jedno: warto przebrnąć przez naukową powłokę, by odnaleźć pod nią głębszy sens. A przy okazji nieźle się bawić.

środa, 27 lipca 2011

#28 Kwantowy złodziej - recenzja

Tytuł: Kwantowy złodziej
Autor: Hannu Rajaniemi
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2010
Stron: 336












„Kwantowy złodziej” to debiutancka powieść fińskiego pisarza, Hannu Rajaniemi. Utrzymana w nurcie cyberpunk doczekała się na świecie opinii bestsellera. Czy w Polsce również odniesie sukces? Z pewnością nie jest to łatwa lektura i przez początek będzie trudno przebrnąć nawet zaprawionym czytelnikom. Im jednak dalej w fabule, tym wizja pisarza bardziej fascynuje i intryguje.  Czy więc warto sięgnąć po tę pozycję?

Jean le Flambeur to złodziej wszechczasów. Pewnego razu popełnił błąd, przez który zamknięto go w więzieniu Dylemat. Pomocną dłoń wyciąga do niego nieznana kobieta, skłonna uwolnić go z niewoli pod jednym warunkiem – będzie musiał ponowić tamten ostatni skok. Tym razem skutecznie. Le Flambeur nie zna nawet swojego przewinienia, choć o jego przeszłości krążą legendy. W celu odzyskania tożsamości udaje się na Marsa, do ruchomego miasta, Kazamatów. 

Społeczność zamieszkująca planetę jako walutą posługuje się czasem – minutami pozostałymi do końca życia i przejścia w tzw. „wyciszenie”. W egzopamięci miasta gromadzone są myśli, wydarzenia oraz dane wszystkich obywateli Kazamatów – nikt tak naprawdę do końca nie umiera. Opętani są żądzą prywatności – zainstalowane w mózgu gevuloty pomagają im ustalić wymianę informacji przy spotkaniu drugiej osoby. Nad porządkiem czuwają cadykowie – wyposażeni w zaawansowaną technologię detektywi. Na jednego z nich kształci się Isidore Beautrelet – pod czujnym okiem Dżentelmena przeprowadza śledztwo w sprawie skradzenia tożsamości cukiernika. Proste dochodzenie naprowadza go jednak na ślad większej intrygi, której rozwiązanie nie będzie łatwe ani przyjemne.

Z początku książkę czyta się naprawdę ciężko. Na każdej stronie znajdziemy natłok neologizmów i naukowych zwrotów, których znaczenia autor nie tłumaczy ani w tekście, ani choćby w przypisach. Po pewnym czasie przestałam zwracać na nie uwagę, gdyż większości można się domyślić. Pominąwszy trudne słownictwo znajdziemy naprawdę rozbudowaną i fascynującą historię. Składa się ona niejako z paru warstw, zazębionych ze sobą. Główne wątki dotyczą postaci złodzieja i detektywa, ale fabuła jest daleko bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Autor prosty pomysł przekształcił w metaforę przedstawiającą społeczeństwo, któremu najbardziej zależy na prywatności i odosobnieniu. Tak naprawdę ludzie żyją w strachu przed sobą nawzajem, bojąc się stracić to, co najważniejsze – życie. Koncepcja czasu jako waluty to jeden z najlepszych pomysłów Rajaniemiego, choć nie wszystkie idee rozwinął wystarczająco, aby zaspokoić ciekawość czytelnika.

Wykreowany przez autora świat to prawdziwy cyberpunk, którego klimat przebija przez karty powieści. Zaawansowana technologia, nękający miasto złodzieje tożsamości, potwory nadciągające z pustyni – wszystko to stanowi idealne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Akcja książki mknie do przodu w zadziwiającym tempie. Pobudki złodzieja do końca są dla nas tajemnicą, aczkolwiek obserwowanie jego pomysłów jest fascynujące. Inteligencja detektywa będącego na tropie le Flambeura również zadziwia. Choć postacie nie są tak wyraziste i zrozumiałe jakby się chciało, to w pewnym momencie zaczynamy kibicować jednemu z nich, a zakończenie z pewnością nas zaskoczy.

Wydawnictwo MAG niewątpliwie zaryzykowało wydając tak ciężką pozycję science fiction na polskim rynku. Mimo wszystko, myślę, że uczyniło słusznie i osobiście nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą. Rajaniemi stworzył fantastyczny świat z rozmachem godnym Williama Gibsona. Pierwsza część trylogii spełniła swoje zadanie i skutecznie wprowadziła nas w atmosferę – pozostaje czekać na kolejne tomy. Szczerze polecam fanom cyberpunka – zanim się obejrzycie „Kwantowy złodziej” skradnie wam parę godzin z życia.

Recenzja ukazała się również w Zaginionej Bibliotece