Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ars Machina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ars Machina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 sierpnia 2013

Peter Watts, "Behemot" - recenzja

Autor: Peter Watts
Tytuł: Behemot
Seria: Trylogia Ryfterów (#3)
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2013
Stron: 526

Moja ocena: 9/10
Ocena całej trylogii: 8/10 ("Wirowi" brakowało klimatu)







W dwóch pierwszych częściach trylogii o Ryfterach, Peter Watts zabrał nas w fascynującą podróż do miejsc równie nieznanych i obcych, co planety odległe o miliony lat świetlnych. A jednak, to na powierzchni naszej planety, znajdują się obszary, które mogą przynieść odpowiedzi na pytania o początkach życia, ale także mogą doprowadzić do naszego końca... Wizja kanadyjskiego pisarza jest jednak o tyle niepokojąca, że śmierć może nadejść po cichu i zanim się zorientujemy będzie za późno. To miła odmiana od tego, co ostatnio mogliśmy widzieć w kinie - film "Pacific Rim" także opowiada o śmierci nadchodzącej z dna Oceanu, ale w "nieco" mniej subtelnym stylu.

sobota, 21 stycznia 2012

Peter Watts, "Wir" - recenzja

Autor: Peter Watts
Tytuł: Wir
Seria: Trylogia Ryfterów (#2)
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2011
Stron: 380

Moja ocena: 8/10








Miniony rok 2011 określiłam rokiem Petera Wattsa. Autor, który zawitał w Polsce dwukrotnie – na Fantastycznych Bachanaliach w Zielonej Górze oraz na Falkonie w Lublinie, okazał się być nie tylko świetnym pisarzem, ale także interesującą i zabawną osobistością. Wykładów Kanadyjczyka przyszło wysłuchać spore grono osób, oczarowanych świetnym „Ślepowidzeniem”. Nie można jednak zapomnieć o Trylogii Ryfterów, którą pierwsi docenili polscy czytelnicy. „Rozgwiazda” to studium psychologiczne grupy odmieńców na dnie oceanu, z elementami fantastyki naukowej, ale przede wszystkim o niezapomnianym, przesączającym się przez kartki książki klimacie. Wydawnictwo Ars Machina spełniło oczekiwania wielu zaintrygowanych serią osób, wydając jej drugi tom – „Wir”.

Pamiętacie załogę Beebee? W sumie to nie musicie. Ale Lenie Clarke kojarzycie na pewno. To ona była główną bohaterką „Rozgwiazdy”, a na ostatnich stronach powieści oddalała się właśnie od śmiercionośnego wybuchu w pobliżu stacji, który wysterylizował wielki pas oceanu. Przy okazji zniszczył pobliskie wybrzeże, zostawiając tysiące ludzi bez dachu nad głową i z wieloma pytaniami. Odpowiedzi na nie przyniosła postać w czarnym skafandrze i o białych oczach, która wyłoniła się z wody. Dlaczego władze państwa podjęły tak dramatyczną w skutkach decyzję? To wiedzą tylko wtajemniczeni, ale nie wszystkim podoba się ta wiedza. Tymczasem, seria pożarów i oznaki buntu wśród ludności świadczą o tym, że świat zaczyna zmierzać ku końcowi, a ktoś, kto wydał rozkaz wysadzenia oceanu – chybił. 

Pomysł śmiercionośnego wirusa, który jest inny niż wszystko, co istnieje na Ziemi, a tym samym może przynieść jej zagładę, już w „Rozgwieździe” mnie zaintrygował. Jego nazwa – Behemoth, wydaje się w tym miejscu jak najbardziej adekwatna. Najważniejszą kwestią było to, w jaki sposób ludzkość zdoła uniknąć końca. Sterylizacja oceanu wydawałaby się jak najbardziej efektywna, nawet mimo wielomilionowych strat. Watts jednak w iście hollywoodzkim stylu sprawia, że zagrożenie jest nadal realne, tyle ludzkich istnień zgasło na marne, a nam zostaje snuć domysły, jak to się wszystko skończy.

W porównaniu do poprzedniego tomu, tym razem, choć Clarke dalej jest na „celowniku”, obserwujemy tzw. drugą stronę medalu, czyli poczynania tych, którzy mają zająć się skutkami chybienia. Dokładniej poznajemy świat ponad wodą, w którym urzędnicy mają „moralniaka”, dbającego o słuszność ich poczynań, a na ulicach stoją budki zdolne przeprowadzić tomografię na życzenie. Watts snuje ponurą wizję przyszłości, w której szarzy ludzie traktowani są jako zło konieczne, nie warte zawracania sobie nim głowy, w którym Internet nie istnieje w znanej nam teraz postaci. Inteligentne żele zajmują się przydzielaniem dostępu do sieci oraz jej bezpieczeństwem, jednakże okazuje się, że oddanie nawet małych obszarów władzy w ręce myślących elektronicznych tworów nie jest zbyt dobrym pomysłem. To właśnie Internet, czyli Wir – posuwa akcję do przodu, działając we własnym, nieznanym interesie.

Wyjście z wody nie do końca wyszło jednak książce na dobre – Watts opuścił rejony, które zna jak własną kieszeń I zapuścił się na tereny, w których rządzi genetyka, a to już poza obszarem jego wykształcenia. Pewne naukowe zwroty będą na pewno niezrozumiałe – nie zrażajcie się jednak, gdyż, jak autor pisze w „Źródłach”, sam nie wiedział o co chodzi, pisząc niektóre sformułowania. Choć akcja gna do przodu, a na brak jej zwrotów nie można narzekać, brakowało mi tu tego klimatu, którym tak zachwyciła mnie „Rozgwiazda”. „Wir” jest nawet bardziej sci-fi od swojej poprzedniczki, co uważam za ogromny plus, ale stało się to kosztem powiększenia liczby bohaterów oraz dodania miejsc, w których obserwujemy ich poczynania.

Kolejny tom cyklu pod tytułem „Behemoth” (na szczęście w jednym tomie, a nie dwóch) ukaże się w drugiej połowie tego roku. Oby choć trochę powrócił w nim nastrój, z którym chciałabym identyfikować tę serię. Chociaż trochę się rozczarowałam, „Wir” czytało mi się znakomicie. Peter Watts urzeka zarówno stylem pisania, jak i pomysłami. Trzecia i ostatnia część trylogii na pewno będzie cudownym literackim przeżyciem, na które czekam z niecierpliwością.

***

Pewnie niektórzy zauważyli, że byłam ostatnio bardzo mało aktywna w blogosferze. To wszystko za sprawą okresu przedsesyjnego, który na szczęście już się skończył. Teraz tylko sesja :P

niedziela, 10 lipca 2011

#23 Rozgwiazda - recenzja

Tytuł: Rozgwiazda
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo: Ars Machina
Rok wydania: 2011












Peter Watts to znany w Polsce autor kultowego „Ślepowidzenia”. Jak sam pisze we wstępie do swojej debiutanckiej powieści, „Rozgwiazdy” – to właśnie w naszym kraju po raz pierwszy doceniono jego twórczość i dzięki Polakom osiągnął sukces również w innych zakątkach świata. Muszę przyznać, że „Ślepowidzenia” jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać. Może jednak lepiej odkrywać pisarza chronologicznie? Jeśli poziom jego pisania jeszcze się poprawi, „Ślepowidzenie” zapowiada się znakomicie. „Rozgwiazda” to klimatyczna uczta dla fanów science fiction.

3000 metrów pod powierzchnią wody, na ryfcie Juan de Fuca znajduje się statek Beebe. Na takiej głębokości panuje nieprzenikniona ciemność i ogromne ciśnienie. Czerń rozjaśniają jedynie światła statku i migające ślepia przepływających w pobliżu, zmutowanych przez niekorzystne warunki, ryb. Uczucie odosobnienia i oddalenia sprawia, że człowiek po pewnym czasie staje się obojętny, a pobyt na dnie oceanu zaczyna go zmieniać. W tak specyficznych warunkach przetrwają jedynie najlepiej przystosowani, odrzutki rasy ludzkiej, którzy w tak pokręconym miejscu odnajdą swój dom. 

Załoga Beebe zmienia się jak w kalejdoskopie.  Jej członkowie zostali poddani skomplikowanej operacji, skutkiem której mogą pobierać tlen z wody bezpośrednio do płuc. Poruszają się w specjalnym kostiumie, tzw. „skórze”, która chroni przed skrajnymi temperaturami i ciśnieniem, a na oczach mają tzw. nakładki, wspomagające widzenie w ciemności. Przyzwyczajenie sprawia, że rzadko kiedy zdejmują owy sprzęt, nawet we wnętrzu łodzi. Wolą spędzać czas poza nią, unikając innych członków załogi, zajmując się rutynowymi pracami. Natłok tak trudnych osobowości na małym obszarze gwarantuje spięcia oraz interesujące potyczki słowne i nie tylko.

Pewnie zastanawiacie się, jak wygląda świat na powierzchni? Watts nie rozpieszcza nas szczegółami, a nawet wręcz przeciwnie. Władzę nad światem mają wielkie korporacje, których działania są nieprzeniknione dla zwykłego człowieka. Wiemy, że ludzkość boryka się z wieloma problemami – uchodźcami, groźbą kryzysu gospodarczego, zainfekowaniem sieci komputerowej zaawansowanymi technicznie robakami. Sztuczna inteligencja wyewoluowała do postaci tzw. żeli, które „myślą” za pomocą neuronów. Brzmi niepokojąco, ale bardzo odlegle.  Zgodnie jednak z oficjalną stroną autora akcja książki toczy się już w 2050 roku. 

Utwór Wattsa nie jest typowym sci-fi. Postęp technologiczny jest jedynie zarysowany, a akcja książki nie dzieje się w kosmosie ani w bardziej odległej przyszłości. Autor serwuje nam portrety psychologiczne nie tylko mieszkańców Beebe, ale również ludzi odpowiedzialnych za ich tam umieszczenie. Tak naprawdę do końca nie wiemy, jak brzmi zadanie, które mają wykonać. Otchłań oceanu jest nieznana, zaskakująca, niczym obca planeta. 

Powieść będzie trudną lekturą dla ludzi nieoczytanych z science fiction. Jeśli jednak się nie poddacie, głębia was wciągnie i nie wypuści do ostatniej strony. „Rozgwiazda” jest niesamowicie klimatyczna. Postępowania bohaterów są fascynujące, a cała otoczka, cel i miejsce ich pracy spowite tajemnicą. Tworząc nastrój, autor jednocześnie prowadzi akcję. Z początku powoli, potem jednak fabuła mknie do przodu, ani na chwilę nie pozwalając się oderwać. Duża ilość psychologii postaci i mało opisów świata mogą być jednakże przeszkodą w zrozumieniu idei utworu. Dobrym wyjściem może być nie zwracanie na to uwagi – odprężcie się i wczujcie w ten wspaniały klimat.

„Rozgwiazda” stanowi pierwszy tom cyklu „Rifters” (Ryfterzy). Kolejne części są udostępnione legalnie w Internecie w wersji anglojęzycznej, więc jeśli nie możecie doczekać się kontynuacji i nie boicie trudnego słownictwa, zachęcam. Innym zostaje czekać na polskie wydania „Maelstroma” i „Behemotha”. Miejmy nadzieję, że nastąpi to już niedługo. Tymczasem, nie bójcie się wyruszyć w podróż na dno oceanu, nigdy nie wiadomo,  co na was tam czeka…