Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 stycznia 2013

#148 Uzdrowiciel - recenzja

Tytuł: Uzdrowiciel
Autor: Ken McClure
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2012
Stron: 272

Moja ocena: 5/10










Ken McClure to obok Robina Cooka jeden z najpoczytniejszych i najbardziej znanych pisarzy parających się thrillerem medycznym. Gatunek ten często nie unika wtórności i schematyczności, bo w końcu ile można pisać o morderczym wirusie, czy niepowstrzymanej epidemii? W „Uzdrowicielu” udaje mu się wyjść poza ramy jedynie po części, ale to nadal dobra lektura, która jednak nie wyróżnia się niczym z mnóstwa podobnych jej pozycji.

Od początku jesteśmy rzuceni w wir tajemniczych spotkań, postaci bez twarzy i planów, skalą dorównujących zawładnięciu nad światem. Seria wybuchów i zabójstw zwraca uwagę Stevena Dunbara z Inspektoratu Naukowo-Medycznego w Anglii. Chociaż porzucił on już tę niebezpieczną robotę, powraca w zastępstwie za przyjaciela i okazuje się być właściwym człowiekiem na odpowiednim miejscu. Po nitce do kłębka prowadzi dochodzenie, odkrywając, że wszystko to wiąże się z dawno zarzuconym Północnym Planem Opieki Medycznej. Skomputeryzowany system, chociaż tak dobrze pomagał stawiać diagnozy, został po cichu wyprowadzony z użycia, a osoby z nim związane dziwnym trafem okazują się być martwe.

„Uzdrowiciel” ma właściwie dwa największe mankamenty. Jednym z nich są bohaterowie, którzy wprowadzani ze strony na stronę, w liczbie większej niż można zapamiętać, wywołują w głowie czytelnika niezły mętlik, z którego nie wygrzebie się on nawet po przewróceniu ostatniej kartki. Autor zresztą nie daje do tego motywacji, gdyż jakikolwiek zarys psychologiczny ma jedynie główny bohater, a i ten pozostawia wiele do życzenia. Jedyne, co o nim wiemy to to, że zrezygnował niegdyś z pracy w Inspektoriacie na prośbę żony. Ta z kolei postać powstała chyba jedynie po to, by Dunbar miał, gdzie wyładować frustrację, a także, by naprowadzać go na nowe, genialne pomysły.

I w tym momencie trafiamy na kolejny problem, mianowicie styl pisania. Dialogi są bardzo drętwe, a z początku lektura sunie jak po gruzie, gdyż nie potrafimy odnaleźć się w opisywanej scenie. Nie jestem do końca pewna, czy to wina tłumacza czy samego autora (który nomen omen ma w dorobku wiele pozycji). Ten pierwszy jednak spisał się z pewnością z przetłumaczeniem tytułu książki, który w oryginale zdradza trochę zbyt wiele.

Mimo ewidentnych wad, książkę czyta się bardzo szybko i można ją stosować jako przerywnik w lekturze poważniejszych pozycji. Plusem są trafne przemyślenia, a także umiejscowienie głównych wydarzeń w Anglii. Akcja mknie prędko, rwie się w odpowiednich momentach, przez co wydaje się być idealna na film. Po przekroczeniu mniej więcej połowy, ciężko jest się oderwać. Niestety, wrażenie po lekturze pozostaje raczej negatywne. „Uzdrowiciel” to książka dla miłośników tego gatunku, którym nie straszny brak rysów psychologicznych, czy odrobina schematu. Gdyby przymknąć oko na te braki, będziecie się w miarę dobrze bawić, jeśli tylko przebrniecie przez pierwszą połowę.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl.
 Link do recenzji w serwisie: Ciemna strona altruizmu

wtorek, 8 stycznia 2013

#146 Walka Sylfa - recenzja

Tytuł: Walka Sylfa
Autor: L.J. McDonald
Seria: Sylf (#1)
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Stron: 320

Moja ocena: 4/10









Gatunek paranormal romance to najczęściej okraszony fantastyką romans z przedstawicielami nadnaturalnych istot w roli głównej. Choć zwykle są to wampiry lub wilkołaki, to czasem autorki kuszą się na wykorzystanie bardziej oryginalnych stworzeń, najczęściej mających korzenie w tej czy innej mitologii. Właśnie tak jest w przypadku L.J. McDonald, która użyła postaci  sylfa - średniowiecznego ducha powietrza. Podzieliła tę rasę na parę gatunków, dodała do tego przygodę, a wszystko spoiła bezpruderyjną erotyką. Cóż z tego wyszło?

Otrzymaliśmy mieszankę, która nie wszystkim przypadnie do gustu. Główną bohaterką jest Solie, wieśniaczka, którą podczas ucieczki z domu przed ustalonym zamążpójściem, porywa oddział zbrojnych z miasta. Okazuje się, że potrzebowali oni dziewicy na ofiarę dla wojowniczego sylfa – stwora, który zwabiony przez kobietę, przechodzi przez portal łączący jego świat z tym należącym do ludzi. W momencie przejścia, jego przyszły pan zabija kobietę i, poprzez nadanie imienia żywiołakowi, przejmuje nad nim władzę. Jednak tym razem coś poszło nie tak – królewski syn zostaje zabity, a sylf przywiązuje się na zawsze do Solie, która nieumyślnie mówiąc do niego „Hej, ty” nadaje mu niedorzeczne imię - Hejty. 

I tak rozpoczyna się przygoda, czyli ucieczka pary bohaterów przed wysłannikiem króla, Leonem i jego sylfem. Potyczki między dwoma wojownikami zazwyczaj kończą się zmieceniem czegoś z powierzchni ziemi – czy to pojedynczej chatki, czy całej wioski. Istoty z innego wymiaru nie są jednak tak prostolinijne, jakby mogło się wydawać. Chociaż muszą słuchać się swego pana i nie mogą się odzywać, okazują spryt, szukając luk w rozkazach, które pozwalają im na odrobinę wolności. Hejty otrzymał jej wiele – Solie traktuje jako swoją królową i będzie ją chronił przed wszystkimi, a w szczególności przed mężczyznami. Do przedstawicieli płci męskiej wojownicze sylfy czują nieprzejednaną nienawiść – za zabicie kobiety, która zwabiła ich do świata ludzi.

Historia Solie i Hejty’ego to typowy romans, w którym na początku ona się mu opiera, a potem, gdy okazuje się, że nie może bez niego wytrzymać, oddaje się namiętności. Autorka nie szczędzi nam opisów seksu, a co jakiś czas wtrąca absurdalne publiczne zachowanie młodych. Niestety, opis emocji i uczuć przesłania w tej powieści wszystko poza tym – a mogło być naprawdę pięknie. Sylfy powołane do życia przez L.J. McDonald mają ogromny potencjał. Obok wojowniczych występują także ziemne, powietrzne, ogniowe i inne – każdy intrygujący i mający swoje własne cechy, ale nie dostajemy ich wystarczająco wiele.

Na pochwałę zasługuje kreacja postaci, która autorce wyszła bezbłędnie. Sylfy w jej opisach ożywają, nienawiść wojowników wręcz zieje ze stron, a uczucia Solie i Hejty’ego, chociaż w stanowczo nadmiernych ilościach, ewoluują wiarygodnie. Ale „Walka Sylfa” to nie tylko istoty z innego świata – to także zwykli ludzie, którzy od razu zdobywają sympatię czytelnika, choć dopiero w drugiej połowie książki. W pierwszej akcja jest powolna i wręcz nudna, przez co nie raz myślałam o zaprzestaniu lektury. W pewnym momencie jednak autorka się rozkręca, a wojownicze sylfy i ich nienawiść do całego świata oraz chęć chronienia królowej napędzają fabułę.

Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do tej pozycji. Z jednej strony jest to powieść momentami erotyczna, w której zdecydowanie za dużo romansu i zbędnych opisów uczuć. Z drugiej, dostajemy emocjonującą fabułę, świetną kreację postaci i nadzieję, że kolejne tomy będą dużo lepsze. Decyzję pozostawiam wam – wiecie już, czego oczekiwać po „Walce Sylfa”.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Erotyczne fantasy tylko dla kobiet

czwartek, 13 grudnia 2012

#138 Zawładnięci - recenzja

Tytuł: Zawładnięci
Autor: Elana Johnson
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Stron: 320

Moja ocena: 4/10










W debiutanckiej powieści Elany Johnson nasza przyszłość nie prezentuje się zbyt dobrze. Ludzie zostali podzieleni na tych "dobrych" i "złych", żyją w wyznaczonych obszarach, a władzę nad nimi sprawują "Ci-od-myślenia", odpowiadający za masowe pranie mózgu. Niezbyt optymistyczna wizja, prawda? Żyjąc w każdej z tych stref, widzielibyśmy zupełnie inny obraz świata. Co ciekawsze, to "źli" mają więcej swobody i dzięki temu mogą próbować obalić dyktatorską władzę...

Vi mieszka w Dobrych Ziemiach, ale przestała słuchać audycji już dawno temu. Łamanie zasad to dla niej rozrywka, aby uciec od niekochającej matki i wspomnień o śmierci ojca i siostry. Pewnego razu, gdy spotkała się w parku nocą (wykroczenie pierwsze) ze swoim narzeczonym (wykroczenie drugie), nie stroniąc od kontaktu dotykowego (wykroczenie trzecie), zgarnęła ją wszechobecna policja i zarządzono... wygnanie do Złych Ziem. Jakby tego było mało, w więzieniu dziewczyna poznaje Jaga, "złego" chłopaka, którego inność od razu do niej przemawia. A może to nie tylko jego aparycja ją do niego przyciąga? Co, jeśli łączą ich pewne... zdolności?

Antyutopie to najnowszy trend w literaturze młodzieżowej, który przyniósł oddech świeżości od manii na paranormale. Jego niewykorzystany potencjał tkwi w każdej kolejnej książce, przynosząc nadzieje na coś nowego, o czym jeszcze dotąd nie czytaliśmy. Johnson wykorzystała elementy innych powieści, wnosząc niewiele własnego pomysłu. Z tyłu okładki "Zawładnięci" porównywani są do "Igrzysk Śmierci" i faktycznie, te dwie książki mają ze sobą wiele punktów wspólnych. Romans w trójkącie, państwo podzielone na odseparowane od siebie części, rząd dyktatorów - to wszystko już niestety znamy, nie tylko z trylogii Suzanne Collins, ale i z paru innych tytułów.

Najciekawszym elementem są zdolności bohaterów, których, dla dobra czytelnika, nie będę zdradzać, bo chcę wam zostawić chociaż jedną rzecz, dla której warto przewracać kolejne karty. Na nieco ponad trzystu stronach autorce nie udało się rozwinąć wątku wystarczająco. Za jedyną, w zupełności udaną rzecz, uważam zakończenie. Chociaż przynosi pewien niedosyt i smutek, to czujemy, że było to znakomite zagranie pisarki, która wykazała się sporą odwagą. Jeśli popracuje nad oryginalnością fabuły i lepiej obmyśli świat, który opisuje (bo tutaj nie wyjaśnia nam zupełnie nic...), to jej kolejna powieść może być naprawdę warta uwagi.

"Zawładnięci" wpasowują się w trend powieści dystopijnych dla nastolatek i chociaż próbują być czymś więcej - niestety im to nie idzie. Poza oklepaną historią miłosną (oczywiście w trójkącie), autorka starała się zaoferować intrygującą fabułę, w rzeczywistości bardzo przewidywalną, oraz tajemnicze zdolności, którymi posługują się bohaterowie, a których pochodzenia możemy się tylko domyślać. Lektura przypomina otwieranie matrioszki z pudełek na prezenty, otwierając kolejne i kolejne nasz apetyt wzrasta, a na końcu nie znajdujemy tam zupełnie nic.

wtorek, 26 czerwca 2012

#90 Player one - recenzja

Tytuł: Player one
Autor: Ernest Cline
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2012
Stron: 416

Moja ocena: 9/10










„Player one” Ernesta Cline’a wpisuje się w nurt książek zawierających motyw gier komputerowych. „Hyperversum”, „Kroniki awatarów”, czy „Erebus” to tytuły, które próbują podjąć ten temat, aczkolwiek nie zawsze im się to udaje. Książki ze wzniosłymi rekomendacjami na okładce w stylu „Najlepsza powieść science fiction 2011” zawsze wzbudzają słuszny sceptycyzm. Jednakże w przypadku „Player one” w pełni zgadzam się z tym stwierdzeniem, a jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego – sprawdźcie poniżej.

Graczy na pewno ucieszy informacja, że w 2044 roku cały świat gra w jedno darmowe MMORPG (grę fabularną online) Oasis, o niewiarygodnej grafice, pozwalającej na najwyższy stopień wciągnięcia. Do minimalnej interakcji potrzebny jest sprzęt na oczy i ręce, a także spokojne miejsce, w którym można zalogować się do gry. Z tym ostatnim ciężko jest szczególnie dla Wade’a, nastolatka, żyjącego w stosie – górze przyczep, pełnych uchodźców. Świat wokół podupadł i chyli się ku zagładzie, a światełko nadziei milionom ludzi zaoferował James Halliday, który niegdyś dał im równoległą rzeczywistość w postaci Oasis. Teraz otrzymali od niego nowy cel życia w postaci wielkanocnego jaja, konkursu, w którym do wygrania jest cała fortuna w spadku po geniuszu. Pierwszy krok na drodze do zwycięstwa postawił właśnie Wade, pięć lat później. A świat oszalał.
„Kiedy wokół wszystko się wali, a my możemy porozmawiać tylko ze swoim zarządcą systemowym w komputerze, to wiadomo, że spieprzyliśmy sobie życie.”
Wizja przyszłości Ernesta Cline’a jest pesymistyczna. Chociaż jest to niewiarygodne, łatwo mi wyobrazić sobie, jak wszyscy wokół stopniowo zaczynają tracić ochotę do życia, powoli przenosząc się do wirtualnej rzeczywistości Oasis. Tam każdy może być kim chce, stworzyć postać na swoje podobieństwo lub wręcz przeciwnie. Granice się zacierają i w ogromnym świecie, pełnym nieograniczonych możliwości wydaje się być lepiej niż w realu, gdzie bieda i głód zaglądają w oczy ze wszystkich stron. Któż z nas nie wybrałby tego potencjalnie lepszego świata? Pisarz przedstawia nam twór Hallidaya równocześnie jako zbawienie i zgubę ludzkości. Chociaż w 2044 roku nadal mamy Youtube’a, a postęp technologiczny jest ogromny, powinniśmy starać się, żeby na Ziemi nadal istniała chęć do życia.

Świat Oasis i wielkanocne jajo jego autora to pomysł genialny, także w swojej formie. Usatysfakcjonuje on szczególnie fanów gier komputerowych, ale także pasjonatów lat 80. Książka stanowi swoisty hymn pochwalny na ich część. Jeżeli ktoś lubi te czasy lub się nimi interesuje, to bardzo szybko odnajdzie się w realiach książki i wyłapie wszystkie smaczki i zagrywki słowne, których Cline umieścił naprawdę wiele. Cały konkurs polega na odszyfrowaniu zagadek, które Halliday powiązał ze swoim ukochanym dziesięcioleciem. Wraz z Wadem poznajemy losy powstawania pierwszych komputerów i gier, fantastyczne seriale i filmy z tamtych lat, a także muzykę. Nigdy mnie to szczególnie nie fascynowało, aż do teraz. Żałuję, że nie poznałam tamtych czasów, a czytelnicy, którzy je pamiętają na pewno będą świetnie się bawić, odkrywając ponownie swoje dzieciństwo. Jedynymi mankamentami, które mnie rozpraszały było tłumaczenie skrótów związanych z grami (NPC, PVP) jednakże jeśli ktoś nie grał nigdy w MMORPG, nie będzie mu to przeszkadzać.

„Player one” łączy w sobie science fiction z niezwykle emocjonującym thrillerem. Wade wraz z przyjaciółmi, poznanymi w wirtualnym świecie, musi podjąć wyzwanie i nie dać wygrać grupie Szóstek – ludzi, którym zależy na zwycięstwie, aby przejąć świat Oasis i uczynić go komercyjnym piekłem. Z ogromnym zapleczem pracowników i pieniędzy stanowią bardzo groźnego wroga, który nie powstrzyma się nawet przed morderstwem w rzeczywistym świecie. Do końca książki nie jesteśmy pewni, czy głównemu bohaterowi uda się ich pokonać, jednakże gorąco mu kibicujemy. Jest on postacią całkowicie z krwi i kości, którą Cline przedstawił w wiarygodny sposób. Śledzimy jego wzloty i upadki, wraz z nim dochodząc powoli do emocjonującego finału.

Ernest Cline stworzył przyszłość, w której świat nie jest przyjaznym miejscem, a ludzie uciekają do wirtualnej rzeczywistości, pełnej nieograniczonych możliwości. Wraz z Wadem przeżyjemy niezapomnianą przygodę będąc równocześnie w dwóch miejscach i czasach na raz – na Ziemi i w Oasis, w 2044 roku i w latach 80. Tytuł „najlepszej powieści science fiction 2011” jak najbardziej należy się tej powieści i po prostu trzeba ją poznać! 

Książka została przekazana od serwisu Secretum za co serdecznie dziękuję.

środa, 20 czerwca 2012

#89 BZRK - recenzja

Tytuł: BZRK
Autor: Michael Grant
Seria: BZRK (Tom 1)
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2012
Stron: 352

Moja ocena: 8/10









Myślimy, że wiemy, jak wygląda świat. Sądzimy, że widzimy wystarczająco wiele, by powiedzieć, że znamy jego naturę i budowę. Weźmy na przykład ludzkie ciało. Wydaje nam się, że jest ono złożone z wielu skomplikowanych części, ale poznaliśmy je już dogłębnie i nic w nich nie mogłoby nas zaskoczyć. W książce M. Granta do akcji wkracza nanotechnologia i cząstki tak małe, że potrzeba mikroskopu, by je zobaczyć. Możliwe, że znajdują się teraz w Twoim oku. I walczą o przetrwanie.

Michael Grant to autor znany z ciepło przyjętej w Polsce i na świecie, serii dla młodzieży "Gone: Zniknęli". Niemal z miesięcznym odstępem różne wydawnictwa podjęły się wydania dwóch książek Australijczyka: piątej części wspomnianego wyżej cyklu oraz pierwszego tomu nowej serii - "BZRK". Tym razem pisarz przenosi nas do całkowicie nowego świata, a jednocześnie tak dobrze nam znanego. Choć wydaje nam się, że znamy własne ciało, poznamy je z nowej perspektywy. Tym bardziej przerażającej, bo prawdziwej.

Sadie i Noah to dwójka dzieciaków, które spotkały się w najgorszych momentach swojego życia. Ona straciła ojca miliardera i brata, zostając sama na świecie. On obserwuje powolne staczanie się swojego starszego brata w otchłań szaleństwa. Nagle i brutalnie zostają wrzuceni w sam środek śmiertelnie groźnej walki, której akcja dzieje się w świecie nano - niedostępnym dla gołego oka. BZRK, czyli organizacja, do której oboje trafiają, to akurat "ci dobrzy". Bazując na pomyśle ojca Sadie, członkowie posiadają bioty - stworzenia, które są integralną, biologiczną częścią swojego właściciela, uzupełnieniem o nowoczesną technologię. Po drugiej stronie znajdują się bracia Armstrongowie, twór straszliwej matki natury, która zamknęła dwie osoby w jednym ciele. Możliwe ze względu właśnie na swoją deformację, chcą oni pozbawić ludzi wolnego wyboru i zmienić świat według własnego uznania. Aby to osiągnąć, przy pomocy zespołu uzdolnionych młodych ludzi, którzy kierują nanobotami, chcą przejąć umysły najważniejszych ludzi świata, a nasi główni bohaterowie muszą im w tym przeszkodzić.
"Jesteś środowiskiem, światem. Planetą zamieszkaną przez formy życia bardziej obce niż cokolwiek stworzonego przez science fiction."
Przez dużą część książki obserwujemy świat z punktu widzenia biotów i nanobotów. Całe nasze ciało jest ekosystemem, w którym żyją bakterie i zarazki, występują nieprzebyte pustynie skóry, lasy włosów, a wspomnienia w mózgu to kwestia odpowiedniego dopasowania dróg neuronów. Nanotechnologia to trzeci bohater książki, możliwe, że najważniejszy. Pisarz nie wybiega za daleko w przyszłość - wszak ta technologia już obecnie jest w powszechnym zastosowaniu w pewnych dziedzinach nauki, jednakże połączenie człowieka i biota to w pełni science fiction i, ze względu na przedstawione w "BZRK" możliwości, módlmy się, by tak zostało.

Grant w niesamowicie plastyczny sposób przedstawia nam nasze ciało, które, zdawałoby się, znamy tak dobrze. Jednakże po przeczytaniu jego soczystych opisów można nabawić się do niego swoistego wstrętu. Dla czytelników serii "Gone. Zniknęli" bezpośredniość i występująca w książce brutalność nie będzie zaskoczeniem. Jak na autora książek dla nastolatków cechuje go odwaga - zarówno w słownictwie bohaterów, jak i w wydarzeniach, które się rozgrywają na kartach powieści. Starcia, zarówno w "realu" jak i w nano, są śmiertelnie groźne. Momenty spokojniejsze, w których śledzimy głównie poczynania Sadie i Noaha również wyróżnia dobitność - wbrew pozorom, tych dwoje nie połączy od razu namiętna miłość, ich postacie poprowadzone są wiarygodnie i wzbudzają sympatię.

Michael Grant udowodnił swój talent pisarski wszystkim, którzy wątpili w sens kolejnych tomów "Gone. Zniknęli". Pokazuje, że jego znakiem rozpoznawczym są plastyczne, mroczne opisy i odważne słownictwo. "BZRK" nie jest książką naiwną, spodoba się zarówno starszym jak i młodszym czytelnikom. Bez problemu może pełnić także funkcję popularyzatora nauki, gdyż prawdziwej fantastyki naukowej nie ma tu wiele, ale to co jest wystarczy do zaciekawienia i sięgnięcia po więcej. Miejmy nadzieje, że kolejne tomy serii ukażą się jak najszybciej.


Książka została przekazana od serwisu Secretum za co serdecznie dziękuję.

środa, 30 listopada 2011

#47 Podboje sukuba - recenzja

Tytuł: Podboje sukuba
Autor: Richelle Mead
Wydawictwo: Amber
Rok wydania: 2010
Ocena: 7/10












„Podboje sukuba” to druga część serii amerykańskiej autorki, Richelle Mead. Po debiutanckiej „Melancholii sukuba” istoty te weszły do współczesnego kanonu stworzeń paranormalnych. Pisarka nie tylko przetarła drogę nowemu gatunkowi, który od tamtej pory często spotkamy w innych powieściach tego typu, ale przygody seksownej i uwodzicielskiej Georginy wychodzą ponad poziom, stanowiąc pierwszorzędną rozrywkę dla dorosłych.

Powieść  kontynuuje wątki z poprzedniej części i wymaga jej znajomości do pełnego zrozumienia perypetii Georginy Kincaid i jej znajomych. Do starego grona dołącza Bastien – przyjaciel głównej bohaterki, który w społeczeństwie aniołów i demonów stanowi jej męski odpowiednik – uwodzi kobiety i to im zabiera energię życiową. Wraz ze swoim pojawieniem wywołuje w Georginie falę wspomnień z poprzednich lat bycia sukubem, ale także z życia jako śmiertelniczka. Jej związek z Sethem jest nieokreślony, gdyż każda chwila seksualnego zbliżenia pozbawiłaby go ładnych paru lat życia. Na dodatek sama dziewczyna nie jest pewna, czy to już miłość i czy uda jej się żyć w tak pokręcony sposób. Jakby tego było mało, na głowę zwala jej się kolejny problem – członkowie zaprzyjaźnionego zespołu niespodziewanie osiągają szczyty popularności. Przypadek, czy może maczał w tym palce nieśmiertelny?

Wykreowane przez Mead postacie szybko zdobywają sympatię czytelnika.  W odróżnieniu do „Melancholii sukuba” tutaj Georgina pokazuje, iż poza tym, że jest sukubem, jest także normalną dziewczyną, która poniekąd żałuje swoich dawnych wyborów. Będąc w związku z facetem, którego nie może bezkarnie dotknąć, musi jednocześnie się „pożywiać” na innych mężczyznach, pielęgnując swoją pozycję w piekielnym półświatku. Trzy główne wątki z osobnikami płci męskiej w roli głównej przeplatają się w życiu Georginy . Po jednej stronie mamy właśnie Setha, z drugiej zaś stoi dawny przyjaciel, który prosi ją o przysługę, a w księgarni, w której dziewczyna pracuje, dzieje się coś niedobrego z jej kolegą po fachu.

Relacje niebo-piekło od początku serii były kontrowersyjne ze względu na jawną współpracę istot dobrych i złych oraz ich sprzysiężenie przeciwko chaotycznym mieszańcom, którzy zakłócają dawno ustalone granice. Tym razem bardziej przyziemne sprawy wyszły na pierwszy plan, chociaż demony i anioły nie potrafią się powstrzymać przed maczaniem swoich palców w życiach śmiertelników. Wizja autorki może nie jest zbyt oryginalna, za to wykreowana została w ujmujący sposób, sprawiając, że nawet rezydenci piekieł wydają się być całkiem w porządku.

Niemal każda strona książki wypełniona jest po brzegi akcją i nie sposób się nudzić czytając ją. Minusem jest jej objętość – niecałe 300 stron mija w oka mgnieniu. Richelle Mead udowadnia, że potrafi pisać lekko, a zarazem z polotem, a jej literackie pomysły nie kończą się na młodzieżowych historiach o wampirach. Przeciwnie, przez karty powieści wręcz przebija napięcie seksualne, a sceny erotyczne pojawiają się parokrotnie. W kolejnych częściach autorka zapewne pójdzie dalej w tę stronę. Do tej pory w Polsce wydano pięć tomów, a światowa premiera szóstego planowana jest na styczeń 2012 roku. 

Obie najsłynniejsze serie Mead powstawały mniej więcej w tym samym okresie. W przeciwieństwie do „Akademii Wampirów” cykl o Georginie Kincaid nie jest powieścią młodzieżową, choć również należy do gatunku paranormal romance. Jest to literatura stricte rozrywkowa, idealna na leniwy jesienno-zimowy wieczór.

wtorek, 26 kwietnia 2011

#7 Richelle Mead, Melancholia sukuba - recenzja

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Melancholia sukuba
Wydawnictwo: Amber
Seria: Georgina Kincaid (#1)
Rok wydania: 2009
Stron: 336











Richelle Mead to amerykańska autorka, znana przede wszystkim z książek o Georginie Kincaid i serii o Akademii Wampirów. Jej książki o wampirach to jedyne popularne powieści o tych krwiożerczych istotach, które mnie oczarowały, wciągnęły do reszty i do tej pory myślę o nich w samych superlatywach. Sięgając po „Melancholię sukuba” miałam nadzieję na coś równie dobrego. Całe szczęście, nie rozczarowałam się.

Georgina Kincaid to sukub z parowiecznym doświadczeniem. Służy złu, zajmując się uwodzeniem mężczyzn i wysysaniem z nich energii życiowej. Jest nieśmiertelna, a do tego posiada zdolność zmieniania swojej formy – zarówno wyglądu fizycznego, jak i ubrań. Georgina jednak nie jest zwykłym sukubem. Stara się wykorzystywać ludzi tylko wtedy, gdy zmusza ją do tego głód i powstrzymuje się od jakichkolwiek cieplejszych relacji z przedstawicielami płci męskiej, w trosce o ich, ale także o swoje, uczucia. Niestety, gdy do księgarni, w której jest zastępcą kierownika, przyjeżdża jej ulubiony pisarz, Seth, wszystko zaczyna się komplikować. Dzielnie opiera się emocjom, póki nie spotyka przystojnego Romana… W międzyczasie wśród okolicznych nieśmiertelnych ktoś urządza sobie krucjatę, w którą sukub nieopatrznie się wplątuje. Wrodzona ciekawość nie pozwala Georginie zaprzestać śledztwa i, mimo nalegań przełożonych, uparcie drąży dalej, póki nie rozwiąże tajemnicy.

Podział na śmiertelnych i nieśmiertelnych nie jest niczym nowym. Nowością, tak bardzo pożądaną ostatnimi czasy, jest pojawienie się nowego rodzaju istoty obdarzonej nadprzyrodzonymi umiejętnościami, mianowicie, sukuba. Nie zabrakło tu wampirów ani demonów, ale sposób w jaki Richelle Mead opisała tę nową rasę jest bardzo przekonujący i barwny. Georgina, mimo że jest przedstawicielką zła, to postać bardzo złożona i dopracowana. Jej charakter niemal przesiąka przez karty książki, sprawia, że naprawdę można się z nią utożsamiać i zrozumieć jej, nieraz tak chaotyczne, postępowanie. Pozostali bohaterowie są zróżnicowani i również interesujący. Chłopięcy Seth od razu trafia do serca, a męski Roman mógłby uchodzić za symbol seksu. Nie tylko postacie są bardzo dopracowane. Fabuła jest złożona, choć mniej więcej w połowie książki można zacząć zastanawiać się nad tożsamością mordercy i jest duża szansa, że się odgadnie. Mimo wszystko, zakończenie jest zaskakujące i daje nadzieje na świetne następne tomy. Swoją drogą, w Polsce wydano ich już pięć, więc na pewno będzie co czytać.  A lektura tej książki była naprawdę przyjemna, ze względu na żywy styl, który sprawia, że czytało się ją bardzo szybko.

W pewnym momencie fabuła niebezpiecznie zaczęła mi przypominać ostatni tom przygód Mercedes Thompson, autorstwa Patricii Briggs. Powtarzają się wątki morderstwa wśród „nieśmiertelnych”, czy też „zmiennokształtnych” oraz całe to śledztwo głównej bohaterki, naprzekór wszystkim. Akurat w tym wypadku jednak, jeśli już ktoś od kogoś zżynał to jednak „Pocałunek Żelaza” Briggs został wydany już po „Melancholii sukuba”. Z innych ciekawostek, wiedzieliście, że „Melancholia sukuba” w oryginale to „Succubus Blues”? Tłumaczenie na miarę, może nie „Szklanej pułapki”, ale np. „Siły strachu”.

Wśród natłoku książek o nadzwyczajnych istotach, wampirach, wilkołakach, etc., trudno znaleźć prawdziwą perełkę. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że „Melancholia sukuba” zasługuje na miano książki wyróżniającej się w tłumie. Jeśli chcecie odpocząć od natłoku schematycznych powieści, a jednocześnie zostać przy paranormalnej fantastyce, jest to definitywnie pozycja dla Was.