niedziela, 13 stycznia 2013

#147 Parę aktualności

Po ponad tygodniu intensywnej nauki i wyłączenia się z książkowej społeczności mogę w końcu napisać, że:

po pierwsze: wracam do czynnego blogowania, komentowania i czytania książek (a także oglądania seriali, grania w gry, ogólnie - do życia)
po drugie: jestem inżynierem informatykiem, a egzamin zdany na 5,5!

Bo tak i ciul.

Oczekujcie więc recenzji zaległych pozycji, ale także tych całkiem nowych, które pokażę Wam niedługo.

A tymczasem, jeszcze parę ogłoszeń.
Postanowiłam wziąć udział w paru wyzwaniach, a że obrodziło ich w tym roku jak grzybów po deszczu, wybrałam sobie trzy, którym będę starała się podołać. Więcej o nich przeczytacie w zakładce Wyzwania.




Biorę także udział w konkursie na Bloga Roku. Wiem, że to bez sensu, ale fajnie brzmi ;)

Do poczytania!

wtorek, 8 stycznia 2013

#146 Walka Sylfa - recenzja

Tytuł: Walka Sylfa
Autor: L.J. McDonald
Seria: Sylf (#1)
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Stron: 320

Moja ocena: 4/10









Gatunek paranormal romance to najczęściej okraszony fantastyką romans z przedstawicielami nadnaturalnych istot w roli głównej. Choć zwykle są to wampiry lub wilkołaki, to czasem autorki kuszą się na wykorzystanie bardziej oryginalnych stworzeń, najczęściej mających korzenie w tej czy innej mitologii. Właśnie tak jest w przypadku L.J. McDonald, która użyła postaci  sylfa - średniowiecznego ducha powietrza. Podzieliła tę rasę na parę gatunków, dodała do tego przygodę, a wszystko spoiła bezpruderyjną erotyką. Cóż z tego wyszło?

Otrzymaliśmy mieszankę, która nie wszystkim przypadnie do gustu. Główną bohaterką jest Solie, wieśniaczka, którą podczas ucieczki z domu przed ustalonym zamążpójściem, porywa oddział zbrojnych z miasta. Okazuje się, że potrzebowali oni dziewicy na ofiarę dla wojowniczego sylfa – stwora, który zwabiony przez kobietę, przechodzi przez portal łączący jego świat z tym należącym do ludzi. W momencie przejścia, jego przyszły pan zabija kobietę i, poprzez nadanie imienia żywiołakowi, przejmuje nad nim władzę. Jednak tym razem coś poszło nie tak – królewski syn zostaje zabity, a sylf przywiązuje się na zawsze do Solie, która nieumyślnie mówiąc do niego „Hej, ty” nadaje mu niedorzeczne imię - Hejty. 

I tak rozpoczyna się przygoda, czyli ucieczka pary bohaterów przed wysłannikiem króla, Leonem i jego sylfem. Potyczki między dwoma wojownikami zazwyczaj kończą się zmieceniem czegoś z powierzchni ziemi – czy to pojedynczej chatki, czy całej wioski. Istoty z innego wymiaru nie są jednak tak prostolinijne, jakby mogło się wydawać. Chociaż muszą słuchać się swego pana i nie mogą się odzywać, okazują spryt, szukając luk w rozkazach, które pozwalają im na odrobinę wolności. Hejty otrzymał jej wiele – Solie traktuje jako swoją królową i będzie ją chronił przed wszystkimi, a w szczególności przed mężczyznami. Do przedstawicieli płci męskiej wojownicze sylfy czują nieprzejednaną nienawiść – za zabicie kobiety, która zwabiła ich do świata ludzi.

Historia Solie i Hejty’ego to typowy romans, w którym na początku ona się mu opiera, a potem, gdy okazuje się, że nie może bez niego wytrzymać, oddaje się namiętności. Autorka nie szczędzi nam opisów seksu, a co jakiś czas wtrąca absurdalne publiczne zachowanie młodych. Niestety, opis emocji i uczuć przesłania w tej powieści wszystko poza tym – a mogło być naprawdę pięknie. Sylfy powołane do życia przez L.J. McDonald mają ogromny potencjał. Obok wojowniczych występują także ziemne, powietrzne, ogniowe i inne – każdy intrygujący i mający swoje własne cechy, ale nie dostajemy ich wystarczająco wiele.

Na pochwałę zasługuje kreacja postaci, która autorce wyszła bezbłędnie. Sylfy w jej opisach ożywają, nienawiść wojowników wręcz zieje ze stron, a uczucia Solie i Hejty’ego, chociaż w stanowczo nadmiernych ilościach, ewoluują wiarygodnie. Ale „Walka Sylfa” to nie tylko istoty z innego świata – to także zwykli ludzie, którzy od razu zdobywają sympatię czytelnika, choć dopiero w drugiej połowie książki. W pierwszej akcja jest powolna i wręcz nudna, przez co nie raz myślałam o zaprzestaniu lektury. W pewnym momencie jednak autorka się rozkręca, a wojownicze sylfy i ich nienawiść do całego świata oraz chęć chronienia królowej napędzają fabułę.

Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do tej pozycji. Z jednej strony jest to powieść momentami erotyczna, w której zdecydowanie za dużo romansu i zbędnych opisów uczuć. Z drugiej, dostajemy emocjonującą fabułę, świetną kreację postaci i nadzieję, że kolejne tomy będą dużo lepsze. Decyzję pozostawiam wam – wiecie już, czego oczekiwać po „Walce Sylfa”.

Książka została przekazana od serwisu dlalejdis.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Erotyczne fantasy tylko dla kobiet

niedziela, 6 stycznia 2013

#145 Opactwo - recenzja

Tytuł: Opactwo
Autor: Chris Culver
Seria: Ash Rashid (#1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 368

Moja ocena: 7/10









Debiutanckie utwory, szczególnie kryminały, często okazują się klapą, ale nierzadko są efektownym wejściem do gatunku nowego pisarza, którego postępy warto obserwować. Na szczęście, w tym wypadku mamy do czynienia z tą drugą wersją. Jeśli nadal boicie się sięgnąć, czytajcie dalej, bo „Opactwo”  ma w sobie wszystko, czego tylko można zapragnąć w powieści detektywistycznej.

Tym razem postępy w śledztwie obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby – bardzo niekonwencjonalnego, upartego i zdeterminowanego detektywa, Asha Rashida. Jest on muzułmaninem, ale poza codzienną modlitwą, niezbyt trzyma się ram religii. „Leczniczo” zażywa alkoholu i nie waha się być brutalnym, gdy poczuje zagrożenie.  A to uczucie trzyma się go przez większość książki – wszak tajemnicze morderstwa osób, z którymi rozmawiał, podejrzenia ze strony innych policjantów i znajomość prawdy, w którą nikt nie chce uwierzyć składają się na obraz człowieka paranoidalnie oglądającego się za ramię i pijącego, by zapomnieć.

A wszystko zaczęło się ze śmiercią siostrzenicy Rashida, która umarła po wypiciu podejrzanej substancji, przypominającej krew. Detektyw wszczął śledztwo, odkrywając zaskakującą przeszłość dziewczyny, tak odległą od wyobrażeń. Narkotyki, krew, klub dla wampirów, czyli ludzi pijących krew? Wszystko to było zbyt podejrzane dla naszego głównego bohatera, szczególnie gdy policja zbyt szybko zamyka dochodzenie. I tak wplątuje się on w porachunki narkotykowych bossów i mafiozów. Przez wrodzony upór zagrożenie zaczyna tyczyć się także jego, a tym bardziej jego rodziny.

Ash Rashid to detektyw, jakich rzadko spotyka się w literaturze. Nierzadko zrobi coś, za co sam wylądowałby za kratkami, zagrożony – atakuje. Nie czeka w ukryciu, a wychodzi złu naprzeciw. Jego bezkompromisowe podejście do życia szybko przysporzy mu sympatii czytelnika, który z całych sił trzyma za niego kciuki. W tej skomplikowanej intrydze, w której gdzie nie popatrzeć, ktoś pada trupem, przyda mu się każda odrobina szczęścia. Szczególnie, że na pomoc innych osób nie może liczyć – jeden z policjantów go nienawidzi, a inny jest wtyką głównej podejrzanej, „królowej wampirów”.

Fabuła „Opactwa” to kolejny przykład tego, że Chris Culver nie lubi iść na łatwiznę. Sam wątek z „wampirami” jest ciekawy, ale widać niewystarczająco dla amerykańskiego autora. Dodał do tego narkotyki, mafię, a nawet zagrożenie biologiczne. Z tym ostatnim niestety przesadził w zakończeniu, zupełnie lekceważąc jego skutki. Między stronami przeplatane są muzułmańskiego zwyczaje, chociaż nie przekładają się one na treść – gdyby główny bohater był katolikiem, buddystą czy wyznawcą jakiejkolwiek innej religii, opis książki brzmiałby tak samo, a szkoda.

Autor od pierwszych stron intryguje i zaciekawia czytelnika, ale momentami forma dziennika przeszkadza – Ash relacjonuje każdą małą czynność w ciągu dnia. Przez cały czas tempo akcji przyśpiesza, osiągając krytyczny poziom na dwadzieścia stron przed końcem. Na szczęście dochodzi do rozwiązania i na wyjaśnienia nie trzeba czekać do kolejnego tomu. A ten już się pisze - „The Outsider” ukaże się za granicą w 2013 roku.

„Opactwo” to przebojowy thriller, który trafił na listę bestsellerów „New York Timesa”. Po lekturze mogę stwierdzić, że bardzo słusznie. Intrygująca, złożona fabuła, tajemnicze „wampiry” i niekonwencyjny bohater składają się na powieść, którą czyta się błyskawicznie i z przyjemnością.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Po trupach do krwawego celu

piątek, 4 stycznia 2013

#144 Zagubiona przyszłość [audiobook] - recenzja

Tytuł: Zagubiona przyszłość
Autor: Krzysztof Boruń, Andrzej Trepka
Seria: Kosmiczna trylogia (#1)
Wydawnictwo: Agencja artystyczna MTJ
Rok wydania: 2011

Lektor: Jacek Kiss
Czas trwania: 1055 min (~17,5h)

Moja ocena: 9/10




Najsłynniejszym polskim pisarzem science-fiction jest bez wątpienia Stanisław Lem. Jego najlepsze lata kariery pisarskiej przypadały na drugą połowę XX wieku. I choć większość czytelników z tego okresu kojarzy tylko jedno nazwisko, starsi wyjadacze tego gatunku wymienią jeszcze dwóch autorów fantastyki, w których się zaczytywali: Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepkę. Geniusz Lema jest niezaprzeczalny i przysłonił on w zupełności tych pisarzy. Dzięki Agencji Artystycznej MTJ platformie Audeo możemy poznać ich trylogię kosmiczną, której pierwszym tomem jest „Zagubiona przyszłość”. A żeby nie było nudno spotkanie to nastąpi w formie dźwiękowej.

Akcja książki toczy się w przestrzeni kosmicznej. Na trasie Ziemia – Alfa Centauri porusza się Celestia – dom dla wielu pokoleń. Jej mieszkańcy zapomnieli już skąd wyruszyli i jak to się wszystko zaczęło, a co kilka lat zmieniana treść Biblii skutecznie zaciera ślady początków podróży. Społeczeństwem rządzi prezydent, Edgar Summerson. Dowiedziawszy się o zbliżającym się niezidentyfikowanym obiekcie, podejmuje decyzję o przebudowaniu miotaczy ochronnych, które automatycznie ostrzeliwują zagrażające powierzchni satelity meteoryty. Do zadania wybiera Bernarda Kruka – rządowego konstruktora, którego życie od tego momentu, jak się pewnie domyślacie, już nigdy nie będzie takie samo.

Para autorów przedstawia nam swoją wersję ewolucji ludzi w zamkniętej przestrzeni, pozostawionych samym sobie i samowystarczalnych. W jednych obszarach używają oni wysokiej technologii, w innych – bardzo prymitywnych narzędzi. Zaniknął tu alkohol, a żywność wytwarzana jest syntetycznie, chociaż do ciężkiej pracy nadal wykorzystuje się robotników, których warunki są wyjątkowo złe. Szczególnie jest to widoczne przy spotkaniu się dwóch, można rzec, kultur. Przez 400 lat podróży mieszkańcy zapomnieli o swoich początkach, pamiętając jedynie o celu – Alfa Centauri. Ziemia, czyli Towarzysz Słońca, to dla nich coś mitycznego, planeta tak naprawdę zamieszkana przez… diabły. To przekonanie skutecznie wpajają im kolejni prezydenci Celestii. 

Samo społeczeństwo jest podzielone na trzy kasty, które znacznie różnią się od siebie – „sprawiedliwców”, czyli wszystkich rządzących, „szarych” oraz Murzynów. Biorąc pod uwagę, że nad nimi stoi prezydent, układ ten może kojarzyć się ze strukturą społeczną Stanów Zjednoczonych. Bo „Zagubiona Przyszłość” to tak naprawdę fantastyka socjologiczna (social fiction), z podkreśleniem zła elit i skupieniem się na wyzwoleniu czarnych pracowników oraz polepszeniu życia białych. Sam wątek podróży kosmicznej i większość bohaterów stanowi tylko tło dla ukazania politycznych intryg oraz buntujących się przeciwko nim masom. Jedynie Bernard Kruk wyróżnia się na tym tle, ewoluując przez całą książkę i zmieniając zupełnie swoje podejście do życia na satelicie.

Poza ukazaniem socrealizmu pojęcie kosmosu Trepki i Borunia to wizja ze wszech miar imponująca. Nie skupiają się oni tylko na pokazaniu, że coś działa, ale także na sposobie działania. Bardzo przystępnie i dogłębnie, parę razy powtarzając, opisują zagadnienia z fizyki, ale także techniki oraz konstrukcji. Upływu czasu od pierwszego wydania, pod względem językowym, niemal nie czuć. Czasem tylko zwróci naszą uwagę jakiś przestarzały zwrot, czy wyrażenie. Poza tym, słucha się niesamowicie szybko i przyjemnie, a losy mieszkańców Celestii faktycznie nas obchodzą.

Zdobycie książki w formie papierowej graniczy z cudem, można ją znaleźć tylko na portalach aukcyjnych. Nie, żeby audiobook nie był wystarczający – wręcz przeciwnie, słuchało się go bardzo dobrze. Mimo to, seria jest warta miejsca na półce, obok dzieł Lema. Mam nadzieję, że któreś z wydawnictw podejmie się ponownej edycji, a do tego momentu zachęcam bardzo mocno do sięgnięcia po formę dźwiękową. 1055 minut audycji podzielone jest na dwie główne części, a wszystko to czytane przez Jacka Kissa. Głos lektora ma zawsze decydujące znaczenie w przypadku książki słuchanej i tutaj z początku miałam bardzo poważne obawy, gdyż wydawał mi się on zbyt „skrzekliwy”. Jednak już po pierwszym rozdziale przyzwyczaiłam się i Jacek Kiss ląduje obok Rocha Siemianowskiego na liście moich ulubionych lektorów. Nie zrażajcie się więc na starcie, bo im dalej tym będzie lepiej.

Kosmiczna trylogia Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki to seria, którą przyćmiły utwory Lema. Warto po nią sięgnąć i podarować jej drugie życie - przypomnieć o niej dojrzalszym czytelnikom, ale i zachęcić tych z krótszym stażem. „Zagubiona przyszłość” w wersji audiobooka sprawdza się idealnie, to science-fiction, a ściślej social fiction, które wciągnie was na długie godziny.

Za audiobook serdecznie dziękuję portalowi Audeo

środa, 2 stycznia 2013

#143 Tron Półksiężyca - recenzja

Tytuł: Tron Półksiężyca
Autor: Saladin Ahmed
Seria: Królestwo Półksiężyca (#1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 360

Moja ocena: 6/10









Opowieści o Sindbadzie Żeglarzu, Alladynie i Ali Babie od zawsze oczarowywały nas swoją egzotyką. Co, gdyby połączyć dżiny, kalifów, derwiszów z magią, „alkemią” i ghulami w książce fantasy? Taką próbę podjął Saladin Ahmed w swojej debiutanckiej powieści, „Tron półksiężyca”, rozpoczynającej serię „Księstwa półksiężyca”. Czy wydawnictwo nie postąpiło zbyt pochopnie, wydając pierwszy tom kolejnej serii, która stanowi tak naprawdę wielką niewiadomą?

Doktor Adulla Machslud para się nie leczeniem żyjących, a… ich zabijaniem. Specjalizuje się w eksterminacji różnego typu ghuli, czyli stworów powołanych do życia z różnych elementów natury. Ta profesja, którą zajmował się już od dziesięcioleci, zaczyna go męczyć. Coraz chętniej rozważa myśli o przejściu na emeryturę, gdy przeszkadza mu w nich donos o zabójstwie rodziny pewnego chłopca. Wraz ze swoim asystentem derwiszem Rasidem, parą przyjaciół – alkemiczką i magiem, a także opętaną żądzą zemsty na potworach, Zamią, dzikuską potrafiącą przemieniać się w lwicę, powoli odkrywa, że ten, kto stworzył ghule, ma plan o wiele bardziej złowieszczy i morderczy.

Saladin Ahmed jest mistrzem  w snuciu opowieści, a najlepiej wychodzi mu kreacja postaci. Jego bohaterowie wręcz powstają do życia i żaden z nich nie jest albo dobry, albo zły. Autor specjalnie stawia ich w sytuacjach, w których muszą przeciwstawić się swoim życiowym ideałom – skłamać lub przymknąć oko na czyny innych. Do tego celu używa Księcia Sokołów – niemal Robin Hooda, złodzieja i wywrotowca, który wymierza sprawiedliwość na swój własny sposób, zazwyczaj równie brutalny jak krzywda popełniana przez tych, których karze. Każdy z naszych bohaterów w trakcie powieści przeżywa przemianę, mniej czy bardziej znaczącą. Największą przechodzi derwisz, święty mąż, który oddany całkowitej prawdzie i czystości, przywiązany do swojego miecza, na końcu jest zmuszony przemyśleć i dostosować swoje postępowanie do realiów otaczającego go świata.

Na nieco ponad 300 stronach pisarzowi udało się scharakteryzować bohaterów tak dobrze, że błyskawicznie możemy się do nich przywiązać, a to, co ich spotyka, wywołuje  w nas rzeczywiste emocje. Niestety, stało się to kosztem czegoś – kreacji świata przedstawionego i fabuły. Ta ostatnia opiera się na prostym schemacie walki dobra ze złem. Raz na jakiś czas dostajemy rozdział z perspektywy „zła”, co pozwala nam jeszcze bardziej kibicować wygranej bohaterów. To, w jaki sposób i czy w ogóle do niej dojdzie, opisane zostało ciekawie i nieprzewidywalnie.
Miasto Damshawaat, w którym dzieje się akcja, autor przedstawia dość pobieżnie. Chociaż zwiedzamy jego niektóre dzielnice, ciągle zostają ciemne obszary, o których nawet nie wspomina. Także to, co jest poza miastem, mianowicie Królestwa Półksiężyca, stanowią zagadkę. Z pewnością więcej dowiemy się o nich w dwóch kolejnych częściach serii, jeśli w ogóle zostaną wydane w Polsce. Niestety, na pewno jeszcze trochę na nie poczekamy, bo nie zostały one jeszcze opublikowane za granicą.

„Tron półksiężyca” to idealna powieść dla spragnionych fantasy – dostaną oni żywe, niejednoznaczne postacie, ciekawą fabułę i tę odrobinę magii, a także alkemii i ghuli. Seria posiada potencjał na ożywienie klasyki gatunku, a jednocześnie zabranie nas w podróż do krainy Baśni Tysiąca i Jednej Nocy.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Baśnie tysiąca i jednego ghula