poniedziałek, 16 maja 2011

#10 Scott Turow, Uznany za niewinnego - niedokończona recenzja

Tytuł: Uznany za niewinnego
Autor: Scott Turow
Wydawnictwo: Buchmann
Rok wydania: 2010
Stron: 436











Zachęcająca okładka w tym wypadku działa jak najbardziej, niestety. Przeglądając dział „nowości” w bibliotece od razu rzuciła mi się w oczy, a interesujący opis z tyłu tego „thrillera” tylko potwierdził pierwsze odczucia i książka wylądowała tym razem u mnie.

Tak zachwalany przez przeróżne magazyny i dziennik New York Post, rzekomo światowy bestseller, w moim wypadku okazał się totalnym niewypałem. Do 150 strony nie dzieje się w nim absolutnie nic. Akcja stoi na światłach, mimo że już dawno świeci zielone, a ja jedynie mogę sobie na nią trąbić.

Mamy tu namiętność, zdradę, morderstwo, śledztwo, tajemnice. Brzmi nieźle, prawda? Wszystko kręci się wokół postaci Rusty’ego Sabicha, który niegdyś miał namiętny romans z denatką - Carolyn Polhemus. Jest on prokuratorem, a jednocześnie zastępcą Raymonda Horgana, przez co obraca się nie tylko w kręgach śledczych, ale także politycznych. To właśnie polityka zajmuje główne miejsce w tej powieści, przeplatana z opisem romansu Rusty’ego i Carolyn. Wiele nazwisk, niezrozumiałe intrygi i, przede wszystkim, zero akcji nie pozwoliły mi dotrzeć nawet do połowy książki, a wierzcie mi, starałam się, bo najbardziej nie lubię zostawiać lektury niedokończonej. Dla uspokojenia sumienia zajrzałam na ostatnie strony, żeby przekonać się, kto był mordercą ponętnej Carolyn. Muszę przyznać, że autor mnie zaskoczył i może jednak warto byłoby przebrnąć przez niekończący się wstęp, może gdzieś tam dalej fabuła nagle skacze do przodu... Niestety, ja się poddałam i nie mam zamiaru wracać.

Polityczny thriller (albo bardziej dramat), z 1987 roku, zekranizowany przy udziale Harrisona Forda, wydany w Polsce po raz pierwszy w 2010, „Uznany za niewinnego” czytacie na własną odpowiedzialność. Jeśli akurat te rzeczy, które na mnie wywierały przeskakiwanie oczami tekstu i nieskończoną irytację Was kręcą – polecam. Jeśli nie, nie dajcie się skusić i omijajcie szerokim łukiem.

środa, 11 maja 2011

#9 Juliusz Verne, Przygody kapitana Hatterasa - recenzja

Autor: Juliusz Verne
Tytuł: Przygody kapitana Hatterasa
Wydawnictwo: Fundacja Marka Kamińskiego
Rok wydania: 2011
Stron: 452












Mało kto nie słyszał o twórczości Juliusza Verne’a, klasyka powieści przygodowych, i nie czytał jego książek. „Podróż do wnętrza Ziemi”,  „W osiemdziesiąt dni dookoła świata” czy „Tajemnicza wyspa”  to tytuły znane nam wszystkim. Podejrzewam jednak, że tej pozycji nie mieliście okazji przeczytać, gdyż w Polsce została wydana po raz pierwszy od wersji odcinkowej w 1865 roku. Szczerze radzę nadrobić zaległości!

Gdy listonosz zapukał do moich drzwi z książką „Przygody kapitana Hatterasa” byłam porażona jej wyglądem zewnętrznym, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Twarda okładka, wiele stron, zwiastujących wielogodzinną i, miałam nadzieję, porywającą lekturę, a także klimatyczne ilustracje zrobiły swoje. Kolejną rzeczą, rzucającą w oczy to wydawnictwo, które stoi za opublikowaniem powieści w naszym kraju, mianowicie Instytut Marka Kamińskiego – polskiego podróżnika i polarnika, który jako pierwszy na świecie zdobył oba bieguny w jednym roku. Podjął się on wydania książki, aby, jak sam pisze o tym we Wstępie, dać ludziom możliwość zdobycia inspiracji na życie i osiągania własnych „biegunów”.

Anglia, rok 1860. W Liverpoolskim porcie stoi okręt o nazwie „Forward”, niewątpliwie zbudowany do dłuższej podróży w zimne rejony świata. Jednak na razie statek ten nie ma kapitana. Robert Shandon, jako odbiorca listów pewnego tajemniczego nieznajomego, zgodnie z wytycznymi zbiera załogę i zapasy, a następnie wyrusza w nieznane, ufając, że kapitan wkrótce ujawni prawdę o sobie i celu wyprawy. Ekipa na statku, w większości zachęcona nagrodą pieniężną, wkrótce zaczyna okazywać swoje niezadowolenie. Chwilę przed buntem dwóch marynarzy topi psa kapitana, Duke’a, postanawiając przerwać podróż i tym samym zmusza dowódcę do ujawnienia się. Celem wyprawy jest biegun północny, do którego załogę „Forwarda” czeka długa i usłana niebezpieczeństwami droga. Aby to Anglicy pierwsi postawili stopę na najbardziej wysuniętym na północ punkcie globu, będą musieli sporo wycierpieć i dokonać wielu wyrzeczeń na drodze do upragnionego celu, który niekiedy wyda się nieosiągalnym szaleństwem kapitana Hatterasa.

Lektura książki sama w sobie jest podróżą. Obserwujemy niewiarygodne zmagania grupki ludzi wierzących w swoje marzenia i pragnących osiągnąć cel za wszelką cenę, aczkolwiek nie po trupach. Wyprawa na biegun to misja niemalże samobójcza. W każdej chwili na statek mogą ruszyć lody, wąska cieśnina może zostać zablokowana, a załoga tylko czyha na każde potknięcie kapitana, aby się zbuntować, a tym samym poddać i zawrócić. Gwałtowne zmiany pogody, brak przejściowych pór roku, głód i zmęczenie – wszystko to utrudnia załodze życie jak tylko może. Verne potrafi ogromnie detalicznie przedstawiać rzeczy, których nigdy nie widział, a jedynie o nich czytał bądź słyszał. Jego opisy fauny i flory oraz niebezpieczeństw obszarów podbiegunowych zadziwiają dokładnością. Jednocześnie z ust doktora Clawbonny’ego, chodzącej encyklopedii, dowiadujemy się historii wypraw w różne miejsca na świecie, faktów z biologii, geografii, a nawet techniki, fizyki i astronomii.

„Przygody…” to podsumowanie dotychczasowych dla Verne’a podróży ku biegunowi północnemu oraz jego wizja tego specyficznego miejsca. Natłok nazw cieśnin, przesmyków, wysp, wybrzeży, kanałów, etc. wzbudza podziw dla autora, ale i zawroty głowy z nawału informacji, powodując zmniejszenie zainteresowania lekturą czytelnika niezaznajomionego z tematem wypraw okołobiegunowych i geografii tamtych rejonów.

Mimo że nie znajdziemy tu ani romansu, ani elementów thrillerów, to przygody spotykające podróżników przepełnione są akcją, szczególnie w drugiej połowie powieści, w której wyprawa powoli zaczyna dobiegać upragnionego końca. Do ostatniej strony nie wiemy, jak się to wszystko potoczy.

Ciekawym elementem książki są ilustracje. Niekiedy są to osobne rysunki, rzadziej nakładają się na faktyczne zdjęcia bieguna, zapewne autorstwa samego Marka Kamińskiego, choć nigdzie nie ma o tym wzmianki. Podobnie sprawa się ma z przypisami. Szczególnie na początku mają nawet i pół strony. Tłumacz, bądź sam polarnik, często poprawia Verne’a, któremu mylą się nazwy, daty, miary, a nierzadko popełnia on nawet błędy merytoryczne. Jednakże uważam, że większość tych rzeczy mogłaby zostać poprawiona w treści książki, podobnie jak i angielskie słowa, których używa Francuz, mogły zostać przetłumaczone na bieżąco, zamiast odsyłać czytelnika na dół strony.

„Przygody kapitana Hatterasa” to ślicznie wydana powieść, która jednak swoje waży. Dla drobniejszej osoby trzymanie książki w rękach po pewnym czasie staje się uciążliwe, nie wspominając o przenoszeniu jej gdziekolwiek. Mimo wszystko, ilustracje i specyficzny, wspaniały zapach, a przede wszystkim sama historia opowiadana przez Verne’a to coś, z czym każdy powinien się zapoznać. Lektura nie jest łatwa, podobnie jak wyprawa na biegun. Jednak myślę, że warto wzruszyć się na widok napisu „Koniec” i wspomnieć przebyte trudy załogi „Forwarda”, a następnie z równą nieustępliwością postępować w codziennym życiu dążąc do wymarzonych celów – oto morał tej powieści i przesłanie zarówno Juliusza Verne’a, jak i Marka Kamińskiego.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 2 maja 2011

#8 Val McDermid, Syreni śpiew - recenzja

Autor: Val McDermid
Tytuł: Syreni śpiew
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 408










W Bradfield w Wielkiej Brytanii policja znajduje ciała trzech mężczyzn. Ich zwłoki wyglądają jakby pochodziły z czasów inkwizycji i coś w tym jest: byli oni torturowani, poderżnięto im gardła, a następnie ciała podrzucono w miejsca spotkań homoseksualistów. Zabójca od razu zostaje okrzyknięty “Homobójcą”, mimo że policja uparcie twierdzi, że nie mają do czynienia z seryjnym mordercą, a parą różnych osób, których działania zbiegły się ze sobą w czasie. Bezradni funkcjonariusze angażują w śledztwo psychologa kryminalnego, Tony’ego Hilla, który zaczyna tworzyć portret psychologiczny psychopaty. W zmaganiach pomaga mu inspektor śledcza Carol Jordan, a także tajemnicza Angelica, która serwuje mu terapię telefoniczną, ale w zgoła innym zakresie…

Rozdziały o śledztwie przeplatają się z dziennikiem prowadzonym przez samego mordercę. W brutalnych szczegółach opisuje on nam swoje poczynania od procesu planowania, śledzenia ofiary, po sam akt morderstwa. Zabieg ten jest ciekawy, ale na swój sposób irytujący. Nie wiemy co morderca robi obecnie, gdyż dziennik sięga wstecz, opisując poprzednie ofiary. Zmienia się to pod koniec książki, wraz z potężnym zwrotem akcji, którego nie powstydziłaby się Agatha Christie.

Może nieco przesadziłam z ostatnim stwierdzeniem, bo wnikliwy czytelnik w pewnym momencie może zacząć się domyślać , kto jest mordercą, aczkolwiek dla mnie była to niespodzianka. Cała idea psychopaty torturującego swe ofiary w myśl dawnych metod bardzo mi się spodobała. Żałuję jedynie, że tak mało użył narzędzi, paradoksalnie. Rzadko kiedy się o nich czyta, a w tym wypadku autorka ciekawie je przedstawiła. I dobrze, bo dla niektórych jest to jedyny sposób, aby zapoznać się z niechlubnym okresem historii ludzkości, w którym ofiarom zadawano najwymyślniejsze tortury dla zabawy bądź “wyższego dobra”.

Akcja książki dzieje się w Anglii, ale niestety nie czuć tego brytyjskiego klimatu, równie dobrze mogłyby to być Stany Zjednoczone. Postępy w fabule szybko mkną do przodu, hamowane nieco przez wywody mordercy, ale przez to książkę czyta się sprawnie i łatwo. Autorka ma niekiedy zapędy do dłuższych i przez to nudniejszych opisów, ale z racji tego powieść jest pełniejsza, a jej odbiór jasny. Podobnych książek na pewno było wiele, ale ta ma coś w sobie. Może to postacie, które są do bólu ludzkie, a może fakt, że ominęła nas wątpliwa przyjemność obserwowania kolejnego schematycznego romansu pomiędzy dwoma głównymi bohaterami.

Co ciekawe, książka w oryginale została wydana w 1995 roku. Sprawdziłam ten fakt już na początku lektury, bo wydawało mi się podejrzane, że brytyjscy funkcjonariusze policji mają tak duży problem z udziałem psychologa kryminalnego w śledztwie. W wielu miejscach widać, że są to inne czasy. Kobiety w policji to rzadkość, a homoseksualiści są traktowani z o wiele mniejszą tolerancją niż obecnie.

“Syreni śpiew” zapoczątkowuje serię o Tonym Hillu I Carol Jordan, której w Anglii wydano już 5 tomów. W Polsce natomiast jedynie niektóre. Prawdopodobnie Prószyński I S-ka podejmie się wydania ich w dobrej kolejności. Miejmy więc nadzieję, że doczekamy się następnych książek opisujących zmagania tej pary z psychopatycznymi mordercami. Na pewno po nie sięgnę.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl

wtorek, 26 kwietnia 2011

#7 Richelle Mead, Melancholia sukuba - recenzja

Autor: Richelle Mead
Tytuł: Melancholia sukuba
Wydawnictwo: Amber
Seria: Georgina Kincaid (#1)
Rok wydania: 2009
Stron: 336











Richelle Mead to amerykańska autorka, znana przede wszystkim z książek o Georginie Kincaid i serii o Akademii Wampirów. Jej książki o wampirach to jedyne popularne powieści o tych krwiożerczych istotach, które mnie oczarowały, wciągnęły do reszty i do tej pory myślę o nich w samych superlatywach. Sięgając po „Melancholię sukuba” miałam nadzieję na coś równie dobrego. Całe szczęście, nie rozczarowałam się.

Georgina Kincaid to sukub z parowiecznym doświadczeniem. Służy złu, zajmując się uwodzeniem mężczyzn i wysysaniem z nich energii życiowej. Jest nieśmiertelna, a do tego posiada zdolność zmieniania swojej formy – zarówno wyglądu fizycznego, jak i ubrań. Georgina jednak nie jest zwykłym sukubem. Stara się wykorzystywać ludzi tylko wtedy, gdy zmusza ją do tego głód i powstrzymuje się od jakichkolwiek cieplejszych relacji z przedstawicielami płci męskiej, w trosce o ich, ale także o swoje, uczucia. Niestety, gdy do księgarni, w której jest zastępcą kierownika, przyjeżdża jej ulubiony pisarz, Seth, wszystko zaczyna się komplikować. Dzielnie opiera się emocjom, póki nie spotyka przystojnego Romana… W międzyczasie wśród okolicznych nieśmiertelnych ktoś urządza sobie krucjatę, w którą sukub nieopatrznie się wplątuje. Wrodzona ciekawość nie pozwala Georginie zaprzestać śledztwa i, mimo nalegań przełożonych, uparcie drąży dalej, póki nie rozwiąże tajemnicy.

Podział na śmiertelnych i nieśmiertelnych nie jest niczym nowym. Nowością, tak bardzo pożądaną ostatnimi czasy, jest pojawienie się nowego rodzaju istoty obdarzonej nadprzyrodzonymi umiejętnościami, mianowicie, sukuba. Nie zabrakło tu wampirów ani demonów, ale sposób w jaki Richelle Mead opisała tę nową rasę jest bardzo przekonujący i barwny. Georgina, mimo że jest przedstawicielką zła, to postać bardzo złożona i dopracowana. Jej charakter niemal przesiąka przez karty książki, sprawia, że naprawdę można się z nią utożsamiać i zrozumieć jej, nieraz tak chaotyczne, postępowanie. Pozostali bohaterowie są zróżnicowani i również interesujący. Chłopięcy Seth od razu trafia do serca, a męski Roman mógłby uchodzić za symbol seksu. Nie tylko postacie są bardzo dopracowane. Fabuła jest złożona, choć mniej więcej w połowie książki można zacząć zastanawiać się nad tożsamością mordercy i jest duża szansa, że się odgadnie. Mimo wszystko, zakończenie jest zaskakujące i daje nadzieje na świetne następne tomy. Swoją drogą, w Polsce wydano ich już pięć, więc na pewno będzie co czytać.  A lektura tej książki była naprawdę przyjemna, ze względu na żywy styl, który sprawia, że czytało się ją bardzo szybko.

W pewnym momencie fabuła niebezpiecznie zaczęła mi przypominać ostatni tom przygód Mercedes Thompson, autorstwa Patricii Briggs. Powtarzają się wątki morderstwa wśród „nieśmiertelnych”, czy też „zmiennokształtnych” oraz całe to śledztwo głównej bohaterki, naprzekór wszystkim. Akurat w tym wypadku jednak, jeśli już ktoś od kogoś zżynał to jednak „Pocałunek Żelaza” Briggs został wydany już po „Melancholii sukuba”. Z innych ciekawostek, wiedzieliście, że „Melancholia sukuba” w oryginale to „Succubus Blues”? Tłumaczenie na miarę, może nie „Szklanej pułapki”, ale np. „Siły strachu”.

Wśród natłoku książek o nadzwyczajnych istotach, wampirach, wilkołakach, etc., trudno znaleźć prawdziwą perełkę. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że „Melancholia sukuba” zasługuje na miano książki wyróżniającej się w tłumie. Jeśli chcecie odpocząć od natłoku schematycznych powieści, a jednocześnie zostać przy paranormalnej fantastyce, jest to definitywnie pozycja dla Was.

piątek, 22 kwietnia 2011

#6 Konrad Staszewski, Śmierć na śniegu - recenzja

Autor: Konrad Staszewski
Tytuł: Śmierć na śniegu
Wydawnictwo: Fox Publishing
Rok wydania: 2011













Wzniosły i wiele obiecujący tytuł oraz krew na okładce zapowiadają nam thriller, ewentualnie sensację, może nawet kryminał. „Śmierć na śniegu” nie jest żadnym z nich. Jest to obyczaj, z elementami sensacji, tzw. powieść policyjna, dziejąca się w swojskim polskim otoczeniu. Czy jest to udany przepis na porwanie polskiego czytelnika na wiele godzin pasjonującej lektury?

Akcja książki toczy się w trzech polskich miastach: Katowicach, Krakowie i Łodzi. Obserwujemy zmagania policjanta Rokickiego oraz jego starania, aby oczyścić się z zarzutów o morderstwo. Znaleziono go nagiego, obok trupa czarnoskórego mężczyzny, na pokrytej śniegiem polanie. Wszystko zdaje się być przeciwko niemu: dziewczyna go zdradza, komendant prowadzący śledztwo bez powodu uwziął się na niego, a jego najlepszego kumpla zastrzelono. Na pomoc przybywa mu detektyw Mierzejski oraz Mariola Rakowiecka, żona zmarłego przyjaciela. Tajemnice z przeszłości lawinowo wychodzą na jaw, nie obeszło się bez paru dodatkowych trupów i wielu policyjnych wycieczek między trzema miastami.

Nie wiem, w jakim świecie żyje autor, ale dla mnie wizja społeczeństwa, w którym każda napotkana kobieta zachowuje się jak ladacznica, facet to macho, który najpierw uderza, a dopiero potem myśli, nie potrafiąc się powstrzymać od posiadania wszystkiego co się rusza i ma piersi, to doprawdy naciągana teoria. Może byłabym skłonna w nią uwierzyć, gdyby akcja działa się w Ameryce, ale w Polsce nie bardzo. Także opisane przez pana Staszewskiego prace policji nie są zbyt wiarygodne. Wszyscy zdają się znać i każdy z każdym ma na pieńku, a matactwa na komisariatach to chleb powszedni, który pierwszy lepszy komendant je na śniadanie.

Akcja toczy się w miarę szybko, do tego nie mam zastrzeżeń. Co więcej, ledwie 200 stron lektury, na szczęście, mija szybko i w miarę bezboleśnie. Ale co z tego, skoro trudno połapać się kto kogo zabił, a główny bohater wzbudza taką frustrację, że ma się ochotę trzasnąć książką o ścianę? Jego reakcje na, dla normalnych ludzi bardzo traumatyczne wydarzenia, np. obserwowanie zabójstwa swojej dziewczyny, są bardzo naciągane. Po paru takich sytuacjach czytelnika nachodzi myśl, że może jest on cyborgiem. Fabuła książki nie jest za bardzo skomplikowana, ale już styl pisania autora owszem. W dialogach niekiedy nie wiadomo, kto mówi daną kwestię, a kolejne wydarzenia nie zawsze są jasno opisane i trudno stwierdzić, co tak naprawdę się działo.

Lektura tej książki nie była przyjemnością, a powinna nią być. Zmuszanie czytelnika do czytania fragmentów po parę razy, żeby zorientować się, co się wydarzyło, a także przedstawienie głównego bohatera jako bezuczuciowego drania, to główne błędy autora. Dodatkowo, niewiarygodne przedstawienie działań policjantów i ogólnie, polskiej mentalności, sprawiło, że „Śmierć na śniegu” czytało się trudno i jedynie moje postanowienie o kończeniu każdej zaczętej książki sprawiło, że jakoś dotrwałam do końca.

Ktoś może powiedzieć, że zupełnie nie znam się na pracy policji, a więc po co w ogóle się wypowiadam. Nie sądzę, żeby książka ta była przeznaczona jedynie dla entuzjastów tajemnic i teorii spiskowych związanych z organami ścigania. A jeśli tak faktycznie jest to wydawca mógł napisać adekwatną informację na okładce, oszczędziłoby mi to dwie godziny życia.